adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Franciszek chce przejść do historii, tylko czy cena jest tego warta?

magazine cover

piaxabay.com

Jeśli Bóg i zdrowie pozwolą Franciszkowi, to już 13 marca 2023, a więc za półtora roku, będzie świętował dziesięciolecie swojego pontyfikatu. O ile kierunek gwałtownie się nie zmieni, a nic na to nie wskazuje, to te dziesięć lat będzie zapamiętane jako czas przełomu, próby reform, kryzysów, napięć i oczekiwań, jakie rozbudzono wyborem żywiołowego Argentyńczyka.

Podsumowanie pewnego etapu tego pontyfikatu nie będzie łatwe. To był czas medialnych nagłówków i tony fake newsów, które niesłusznie uderzały w papieża. Ambitnych planów, organizacyjnej sprawności, ale także niepewności doktrynalnej, którą papież wprowadzał przez swoje decyzje. Jedni zapamiętają to jako czas chaotycznego stylu medialnego czy dwuznacznych pod względem teologii wypowiedzi, jednak inni nie zapomną o wielu ważnych chwilach, wystąpieniach i cennych posunięciach. Będą także radykalni obrońcy papieża; ci, niezależnie od jego działań, ugruntują zachwyt nad nim jako reformatorem skostniałej instytucji, któremu przeszkadzają wścibscy konserwatyści różnej maści. Jak byśmy nie oceniali papieża, jedno jest pewne: z perspektywy czasu widzimy, że Argentyńczyk od początku miał ambicje, by z hukiem zapewnić sobie miejsce w annałach historii. I trzeba przyznać – zdecydowanie mu się to udało.

Ekscytujący początek

Gdy 13 marca 2013 roku kard. Jorge Bergoglio został następcą św. Piotra, wielu publicystów w pośpiechu przeglądało Wikipedię i tłumaczyło hiszpańskojęzyczne blogi. Żywiołowy Argentyńczyk był znany watykanistom, jednak daleko mu było do postaci realnie kojarzonej w przestrzeni publicznej, szczególnie europejskiej. Jak się szybko okazało, papież Franciszek, mimo że nie był globalną gwiazdą telewizji ani głównym papabile, szybko stał się najbardziej medialnym człowiekiem 2013 roku.

Z obecnej perspektywy wydawać się może, że papież miał dokładny plan na to, by Kościół zapamiętał go bardzo wyraźnie, a historycy mogli dzielić kolejne okresy w historii na Kościół przed Franciszkiem i po nim. Świadczą o tym m.in. bardzo dobitne gesty jak: rezygnacja z mieszkania w Pałacu Apostolskim i przeniesienie się do Domu św. Marty, rezygnacja z użytkowania letniej rezydencji Castel Gandolfo czy chociażby zmiana obrzędów mandatum w Wielki Czwartek. W ten sposób Argentyńczyk dokonał kroków tak radykalnych, także na poziomie symboli, że ten podział nie będzie jedynie publicystycznym trikiem. To opis rzeczywistości. Franciszek zapewnił sobie przejście do historii w stylu, jakiego chyba nikt się nie spodziewał. Uczynił to bardzo skutecznie, bo poprzez zarządzanie symbolami, które w przypadku Kościoła są nośnikiem tożsamości. Potrafił je jednak wykorzystywać, by zjednywać sobie wiernych czy przekazywać kluczowe komunikaty, jak podczas poruszającego nabożeństwa pokutnego na początku pandemii.

Od słów pełnych czułości o Kościele bliskim, miłosiernym i szpitalu dla grzeszników minęło osiem lat. Od tego czasu zmienił się Kościół. Zmieniła się także retoryka Franciszka. Naciskany z każdej strony przez różnorakie grupy, zaczyna zachowywać się nerwowo, jak pięściarz przyparty do muru. I z roku na rok nabiera swady i pewności siebie w ocenie osób i grup w Kościele, z którymi mu nie po drodze. Franciszek zaczął realizować swoją wizję Kościoła dość wyraziście, ale momentami nerwowo i w pośpiechu, jak przy kryzysie w episkopacie Chile. Jakby czuł, że czas nie stoi w miejscu, a Kościół potrzebuje w jego mniemaniu nie ewolucji, lecz rewolucji. I to jak najszybciej.

Papież z gazet

Poprzednik Franciszka, Joseph Ratzinger, lubił powtarzać, że istniał sobór ojców i sobór mediów. Ten drugi był jedynie rodzajem luźnej interpretacji faktów, równoległym światem, którego ściany były zbudowane nie z danych, a z wypowiedzi prasowych. Podobnie stało się z Franciszkiem. Zanim ktokolwiek na poważnie przeanalizował jego biografię, podjął się refleksji nad tym, kim on jest i jakim papieżem chce być, już okrzyknięto go odkryciem, niczym gwiazdę rocka. W przekazie mediów był fajniejszy, bardziej ludzki, zszedł ze złotego tronu i bogatych szat. Bo wiadomo, ten Niemiec to tylko zbytek, dziwny język encyklik i sztywność. Ale Franciszek, który zrezygnował z czerwonych butów, złotego krzyża, to jest dopiero firma. Oto Nasz Papież. Wybrany bezpośrednio przez Ducha Świętego. To on zaprowadzi porządek, w Kościele zapanuje pokój, a wszyscy złapią się za ręce i zaśpiewają…

A nie, stop, dziennikarzu, wstawaj.

Z perspektywy czasu widać, jak ta medialna retoryka wydaje się drewniana, prosta, wręcz prostacka. Ale, o zgrozo, właśnie w 2013 roku zadziałała ona idealnie. Stworzenie prostej dychotomii i papieża jak z kreskówki było publicystyczną machinacją, która zaszkodziła Franciszkowi. Pudrowanie, któremu poddano go w pierwszych miesiącach pontyfikatu, spowodowało, że ci sami dziennikarze po chwili pośpiesznie zdejmowali ten puder, gdy na biografii Franciszka znajdowano rysy. Heros, tak ludzki i prostolinijny, że aż wielki, spadł z niebios. I okazał się, co za szok, normalnym człowiekiem, który popełniał błędy i grzeszył, i wiele rzeczy obecnie zrobiłby inaczej.

I te same media, które budowały mu lukrowy pomnik, zaczęły nadinterpretować historię, na siłę szukając sensacji i pytając: czyżby Franciszek współpracował z autorytarną juntą wojskową w Argentynie? A co właściwie zrobił, by ratować swoich przyjaciół jako przełożony? W ten sposób Franciszek otrzymał zimny prysznic w postaci przypomnienia traumy z przeszłości, kiedy to musiał walczyć o każdy dzień jezuickiej prowincji w czasach autorytarnych rządów prześladujących Kościół.

Dopiero po medialnym spektaklu, który wtedy nazwano efektem Franciszka, opinia publiczna ochłonęła. Musiało minąć wiele miesięcy, by kurz opadł, a na rynku wydawniczym pojawiły się wreszcie spokojne i merytoryczne biografie papieża. Dopiero wtedy mógł on zacząć zarządzać, a nie być gwiazdą każdego prasowego nagłówka.

Papież z samolotu

Wraz z rozwojem pontyfikatu okazało się, że Franciszek to bardzo ciekawy partner do polemiki. Bo jako pierwszy z nowożytnych papieży zaczął używać konferencji w samolocie jako realnego narzędzia komunikacji ze światem i Kościołem. I to często ta forma dawała najwięcej informacji o tym, co papież rzeczywiście myśli o Kościele. Konferencje w samolocie w drodze powrotnej z pielgrzymek czy podróży były i są momentami, w których uwielbia ironizować, strofować polityków, rzucać uszczypliwości w stosunku do nielubianych przez siebie grup katolików.

To właśnie z samolotowych konferencji pochodzą jego wypowiedzi o katolikach, którzy nie muszą mnożyć się jak króliki, o tradycjonalistach-fundamentalistach, którzy ukochali proch, czy anegdota o Janie Pawle II i pedofilii, którą sam potem odkręcał. Podczas tych konferencji papież czuje się swobodnie, wyrażając swoje opinie w argentyńskim stylu: często przeskakując z tematu na temat, używając porównań obcych Europejczykom, wypowiadając się dosadnie – raz z humorem, by za chwilę zganić na granicy wyśmiania. O ile ten styl komunikacji stał się bardzo wdzięczny dla dziennikarzy, którzy gromadzili tony materiałów do publikacji, o tyle okazał się problematyczny dla watykańskiego biura prasowego. Musiało ono wyjaśniać, co rzeczywiście papież miał na myśli, a potem tłumaczyć, że jednak chodziło mu o coś innego, niż powiedział.

Papież z niedopowiedzenia

Przy wszystkich swoich zaletach papież ma jednak spory problem z komunikacją. Na tyle, że z niedopowiedzeń uczynił swoisty znak markowy swojego pontyfikatu. Apogeum był rodzaj gry na linii konserwatyści – papież w sprawie interpretacji Amoris laetitia.

Chociaż oficjalnie dokument nie zmieniał nic w katolickiej ortodoksji – a co gorliwsi teologowie przekonywali, że da się go odczytywać w duchu Jana Pawła II i poprzedników – to jednak papież nie zaprzeczał, gdy argentyński episkopat zrozumiał dokument jako pretekst do rewolucyjnych zmian. I właśnie liberalna interpretacja znalazła się w „Acta Apostolicae Sedis” – oficjalnym, służbowym periodyku Stolicy Apostolskiej. Ten dwugłos stał się na tyle silny, że mimo upływu pięciu lat od wydania adhortacji echo ciągle pobrzmiewa w kościelnej dyskusji. To tylko najważniejszy, koronny przykład niedopowiedzenia jako stylu komunikacyjnego papieża.

Jako drugi można podać sprawę kawalerów maltańskich. W newralgicznym sporze na szczytach władzy w zakonie papież odsunął kard. Burke, który w 2017 roku pełnił rolę patrona zakonu (funkcja przypominająca stałego delegata Watykanu). W wyniku sporu o prezerwatywy w Afryce, liberalne podejście wielkiego kanclerza i kompetencje Watykanu ze stanowiska ustąpił wielki mistrz Matthew Festing. W sprawie istniało wiele sprzecznych wypowiedzi, wyciąganych zależnie od poglądów dziennikarza na sprawę, jednak mimo argumentacji do dzisiaj istnieją wątpliwości, czy Watykan miał prawo nadać Zakonowi komisję. Jak przypomniał na łamach „Tygodnika Powszechnego” red. Edward Augustyn w artykule Papież i kardynał: spór o Maltańczyków, sytuacja prawnie nie jest jednoznaczna. Z jednej strony zakon zgodnie ze swoimi konstytucjami jest niezależnym i apolitycznym podmiotem prawa międzynarodowego, dlatego arbitralny styl wejścia Watykanu w spór z maltańczykami mógł budzić wątpliwości. Lecz z drugiej strony dla obrony Watykanu podnoszono fakt, że na mocy wyroku Trybunału Kardynalskiego z 1953 roku maltańczycy podporządkowani są w sprawach religijnych Stolicy Apostolskiej. Brak jednak klarownej komunikacji w tak delikatnej sferze, szum informacyjny i arbitralny styl, w jakim powołano komisję i próbowano reformować wielowiekowy zakon, z pewnością nie przysporzył papieżowi w tamtym czasie wielu zwolenników.

Papież wielu szans

Patrząc realnie na pontyfikat Argentyńczyka, nie możemy popadać w pułapkę spychania go do ideologicznej ściany. Franciszek nie jest – jak chcieliby niektórzy – liberalnym jeźdźcem bez głowy, działaczem politycznym propagującym tzw. lewactwo (cokolwiek ono oznacza), kosmopolitycznym działaczem itd. Tych mało pochlebnych określeń powstałaby cała litania. Dodajmy: bardzo wygodna, bo z intelektualnego lenistwa łatwo przypiąć innemu łatkę radykała. I chociaż Franciszkowi daleko w niektórych dokumentach do teologicznej klarowności Benedykta XVI czy bycia historycznym obrońcą wiary jak Grzegorz Wielki, to przy odrobinie dobrej woli z łatwością można znaleźć słowa, które zdecydowanie podkreślają katolicką ortodoksję i wizję Kościoła jego poprzedników. Franciszek wielokrotnie i wyraziście wypowiadał się o Szatanie i jego wpływie na wiernych, celibacie czy o Maryi (ten rys jest mocno widoczny w obecnym pontyfikacie). W bardzo ostrych słowach charakteryzował w wywiadzie rzece o Janie Pawle II ideologię gender: „Ta ideologia chce zniszczyć u korzeni stwórczy zamysł Boga dla każdego z nas, sprawić, aby wszystko było jednolite, neutralne. Jest to atak na różnorodność, na kreatywność Boga, na mężczyznę i kobietę” (Jednoznaczne słowa Franciszka o celibacie i gender. „Dla mnie jest on wielki!” – mówi o Janie Pawle II w nowej książce [w:] aleteia.org).

Sęk w tym, że te stwierdzenia są medialnie przykrywane przez piętrzące się lapsusy oraz wypowiedzi kontrowersyjne i bez przemyślenia, co skrzętnie wykorzystują media. 

Tutaj watykański PR przegrywa z nieubłaganą machiną brukowców i portali, w których kliknięcia i kontrowersje dają pracownikom pensje. Słabe przebijanie się bardzo dobrych i ortodoksyjnych wypowiedzi Franciszka staje się jedną z głównych bolączek medialnej percepcji tego pontyfikatu w opinii publicznej.
 

Zobacz też:   Watykan: Opublikowano konstytucję apostolską o Synodzie Biskupów

Kolejną inicjatywą papieża, zdecydowanie szczytną, lecz stanowiącą niewykorzystaną szansę, jest reforma Kurii Rzymskiej. Projekt, o którym mówiło się od dziesięcioleci, miał wreszcie naoliwić tryby starej, kurialnej machiny i zreformować działy, które były przeciążone biurokracją. Papież zadziałał tutaj nad wyraz sprawnie, bo już we wrześniu 2013 powołał nowy organ – Radę Kardynałów, nieformalnie nazywaną K-9 od liczby zasiadających w niej dostojników. Rada powstałą jako organ doradczy zaufanych ludzi Franciszka, których celem, oprócz zarządzania doraźnego, miała być właśnie reforma Kurii Rzymskiej.


W doniesieniach prasowych na przemian powtarzano słowa: decentralizacja i reforma. I mimo upływu prawie ośmiu lat od powołania Rady Kardynałów zapowiadana na wiosnę 2021, a potem na czerwiec tego roku konstytucja o Kurii Rzymskiej nie ujrzała światła dziennego. Co ją zatrzymało? Skandale finansowe? Problemy kadrowe w Kurii? A może opór, jaki stawia ta organizacja – już tradycyjnie – za każdym razem, gdy papież podejmuje się prób jej reformy? Ciekawy głos na łamach „America Magazine” (Pope Francis wants to reform the curia. Good luck with that. (Really) [w]: americamagazine.org) w tej sprawie wyraził ks. Thomas Reese. Jak zauważa, nawet jeśli konstytucja zostanie uchwalona, to będzie to tylko pewien krok, reforma Kurii nie zakończy się nawet połowicznym sukcesem, jedynie „piłka pójdzie znacznie bardziej do przodu” (oryg. „It will move the ball forward, but the game is not won”). Ze względu na poziom złożoności organizacji i spraw, którymi ona zarządza, Kurii Rzymskiej nie da się zreformować w ciągu kilku lat, a tym bardziej jednym dokumentem.


Mimo oporu i atmosfery napięcia Franciszek w jednej sprawie odniósł wyraźny organizacyjny sukces: konsystorze. Przez osiem lat Franciszek zorganizował ich siedem, mianując stu jeden kardynałów. Wśród nich był tylko jeden Polak – zaufany współpracownik papieża, kard. Konrad Krajewski. Franciszek nie dał purpury żadnemu przedstawicielowi polskiego Episkopatu, co jest aż nadto wyraźnym sygnałem. Globalnie istotniejsze jest jednak co innego: papież dzięki watykańskiej matematyce zapewnił sobie – o ile Duch Święty nie dokona tutaj rewolucji – następcę. Obecnie Kolegium liczy stu dwudziestu trzech elektorów, z czego aż siedemdziesięciu jeden to nominaci Franciszka. Tym samym niebawem papież osiągnie cyfrę, w której dwie trzecie elektorów (a więc liczba potrzebna do wyboru papieża) będzie pochodziło z jego nominacji. Ta liczba może tylko rosnąć – raz przez osiąganie wieku osiemdziesięciu lat nominatów Jana Pawła i Benedykta, a dwa – przez nowe konsystorze. Najbliższy może mieć miejsce już tej jesieni.

Tym samym Franciszek całkowicie dopuszczalnymi mechanizmami odciśnie na Kościele pieczęć swoich na wiele lat. Z dużą konsekwencją nominował misjonarzy z Afryki, Oceanii i Azji, zasłużonych i zaufanych działaczy Kurii Rzymskiej, arcybiskupów, którzy preferowali jego styl duszpasterstwa. Nie zabrakło także nominacji symbolicznych, ale ze względu na wiek purpuratów nie wpłyną one na wynik kolejnego konklawe. Papież przy tym zrezygnował z zasady purpura-stolica, w myśl której kardynalat otrzymywał arcybiskup kluczowej stolicy biskupiej w Europie i na świecie. Jaskrawym tego przykładem może być brak purpury dla arcybiskupów Paryża i Krakowa – tradycyjnie kardynalskich metropolii.

Tradycjonaliści, czyli w języku Franciszka: fundamentaliści

Franciszek, mając zapewnione z dużym prawdopodobieństwem następstwo swojego stylu dzięki nominacjom kardynalskim, zajmował się także strofowaniem bądź nawet karaniem oponentów. Ciekawym studium przypadku reagowania papieża na kościelną opozycję jest historia relacji na linii Franciszek – tradycjonaliści. Podczas swojego pontyfikatu papież, bardziej jak polityk i strateg niż teolog, stosował wobec tradycjonalistów politykę złotej klatki. Ograniczał im duszpasterską wolność, nie szczędził złośliwości, ale dopóki malował tę klatkę na złoto (przywileje dla FSSPX po Roku Miłosierdzia), część środowiska przełykała ślinę, mimo wszystko jednak tonując krytykę. Traditionis custodes było jednak zwrotem historycznym i to w brutalnym stylu.

16 lipca papież Franciszek ogłosił list w formie motu proprio Traditionis custodes, który bez żadnej przesady można nazwać opcją atomową. Dołączył do niego List do biskupów całego świata, w którym wyjaśnia powody swojej decyzji, przedstawiając swoje spojrzenie na sytuację. W Traditionis custodes Franciszek nobilituje Novus Ordo, uznając go za jedyną formę lex orandi Kościoła rzymskiego. Tym samym stary ryt staje się od tej chwili liturgią dopuszczalną na wniosek i do czasu, aż wierni „powrócą” do używania mszału Pawła VI i Jana Pawła II.

Dokument ten, z powodu radykalności swoich tez i stylu, stał się realnym przełomem w historii Kościoła i rozumienia liturgii. Na temat dokumentu wiele już napisano i powiedziano, także w Adeste. Zachęcam do zapoznania się z głosami Macieja Kapka, Marcelego Hejwowskiego, Piotra Ulricha i Jana Buczyńskiego. Przedstawiają one różne spojrzenia na szok i przełom, do jakiego doprowadziło ostatnie motu proprio, co daje pełniejszy ogląd sprawy i pokazuje różnorodność stanowisk w redakcji.

W jednej rzeczy większość będzie jednak pewnie zgodna: Nie trzeba być nadmiernie bystrym obserwatorem ani znawcą tematu, by wywnioskować, że wyraźne ograniczenie liturgii w starym rycie i de facto uznanie jej za coś dopuszczalnego co najwyżej w drodze wyjątku, uderzyło przede wszystkim nie w rebeliantów, radykałów i mentalnych schizmatyków, a w duszpasterstwa i osoby wierne nauczaniu Kościoła, zadając im realny ból. Ci pierwsi jeszcze bardziej umocnili się w swoich mentalnych twierdzach, a motu proprio papieża było dla nich li tylko kolejnym argumentem w litanii o Kościele przeżartym przez modernizm.

Tym bardziej dużą naiwnością byłoby oczekiwać, że papież swoim radykalizmem zgasi radykalizm grup, które i tak niezbyt przejmują się tym, co jest publikowane w watykańskich komunikatach, a każde (nawet słuszne) dyscyplinowanie uznają za atak. Dlatego rozumowanie przedstawione w Liście do biskupów nie jest realnie spójne, a wygląda jak mocny pretekst i zasłona dymna. Bo ostatnie, o co mogę oskarżać papieża, to brak inteligencji.

Szorstkim stylem motu proprio i bardzo specyficzną argumentacją listu papież poobijał wiernych, którzy starali się być lojalni wobec Watykanu, a dał jeszcze więcej energii sedewakantystom, grupom schizmatyckim i FSSPX, które, co ciekawe, można uznać za strategicznego zwycięzcę. Dlaczego? Bractwo rozwija się bardzo prężnie, szczególnie w USA, a jego obecna retoryka umocniła się od czasu objęcia sterów przez obecnego przełożonego. Jako organizacja w sposób radykalny wypowiada się o reformach Soboru Watykańskiego II.

A jednocześnie to samo bractwo otrzymało kilka lat temu od Franciszka przedłużenie przywilejów z Roku Miłosierdzia, delegacji do spowiadania. Następnie dano biskupom diecezjalnym władzę do przekazania delegacji kapłanom bractwa do przyjmowania przysięgi małżeńskiej. W liście z 2017 w sprawie małżeństwa Kongregacja Nauki Wiary i Komisja Ecclesia Dei zauważają, że celem Franciszka jest „proces zmierzający ku pełnemu instytucjonalnemu uregulowaniu sytuacji [Bractwa]”, nawet jeśli ono samo pod nowym kierownictwem nie jest zainteresowane takim rozwiązaniem. Wniosek nasuwa się sam. Jak ironicznie zauważył na portalu Więź Michał Jóźwiak, lepiej być tradycjonalistą nielegalnym niż legalnym.

I albo w Watykanie panuje totalny chaos i brak wizji, albo to tylko złudzenie i właśnie intencja papieża była dość wyrazista: zneutralizować tradycjonalistów, a tych, którzy są zbyt żwawi, zaprosić do przejścia poza nawias. Świadomie bądź nie, pewną część tradycjonalistów Franciszek popchnie w ramiona FSSPX. A te są szeroko otwarte, co wyraźnie widać po komunikacie przełożonego z 22 lipca. I nie będzie zaskoczeniem, jeśli pewna część wiernych z tej propozycji skorzysta.

Papież w ten sposób otwiera głęboko ropiejącą ranę, przypomina zaogniony spór. A co kluczowe: oficjalnie zrywa z hermeneutyką ciągłości Benedykta XVI, stwierdzając nadrzędność novus ordo wobec starego rytu w art. 1. motu proprio. W tej optyce papież arbitralnie stawia kreskę i chce napisać nowy rozdział kościelnej historii. Franciszek dał tą decyzją sygnał, że nie będzie tolerował w Kościele opozycji totalnej. A to, że przy okazji dużym rykoszetem dostali wierni, którzy nie wpisują się w taki paradygmat? Cóż, kościelna polityka Franciszka i realizacja jego wizji Kościoła nie pierwszy raz wymagają ofiar, i to najczęściej postronnych.

Przedefiniowanie

By zachować uczciwość i nakreślić pełniejszy obraz, nie wolno zapomnieć o wielu inicjatywach papieża, które były zdecydowanie udane. Porządkowanie sytuacji finansowej Watykanu, reforma watykańskich mediów, wyraźny sygnał wobec nadużyć seksualnych – to tylko niektóre z przykładów słusznych projektów papieża, których trudno nie wspierać. Sam, chociaż sceptycznie podchodzę do wielu wydarzeń z tego pontyfikatu, bardzo doceniam starania papieża na rzecz pokoju, edukacji, a wiele jego homilii stanowi dla mnie szansę na duchowe rozważanie. Nie można nie zauważyć także starania papieża o duszpasterskie uregulowanie sytuacji charyzmatyków, przez stworzenie Charis – scentralizowanej katolickiej służby, która ma dbać o ortodoksję i koordynację tych duszpasterstw.

Jednocześnie Franciszek będzie zapamiętany znacznie wyraźniej z kryzysów i konfliktów: najpierw z kryzysu w sprawie Amoris laetitia, a następnie właśnie z przełomu Traditionis custodes. W ten sposób, świadomie bądź mniej, przedefiniowuje własny pontyfikat. Od komunikacji i marzenia o Kościele prostym, ubogim i miłosiernym – przez chaos komunikacyjny, wpadki i niedopowiedzenia ze środkowego okresu pontyfikatu – aż do papieża rządzącego twardą ręką, który jednak, kiedy uzna za stosowne, zdecydowanie wciska hamulec. Już praktycznie nikt nie przywołuje romantycznych opowieści o efekcie Franciszka, który był bardziej hurraoptymistycznym bon motem niż trzeźwą oceną rzeczywistości. Franciszek spadł z chmur ekscytacji i nadmiernych wyobrażeń, jakie zbudowano o nim na początku pontyfikatu, na twarde klepisko kościelnych konfliktów. Na którym z jednej strony poruszał i porusza się dość sprawnie, a z drugiej – nieraz bywa bardziej dynamicznym uczestnikiem niż rozjemcą.

Bujanie łodzią

Franciszek przez swój styl zarządzania Kościołem z pewnością rozbujał piotrową łódź, i to na tyle dynamicznie, by wybudzić niektórych z letargu do ewangelicznego działania. Jednak inni przez to bujanie poczuli się zagrożeni i niespokojni, i albo sami wyskoczyli, albo wypadli z łodzi. Sternik z Argentyny już przeszedł do historii i odmienił Kościół, przy okazji dokonując rewolucji w najbliższej załodze.

Pytanie, które będzie musiał zadać sobie następca, bez względu na front ideologiczny, z którego zostanie wybrany, to: czy morze współczesności jest na tyle spokojne, by dalej bujać łodzią? A może Kościół potrzebuje nie tyle silnej ręki przy zarządzaniu, a silnych rąk, by ustabilizować ster łodzi i przywrócić stabilny kurs, którym płynęło tak wielu poprzedników?

O autorze

Redaktor Naczelny miesięcznika Adeste. Z wykształcenia politolog specjalizujący się w cyberbezpieczeństwie, z zawodu dziennikarz. Prywatnie melancholik lubiący dobrą muzykę, kubek ciepłej herbaty i spotkania z przyjaciółmi.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.