Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Szlachetne zdrowie

magazine cover

pixabay.com

Quid est sanitas? Cóż to jest zdrowie? Studenci kierunków medycznych z pewnością są w stanie podać kilka, a może nawet kilkanaście różnych definicji tego pojęcia: od braku choroby do stanu pełnego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego jednostki. Jednak niezależnie od przyjętej terminologii prawie każdy zgadza się w jednej kwestii. Zdrowie jest ważne.

Tymczasem w internecie sezonowo publikowane są memy nawiązujące do problematyki zdrowia i chorób w kontekście nauki Kościoła. Zazwyczaj pojawiają się one w dwóch formach. Pierwsza polega na krytyce dziękowania Bogu za udaną operację przy całkowitym pominięciu lekarza. Drugi typ mema to ten pokazujący rzekomy konflikt między leczeniem choroby, którą miał stworzyć Bóg, a lekarzem próbującym ratować pacjenta.

Memy jak to memy. Czasem są zabawne, czasem żenujące. Niekiedy udaje im się w ciekawy sposób skomentować jakieś zagadnienie. W powyższych sytuacjach mamy jednak do czynienia z inną kwestią: brakiem jakiejkolwiek wiedzy na omawiany temat. Bo zagadnienia poruszane przez memy nie są odkrywcze nawet w najmniejszym stopniu.

Czy Bóg jest sprawcą zła? Wbrew pozorom ludzie wierzący od zawsze zadawali sobie tego typu pytania. I wielokrotnie znajdowali na nie odpowiedzi. Świętej pamięci ks. Kaczkowski w pewnym wywiadzie powiedział o swojej chorobie: „Pan Bóg nie ma z tym nic wspólnego. To tylko biologia – mutacja komórek. Bóg przecież nie siedzi na chmurze i nie mówi: »Kaczkowski, wasza gęba mi się nie podoba – pyk – nowotwór. Nie zmówiłeś paciorka – pyk – przerzut«” (J. Kaczkowski, Nie możemy zapominać, że jesteśmy biologią, rozm. przepr. R. Laudański [online] Gazeta Pomorska 2014).

Jednak rozważania na temat teodycei (czyli gałęzi teologii próbującej wytłumaczyć, skąd wzięło się zło i jak je pogodzić z osobą dobrego Boga) to materiał na inny tekst. Tutaj zajmijmy się pierwszym typem wspomnianych wyżej memów. Komu dziękować – Bogu czy lekarzowi?

Pismo mówi…

Biblia, obok Tradycji, jest fundamentem wiary katolickiej, więc badając sprawę zdrowia w nauce chrześcijańskiej, oczywiście nie można jej pominąć. No ale jak to tak? Jakaś religijna księga sprzed tysięcy lat ma być przedmiotem analizy w temacie medycyny? A i owszem.

Rozważania można zacząć od biblijnego obrazu Boga jako lekarza. I to niekoniecznie lekarza chorych dusz, którym ciąży grzech, ale takiego zwykłego, przywracającego do zdrowia. Zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie Bóg po prostu uzdrawia chorych. Pewnego rodzaju apogeum tego działania stanowią cuda czynione przez Chrystusa, a później przez jego uczniów. Pokazują one prostą prawdę: choroba nie jest czymś pożądanym przez Boga. Sceptycy z pewnością zgłoszą sprzeciw, porównując te fragmenty Pisma Świętego do jakichś pogańskich praktyk. Powiedzą, że chrześcijanie leczą chorobę tylko modlitwą do jakiegoś konkretnego bóstwa, że to zwykły zabobon.

Rzecz w tym, że to nieprawda. Owszem, koniec końców czyjeś wyzdrowienie zależy od Boga (ostatecznie to On o wszystkim decyduje i niektóre rzeczy dopuszcza), ale nie oznacza to bynajmniej deprecjonowania roli lekarzy i dbałości o swoje zdrowie. Księga Mądrości Syracha mówi wprost: „Czcij lekarza czcią należną z powodu jego posług, albowiem i jego stworzył Pan. Od Najwyższego pochodzi uzdrowienie i od Króla dar się otrzymuje. Wiedza lekarza podnosi mu głowę, nawet i wobec możnowładców będą go podziwiać. Pan stworzył z ziemi lekarstwa, a człowiek mądry nie będzie nimi gardził” (Syr 38, 1–⁠4). Zatem lekarz to nie byle kto. To człowiek, który współpracuje z Bogiem, ratując ludzkie życie. Zresztą, jak widać, korzystanie z dobrodziejstw ziemi w celu dbałości o zdrowie świadczy o mądrości, a nie braku zaufania wobec Stwórcy.

Co ciekawe, starotestamentalne przepisy prawa drobiazgowo odnosiły się do kwestii sanitarnych. Wiele działań o charakterze rytualnym, takich jak obowiązkowe ablucje, czy też wszelkiego rodzaju zakazy i nakazy związane z chociażby dotykaniem zwłok, były tak naprawdę zabiegami służącymi profilaktyce zdrowotnej. Logiczne. W końcu lepiej zapobiegać niż leczyć.

Teoria wcielona w praktykę

Tyle Biblia. A jak wygląda sprawa z przełożeniem słowa pisanego na rzeczywistość? Czy Kościół katolicki faktycznie jest tak skupiony na cierpiętnictwie, jak chcą to widzieć jego przeciwnicy?

Najpierw truizm. Wspólnota Kościoła istnieje od dwóch tysięcy lat i na przestrzeni wieków liczyła miliardy ludzi. Trudno łudzić się, że każda osoba mianująca się katolikiem, każdy ksiądz i papież idealnie realizowali swoje zadania. Niemniej jednak, przyglądając się historii i oficjalnym naukom hierarchii kościelnej, trzeba przyznać, że zdrowie ludzkie nie było traktowane po macoszemu.

Sobór Nicejski z 325 roku, czyli pierwszy sobór powszechny, zalecił biskupom organizowanie przytułków i lecznic dla osób potrzebujących pomocy. W późniejszych latach rolę poradni lekarskich i szpitali przejęły zakony, które po upadku Rzymu starały się zachować i pogłębiać wiedzę starożytnych, w tym wiedzę medyczną. Dominującą gałęzią medycyny zakonnej była fitoterapia. I nie należy tego uznawać za coś złego. Ziołolecznictwo do dziś stanowi ważny element domowej profilaktyki zdrowotnej polecanej przez lekarzy. A wtedy po prostu korzystano z tego, co oferowała natura. Obecnie w tej dziedzinie duże osiągnięcia mają bonifratrzy z Zakonu Szpitalnego św. Jana Bożego. Inne z zakładanych wspólnot prowadziły działalność „specjalistyczną”. Powstały w XI wieku Zakon Rycerzy św. Łazarza skupiał się na niesieniu pomocy osobom trędowatym.

A postęp? Według niektórych religia katolicka i Kościół od zawsze były hamulcami medycyny, uniemożliwiającymi jej rozwój. Na potwierdzenie tej tezy podaje się wiele rzekomych dowodów: od nakazu leczenia tylko za pomocą modlitwy, poprzez zakaz sekcji zwłok i transfuzji, na współczesnych kwestiach bioetycznych takich jak in vitro kończąc. Sęk w tym, że duża część tych argumentów (choć pewnie nie wszystkie) przeinacza sens oryginalnych wypowiedzi władz Kościoła tak, by przedstawić chrześcijaństwo jako zacofane.

Przykład? Bulla Detestande feritatis Bonifacego VIII, która rzekomo miała zakazywać sekcji zwłok, w oryginalnym brzmieniu nawołuje do poszanowania ciała zmarłej osoby. Niedopuszczalne były dla niej tym samym dość popularne praktyki mające na celu przewiezienie zmarłego do odległego miejsca pochówku, takie jak gotowanie ludzkich szczątków. Owszem, pośrednio dokument ten mógł ograniczać możliwość przeprowadzania sekcji zwłok. Nie było to jednak ani jego intencją, ani przejawem niechęci do nauki. Chodziło tylko o szacunek dla ludzkiego ciała.

Ale dlaczego Kościół uniemożliwiał pracę naukowcom i z opóźnieniem akceptował niektóre metody terapii? Dlaczego hierarchowie nie przyjmowali wszystkich nowych pomysłów z entuzjazmem? Z dwóch powodów.

Po pierwsze – ostrożność. W ciągu wieków pojawiało się wiele osób przedstawiających cudowne rozwiązania palących problemów. Część z tych pomysłów faktycznie sprawdza się w praktyce. Reszta w rzeczywistości szkodziła pacjentom. I tak się dzieje do dziś. Wystarczy spojrzeć na współczesne pomysły leczenia nowotworów witaminą C lub pestkami.

Siedząc przed komputerem, łatwo oceniać Kościół sceptycznie nastawiony np. do pierwszych transfuzji krwi. Przecież ten zabieg ratuje człowiekowi życie. Tymczasem do momentu odkrycia grup krwi w XX wieku wiele zabiegów kończyło się śmiercią pacjentów w wyniku aglutynacji. Trudno zatem było uznać ten sposób leczenia za bezpieczny.

Druga, nie mniej istotna kwestia opóźniająca akceptację niektórych metod leczenia to moralność. Nie każda działalność może być usprawiedliwiona. Nie można w celu ratowania życia wyciąć nerki biednemu nastolatkowi z Afryki. Kościół od zawsze podkreślał, że godność człowieka jest nienaruszalna, niezależnie od wieku, płci, stanu zdrowia i narodowości. A dotyczy ona tak samo duszy, jak i ciała.

Ważny, ważniejszy, najważniejszy

No właśnie. Dusza i ciało. Przy różnych okazjach, czy to przed świętami, czy też urodzinami ludzie składają sobie życzenia. I konia z rzędem temu, kto nigdy nie usłyszał od babci, cioci lub wujka słów: „Zdrowia. Bo zdrowie jest najważniejsze”. Z pozoru wszystko wydaje się w porządku. W końcu, tak jak wcześniej wspomniano, o zdrowie warto dbać. Ale czy jest najważniejsze? Otóż nie.

Każdy człowiek, który jest świadom siebie i swojej wiary, powinien zdać sobie sprawę z tego, że czasami trzeba poświęcić zdrowie, by sięgnąć po coś więcej. W kontekście wiary dobro najwyższe, do którego dąży człowiek, to osiągnięcie nieba. Paradoksalnie, czasem uzdrowienie nie jest najlepszą rzeczą, jaka może spotkać chorego. Sam Pan Jezus podkreślał, że „lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła” (Mk 9, 45). Choć słowa te są metaforą odcięcia się od źródła grzechu i bynajmniej nie nakłaniają do samookaleczeń, pokazują jasno, że zbawienie jest sprawą nadrzędną.

Dobra duchowe dobrami duchowymi, a co z doczesnością? Czy tutaj też są sprawy ważniejsze niż zdrowie? Jak najbardziej. Są zawody, które w swych założeniach kładą zdrowie i życie ludzi na szali. Ratownicy ryzykują, pomagając ofiarom wypadków w kopalniach, strażacy gaszą pożary, żołnierze walczą w obronie ojczyzny i ludzi w niej żyjących. Ale nawet tak prozaiczne z pozoru zajęcie jak bycie rodzicem wiąże się z poświęcaniem swojego zdrowia podczas opieki nad dzieckiem. Praca związana z utrzymaniem rodziny, nocne wstawanie do płaczącego syna lub córki – to wszystko zawsze negatywnie odbija się na zdrowiu człowieka. Ale w takich sytuacjach chyba warto poświęcać siebie.

Kościół nigdy nie był przeciwny dbaniu o własne zdrowie. W końcu ciało ludzkie to świątynia Ducha Świętego, jak naucza św. Paweł. I owszem, czasami niektóre nowinki medyczne wprowadzano z opóźnieniem, a do niektórych podchodzono z daleko posuniętą ostrożnością. Ale nie zmienia to faktu, że oficjalna nauka Kościoła nigdy nie była przeciwko leczeniu. Wręcz przeciwnie. To właśnie katolicyzm na szeroką skalę zaczął odchodzić od magicznych praktyk znanych z czasów pogańskich do potwierdzonej doświadczeniem nauki.

Dziś katolicy nadal angażują się w sprawy dotyczące życia i zdrowia ludzi na całym świecie. Domy opieki, akcje humanitarne, dostarczanie lekarstw do mieszkańców biedniejszych regionów świata to tylko wycinek działań Kościoła. Także na krajowym podwórku, w parafiach można się dowiedzieć o badaniach profilaktycznych. Nie bez powodu Narodowy Program Zdrowia zakłada współpracę z Kościołem katolickim.

A modlitwa? W takim razie po co ona? Czy faktycznie jest potrzebna? Tak. Bo wszystko musi prowadzić do Boga. Zdrowie i choroba. Życie i śmierć. A modlitwa nie stoi w sprzeczności z szukaniem pomocy u lekarza. Wręcz przeciwnie – te rzeczy się wzajemnie uzupełniają.

A jeśli ktoś, mimo wszystko, upiera się przy stwierdzeniu, że Kościół lekceważył i lekceważy potrzeby chorych, niech poszuka odpowiedzi, dlaczego do pielęgniarki w szpitalu zwracamy się per „siostro”.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.