Jest coś fascynującego w tym tajemniczym, niemal misteryjnym wydarzeniu kończącym naszą ludzką, ziemską egzystencję. Choć z punktu widzenia biologii to po prostu trwałe i nieodwracalne ustanie funkcji życiowych, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że za tym wszystkim kryje się coś więcej, i że nawet umierając można czegoś dokonać.
W serialu „Dr House” tytułowy bohater, lekarz w tym samym stopniu inteligentny, co zadufany w sobie, miał kilka powiedzeń. Oprócz słynnego „wszyscy kłamią” z jego ust od czasu do czasu padał zwrot: „można godnie żyć, ale nie godnie umierać”. Być może coś jest na rzeczy z tą myślą. Śmierć zazwyczaj nie wygląda tak, jak pokazuje się to na ekranach kin i telewizorów. Potrafi przerażać, ale… No właśnie. Jest pewne „ale”.
Zapewne nie bez powodu kultura połączyła umieranie z pojęciem godności, choć na przestrzeni wieków bywało ono różnie rozumiane. Zawsze istotny był kontekst filozoficzny i religijny, do którego odnosiły się ówczesne społeczeństwa. Nawet ateiści zawieszają czysty biologizm i szukają sposobów na godną śmierć. Współczesne rozumienie tego pojęcia drastycznie jednak różni się od tego, jak postrzegano je w przeszłości.
(Wy)godna śmierć
Dziś pod pojęciem „godnej śmierci” kryją się głównie „argumenty” zwolenników eutanazji, czyli uśmiercania na życzenie. Co istotne, w tym przypadku pojęcie godności funkcjonuje nie w przestrzeni symboliczno – ideowej, ale czysto estetycznej. Nie chodzi o heroiczną próbę zniesienia bólu ani o poświęcenie się dla kogoś lub czegoś. Wręcz przeciwnie. Przez godność rozumie się śmierć osoby starszej lub chorej bez cierpienia i krwi. Aby osiągnąć ten cel, można zastosować różne, niekoniecznie moralne środki. Ważne jest to, by było szybko i bezboleśnie.
Tego typu podejście nie może dziwić w kontekście zdecydowanie hedonistycznej kultury współczesnej, w której życie służy głównie zaspokajaniu własnych potrzeb. Czy wiąże się to z postępującą laicyzacją kultury zachodniej? Bardzo możliwe. W momencie, w którym znika perspektywa wieczności, nadrzędnym celem staje się wygoda w życiu doczesnym. Każda niedogodność traktowana jest jako problem, który trzeba natychmiast wyeliminować.
Z biegiem lat coraz częściej można zauważyć, że głównym motorem, napędzającym ideę eutanazji jest… strach. W wielu momentach jest on całkowicie zrozumiały. Ból, na przykład ten pojawiający się przy chorobach nowotworowych, jest strasznym przeżyciem. Zarówno dla samego chorego, jak i najbliższego otoczenia. Fizyczne cierpienie, połączone z poczuciem własnej bezradności i świadomości nieuniknionego końca, jest odczuciem tak traumatycznym, że osoba zdrowa nie jest w stanie sobie go wyobrazić.
Oprócz strachu przed biologicznym cierpieniem pojawia się jeszcze jeden rodzaj lęku, szczególnie intensywny w przypadku osób zindywidualizowanych, którzy próbują maksymalnie kontrolować swoje życie. Chodzi tu o strach przed byciem zależnym od kogoś. Niemożność bycia w stu procentach samodzielnym, potrafi przerazić takiego człowieka. Dlaczego? W wielu sytuacjach, zwłaszcza przy chorobach przewlekłych, połączonych z degradacją funkcji poznawczych, osoba cierpiąca wymaga stałej pomocy nawet przy tak prostych czynnościach jak jedzenie czy siadanie na łóżku. Z perspektywy osoby zdrowej całkowita zależność, zwłaszcza w przyziemnych lub intymnych sprawach jawi się jako coś uwłaczającego.
Tragizm całej sytuacji polega jednak na tym, że zamiast zaoferować takim ludziom wsparcie fizyczne, psychiczne i duchowe oraz podejmować odpowiednie działania z zakresu medycyny paliatywnej, szuka się rozwiązania w brutalnym unicestwieniu biologicznego życia. Brutalnym nie ze względu na formę, gdyż eutanaści uciekają od wszelkich nieestetycznych obrazów śmierci, ale ze względu na traktowanie życia człowieka jako procesu, który można przerwać łatwo, szybko i praktycznie bez żadnych negatywnych konsekwencji.
W skrajnych przypadkach eutanazję zaczyna się traktować jako podstawową formę „leczenia” nieuleczalnie chorych. Przypadek Rogera Foleya z Kanady, którego próbuje się zmusić do samobójstwa, pokazuje, jak bardzo współczesny świat próbuje uciec od trudów prawdziwej pomocy i opieki nad cierpiącymi. Istotny okazuje się tu także czynnik ekonomiczny. Choć może brzmieć to tragicznie, życie ludzkie podlega w takiej sytuacji wartościowaniu, przez co opieka nad osobami nieuleczalnie chorymi staje się obciążeniem finansowym dla państwowej służby zdrowia lub opiekunów.
Wbrew współczesnym trendom to właśnie eutanazja jest swoistym zaprzeczeniem godności, gdyż pozbawia jej człowieka chorego, sprowadzając go do poziomu zwierzęcia, które można uśpić, albo wręcz przedmiotu, którego utrzymanie kosztuje zbyt wiele. Jednocześnie definiowanie godności jako braku bólu jest całkowitym przeciwieństwem wielu dotychczasowych obrazów godnej śmierci, które kierują człowieka w stronę wyższych wartości, pozwalając mu na przekraczanie siebie i swoich słabości.
Słodko i zaszczytnie…
O Spartanach słyszał chyba każdy, głównie dzięki historii bitwy pod Termopilami, w której wzięło udział trzystu hoplitów pod wodzą króla Leonidasa. Kilkanaście lat temu historię tę spopularyzował film „300” Zacka Snydera. Ta patetyczna, strasznie przerysowana adaptacja komiksu, przedstawia obraz wojowników, dla których najwyższą chwałą jest śmierć w obronie wolnej Grecji, zagrożonej perskim najazdem. Przyjęta konwencja oraz podniesiony do potęgi n-tej heroizm głównych bohaterów sprawia jednak, że trudno pozbyć się wątpliwości, czy tak właśnie mogła wyglądać postawa Spartan w V wieku przed Chrystusem. Prawda to, czy tylko wymysł reżysera?
Cóż. W dużej mierze to… prawda. Tyrtajos, grecki poeta z VII wieku przed Chrystusem pisał: „Piękna rzeczy, gdy pada na czele wojowników/ dzielny mąż w walce za swoją ojczyznę”. Mieszkańcy najważniejszego polis Peloponezu od wieków wyróżniali się umiłowaniem wojny. Surowe prawo Likurga wymuszało na nich postawę absolutnego poświęcenia własnemu miastu. Wyrabianiu jej służyło szkolenie zwane agoge oraz wiele innych procesów kształtowania spartańskiego hoplity, mającego walczyć do ostatniej kropli krwi. Na sławę można było zasłużyć tylko na dwa sposoby: wygrać bitwę lub zginąć, próbując zwyciężyć.
Ten kult chwalebnie poległych osiągał czasami absurdalne z naszej perspektywy rozmiary. Jeden ze Spartan, odesłany przez Leonidasa spod Termopil, z powodu choroby oczu został po powrocie do swojego miasta okrzyknięty tchórzem. Chcąc zrehabilitować się w oczach rodaków, w kolejnej bitwie przeciw Persom dokonywał cudów męstwa. Mimo to Spartanie nie zapomnieli mu Termopil i podtrzymali swoje dotychczasowe zdanie.
Do podobnej sytuacji doszło w 390 r. przed Chrystusem, gdy oddział Spartan wpadł w zasadzkę. Poległo dwustu pięćdziesięciu hoplitów, reszta wycofała się do miasta. Reakcja Lacedemończyków była zgoła nieoczekiwana. Jak podaje Ksenofont: „Nie smucili się tylko ci, których synowie lub bracia padli na stanowisku; ci bowiem niby zwycięzcy chodzili promienni i radośni”.
Spartanie nie byli jednak ani pierwsi, ani jedyni, jeśli chodzi o kwestię kultu heroicznie poległych. Powszechnie znana jest sentencja Horacego: „Dulce et decorum est pro patria mori”. Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę. Tę zasadę wyznawali antyczni Grecy, starożytni Rzymianie, średniowieczni mieszkańcy Europy, japońscy samurajowie, polscy powstańcy i żołnierze z czasów II wojny światowej.
W tym kontekście godna śmierć rozpatrywana była w przestrzeni ideowej. Życie ludzkie jako takie, nie wspominając już o życiu wygodnym, przestaje być wartością samą w sobie. Bynajmniej nie traci ono na wartości per se, natomiast są momenty, w których można, a nawet należy zrezygnować z własnego „ja” na rzecz czegoś… większego. Mąż rzucający się na przestępcę i ryzykujący własne zdrowie oraz życie, by ratować swoją żonę, kieruje się podobną do Spartan wizją świata. Można skonać z nożem wbitym w brzuch, ale ze świadomością, że zrobiło się to, co należy.
Jest jednak coś, co nie pozwala na absolutną gloryfikację spartańskich wojowników. Tak jednostronne nastawienie na śmierć z poczucia obowiązku może stać się pewnego rodzaju wypaczeniem. Przesadne kultywowanie heroicznej śmierci w pewnych momentach deprecjonuje życie samo w sobie, które przecież, jak dobrze wiemy, jest darem od Boga. W skrajnych przypadkach życie staje się przekleństwem pogardzanym przez innych. Czy człowiek umierający ze starości w swoim własnym łóżku jest mniej warty od wojownika ginącego na polu bitwy?
Męczennicy czy wyznawcy?
Jak do sprawy podchodzi katolicyzm? Jakich wskazówek dotyczących umierania udziela? Czy jedyną wartościową śmiercią jest ta w imię wyższych celów, czy liczy się ta, w której unika się cierpienia?
Mając na uwadze wojenną filozofię Spartan oraz współczesną mentalność, kładącą nacisk na unikanie bólu za wszelką cenę, można stwierdzić, że religia katolicka odrzuca obie skrajności. Bynajmniej nie oznacza to krytyki ani chwalebnej śmierci za ojczyznę, ani prób uśmierzania bólu. Wręcz przeciwnie. Chodzi po prostu o zachowanie umiaru w ramach moralności.
Wiele osób nie mających wiedzy na temat chrześcijaństwa interpretuje katolicyzm jako niezwykle cierpiętniczą religię, skupiającą się w niezdrowy sposób na aspekcie bólu. Szczególni ignoranci sugerują wręcz, że Kościół lubuje się w martyrologii i chciałby zmuszać każdego człowieka do cierpienia ponad jego siły. Argumentem potwierdzającym tę tezę miałby być przykład męczenników lub licznych praktyk pokutnych. Czy wynika to z nieznajomości tematu, czy ze zwykłych uprzedzeń, trudno orzec.
Tymczasem Kościół od zawsze naucza, że życie doczesne jako dar otrzymany od Boga pozostaje jedną z najwyższych wartości. Dbałość o swoją doczesną powłokę jest obowiązkiem chrześcijanina, do którego zobowiązuje go przede wszystkim piąte przykazanie. Ponadto, św. Paweł w Liście do Koryntian pisał, iż ciało człowieka jest świątynią Ducha Świętego. Jakże więc można aprobować działania wyrządzające mu krzywdę?
Oczywiście Kościół od wieków gloryfikował osoby będące w stanie poświęcić swoje własne życie lub zdrowie dla wzniosłych celów. Nie chodzi tu tylko o męczenników oddających życie za wiarę, ale także o bardziej „ziemski” wymiar heroizmu, jak obraz matki ratującej swoje dziecko nawet za cenę własnej śmierci. Cierpienie samo w sobie nigdy jednak nie uszlachetnia człowieka. Może to zrobić tylko sposób jego przyjęcia.
W tym wszystkim kluczowe stają się intencje. Zawsze w takich sytuacjach na pierwszy plan powinna wysuwać się miłość. Do Boga i bliźniego. To ona staje się punktem odniesienia do oceny, czy narażanie własnego życia ma charakter chwalebny, czy zgoła przeciwnie.
Chorzy i kapłani często odwołują się do konieczności niesienia własnego krzyża na wzór Chrystusa. Na czym to jednak polega? Św. Teresa Benedykta od Krzyża, znana bardziej pod swoim świeckim imieniem Edyty Stein, pisała: „Krzyż jest pojęciem wspólnym dla tego wszystkiego, co nieproszone zjawia się w naszym życiu, co pozostaje, gdy uczyniliśmy wszystko, by oddalić nędzę, chorobę, cierpienia i udręki wszelkiego rodzaju. To, co mimo to zostaje, to Krzyż”.
Już w starożytnym Rzymie biskupi przestrzegali przed lekkomyślnym narażaniem się poganom w poszukiwaniu męczeńskiej śmierci. Dopóki było to możliwe, chrześcijanie mieli ratować swoje życie. To właśnie odróżnia chrześcijaństwo od niemal bałwochwalczych kultów własnego narodu czy państwa. Prześladowani wyznawcy Chrystusa nie mieli zachowywać się jak Spartanie, pogardzający tymi, którzy woleli się wycofać w obliczu przegranej bitwy. Tego typu zachowanie było zbyt bliskie samobójstwu. Uśmiercanie siebie na własne życzenie nie mogło być zatem rozpatrywane w kategoriach „godnej śmierci”.
Czytając zresztą teksty i publikacje religijne, częściej dostrzega się określanie śmierci jako „dobrej” niż „godne”. W tym właśnie sformułowaniu należy poszukiwać klucza do rozwiązania zagadki godnego umierania. Dobra śmierć, czyli taka, która prostą drogą prowadzi do Boga.
Choć zabrzmi to banalnie, forma umierania jest kwestią drugorzędną. Przykład Jezusa, męczenników i wielu świętych pokazuje, że można ponieść dobrą i godną śmierć w zupełnie różnych sytuacjach. Ludzie, którzy znają nieco historię i biologię wiedzą, że śmierć przez ukamienowanie wygląda makabrycznie. Skazany kona w bólu, kałuży krwi i własnych fekaliów. Czy w takim razie św. Szczepan nie umarł godnie? Czy cierpiący na nowotwór mężczyzna, podłączony do aparatury w szpitalu, umiera w sposób mu uwłaczający? Czy ponad stuletnia kobieta z zaawansowaną demencją, konając na swoim własnym łóżku, jest mniej warta od młodych, silnych, żyjących?
Istnieje w Polsce przysłowie: jakie życie, taka śmierć. Z kolei ksiądz Kaczkowski powiedział kiedyś: „Dla mnie fakt ustania pracy organizmu nie jest dowodem na to, że człowiek przestał istnieć. Zawsze mówię pacjentom, że trzeba przeżyć własną śmierć – to jest zwycięstwo duszy nad ciałem”. Godność człowieka wynika z faktu, iż został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a godność śmierci polega na tym, że prowadzi ona do Stwórcy.