adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Kultura

Dla Hucuła nie ma życia jak na wysokiej połoninie

415 kilometrów. Dokładnie tyle dzieli cmentarz na krakowskim Salwatorze od centrum miejscowości Werchowyna na Huculszczyźnie. Jakie to ma znaczenie? Większe, niż mogłoby się wydawać, ale do tego dojdziemy w stylu huculskim. A więc: po kolei, na spokojnie i bez niepotrzebnego pośpiechu.

Informacja o tym, że mogę dostać do recenzji nowe wydanie Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza, niezmiernie mnie ucieszyła. Wiedziałem bowiem, że czeka mnie duchowa podróż do roku 2011 i chatki pana Mikołaja Iliuka w Werchowynie. Nieprawdopodobne, jak bardzo zmienił się świat przez te niemal dwanaście lat. I to zarówno w wielkiej, jak i małej, wręcz osobistej skali.

I właśnie tu wraca sprawa z pierwszego akapitu. Wyjaśnijmy ją zatem, zanim udamy się tam, gdzie szum Prutu i Czeremoszu Hucułom przygrywa, a ochocza kołomyjka do tańca porywa.

U nas w Krakowie zawsze w cenie jest porządek, nostalgia i dobra literatura. Może dlatego na Salwatorze, w cieniu Góry Świętej Bronisławy, spokojnie spoczywa tak wielu znakomitych literatów. Na spotkanie z Panem czekają tu m.in. Antoni Gołubiew, Stanisław Lem, Feliks Koneczny, Janusz Meissner czy Jan Sztaudynger. Większość przychodzących tu osób ominie jednak dwa niepozorne nagrobki: jeden ze stycznia 1971 r., drugi, niestety, z lipca 2022 r. Pochowane są w nim dwie osoby, które łączyły przynajmniej trzy wielkie namiętności: do gór, do literatury i do Huculszczyzny.

Jak już być może się domyśliliście, w pierwszym i starszym z grobów spoczywa Stanisław Vincenz, w dużej mierze sprawca całego zamieszania. Ale słowo „zamieszanie” lepiej charakteryzuje drugą ze wspomnianych osób. Pan Andrzej Kos był chyba najbardziej rozpoznawalnym polonistą w całym Krakowie, przez długie lata związanym z V Liceum Ogólnokształcącym. Tym samym, które ukończyłem w 2012 r., przedtem co lato uczestnicząc w organizowanych przez profesora Kosa górskich rajdach. Podczas jednego z nich spędziliśmy ponad tydzień w Ukrainie, eksplorując – na tyle, na ile pozwoliła pogoda –  Czarnohorę i Beskidy Pokucko-Bukowińskie, a więc serce krainy zwanej Huculszczyzną. Co ciekawe, w internecie zachowała się nawet fotorelacja z tamtej wyprawy.

Zetknięcie z Huculszczyzną było czymś więcej niż tylko wysokogórską wędrówką. A jeszcze więcej wyjątkowości nabiera ono z perspektywy czasu, bo nie wiadomo, kiedy będzie można bezpiecznie tam wrócić. Tak jakby wznoszący się na wysokość 2022 m n.p.m. posępny Pop Iwan rzucił jakąś okrutną klątwę w roku odpowiadającym jego wysokości bezwzględnej.

Pomyślmy więc na chwilkę, że znów mamy rok 2011. Jest późny wieczór. Bus, który przed kilkoma godzinami zabrał nas z granicy polsko-ukraińskiej w Szehyni, właśnie dotarł do celu. Wysiadamy w centrum Werchowyny, dawnego Żabia, nad brzegiem Czarnego Czeremoszu. Jeszcze tylko kilkudziesięciominutowy spacer pod górkę z plecakami i znajdziemy się w gościnnej chatce pana Iliuka. Jego żona Marijka ugości nas kuleszą, która, choć nie jest wykwintnym daniem (a i pewnie nie potrafiłaby zatrudnić Fernanda Santosa na stanowisko selekcjonera), już na zawsze pozostanie smakiem tamtego wyjazdu.

Przedstawmy jednak bliżej naszego gospodarza. W internecie można znaleźć kilka nagrań huculskiej kapeli zmarłego w 2014 r. Romana Kumłyka – to ten najstarszy, odpowiadający na poniższym filmiku za fujarkę i wokal. Natomiast na skrzypkach przygrywa Mikołaj Iliuk.

Tak naprawdę powyższe nagranie mówi o Hucułach więcej niż cały ten tekst. To chyba najbardziej muzykalny lud na świecie. W domu pana Iliuka znajdziemy izbę pamięci, w której wystroju pierwsze skrzypce odgrywają… skrzypce. Co najmniej kilkanaście egzemplarzy. A do tego dziesiątki porozwieszanych po ścianach lub poustawianych po kątach innych instrumentów. Gospodarz, jak na Hucuła przystało, potrafi coś zagrać na każdym z nich. Najdobitniej pokazał to jednego wieczoru. Siedzieliśmy wówczas, jak to młodzież licealna, przy stole, omawiając swoje licealne sprawy. W pewnym momencie do pokoju zaczęła się wsuwać potężna trąba, z której po chwili wydobył się basowy pomruk. Dopiero po chwili okazało się, że na drugim końcu pięciometrowego instrumentu znajduje się niepozorny pan Mikołaj dmuchający weń z siłą zupełnie nieprzystającą do jego drobnej sylwetki.

Tak, huculskie trembity to instrument legendarny. Podobnie zresztą jak miejscowe skrzypce, cymbały, bębny, liry, dudy, fujarki czy drymby. Tym ostatnim słowem Huculi określają drumlę, czyli tzw. harfę ustną, charakterystyczną m.in. dla muzyki country. Jeśli pamiętacie główny motyw muzyczny z westernu Za kilka dolarów więcej, to wiecie, o co chodzi. Wracając jednak do Werchowyny: najlepsze było to, że podczas pobytu mogliśmy korzystać do woli z wszystkich instrumentów. Nietrudno się więc domyślić, jak spędzaliśmy każdą wolną chwilę aż do późnych godzin wieczornych.

Ale kim ci Huculi tak właściwie są? A może Hucułowie? Odpowiedź na drugie pytanie jest prosta: obie formy są w języku polskim poprawne. Dużo trudniej jednak odpowiedzieć na pytanie pierwsze. Hucułów zalicza się do Rusinów, kulturowo i etnicznie bliskich Bojkom oraz Łemkom. Osiedlenie się tych ludów na obszarze Karpat Wschodnich wiąże się z wędrówką wołoskich pasterzy poszukujących miejsc do wypasu swoich owiec, którzy krok po kroku dotarli z obszaru dzisiejszej Rumunii aż do Tatr, po drodze przechodząc przez wszystkie możliwe części Karpat. Ze względu na doświadczenie historyczne i kulturę niektórzy badacze wyróżniają tzw. naród karpatoruski składający się z Hucułów, Bojków i Łemków. Huculi zaliczyli nawet epizod własnej państwowości, ale istniejąca przez kilka miesięcy 1919 roku Republika Huculska jest obecnie raczej zapomnianym rozdziałem historii.

Tak więc Huculi są przede wszystkim Hucułami. Celowo nie nazywam ich „Ukraińcami”. Przez lata przechodzenia z rąk do rąk kolejnych narodowości udało im się wykształcić, jak się zdaje, pewną obojętność na sprawy wielkiej polityki. Dopóki nikt nie robi im krzywdy, gotowi są dla każdej nowej ojczyzny czynić to, co umieją najlepiej: pasać owce i grać na fujarkach. Obrazowo pokazuje to kolekcja dokumentów państwowych, którą pochwalił się nam jednego wieczora pan Iliuk. W swojej izbie pamięci przechowuje on dokumenty ukraińskie (własne), radzieckie (po ojcu), polskie (po dziadku) i austro-węgierskie (po pradziadku). Światowa rodzina – można by pomyśleć. Tyle, że to nie oni podróżowali po różnych krajach, a różne kraje przybywały do ich rodzinnej wioski.

Niemym świadkiem tej historii były również góry. Szczególne znaczenie ma szczyt, o którym już wspomniałem – Pop Iwan. Nie jest najwyższy; w tym aspekcie pierwszeństwo dzierży pobliska Howerla, najwyższy szczyt całej Ukrainy. Jest jednak najbardziej niezwykły, tajemniczy i najbardziej zapada w pamięć. Droga na wierzchołek wiedzie przez grań, na której wciąż można znaleźć pozostałości stuletnich słupów znaczących niegdyś granicę polsko-węgierską. Po prawej stronie biją źródła Białej Cisy, po lewej – Czarnego Czeremoszu. Na szczycie góruje zaś posępne zamczysko. To ruiny polskiego obserwatorium astronomicznego, tzw. Białego Słonia. Biały Słoń został otwarty w lipcu 1938 r., więc nietrudno się domyślić, że działał nieco ponad rok. Był w tym czasie najwyższym budynkiem na terenie Polski. Przedwojenne polskie radio, podając pogodę dla turystów, przekazywało zawsze trzy odczyty: ze Śnieżki, Kasprowego Wierchu i właśnie Popa Iwana. Niestety historia oszczędziła tylko dwa pierwsze obiekty. Dziś mówi się, że w pobliskiej Dzembroni w każdej chacie przynajmniej jedna cegła lub element metalowy pochodzi z Białego Słonia.

Zobacz też:   Czwarta gęstość dyskusji – w sieci memów, ironii i sarkazmu

Nie jest jednak oczywiście tak, że kultura huculska miała zawsze lekko, łatwo i przyjemnie. Wręcz przeciwnie – całe dziedzictwo karpatoruskie (tak to nazwijmy) było w ubiegłym stuleciu obiektem wielu niezasłużonych ataków. W Polsce widać to na przykładzie kultury łemkowskiej, brutalnie oderwanej od ojczystych ziem w toku powojennej akcji „Wisła”. Oczywiście tradycje łemkowskie przechowały się na tzw. ziemiach odzyskanych i obecnie możemy obserwować ich powrót do Beskidu Niskiego czy Bieszczadów. Niemniej wysiedlenie tych Bogu ducha winnych ludzi z domów i zniszczenie ich gospodarstw było prawdziwą zbrodnią. Przypominają o niej pozarastane ślady łemkowskich wsi w Beskidzie. Radocyna, Nieznajowa, Czarne czy Regetów były kiedyś tętniącymi życiem osadami, a dziś uważa się je za koniec świata.

Huculszczyzna po wojnie znalazła się w obrębie Związku Radzieckiego i jej historia potoczyła się inaczej. Komunistyczne władze wysiedliły przedstawicieli innych narodowości, przede wszystkim Polaków, jednak nieszczególnie zależało im na pielęgnowaniu huculskiej kultury. Dlatego w latach powojennych w dość znacznym stopniu podupadła ona i została zapomniana. Nieprzypadkowo Stanisław Vincenz nazywał Huculszczyznę „słowiańską Atlantydą”. Stopniowa odbudowa kultury huculskiej jest zasługą ciężkiej pracy etnografów i pasjonatów oraz tych jej strzępków, które zachowały się w rodzinnych tradycjach. Nie było ich zbyt wiele. XVIII-wieczny dramat Józefa Korzeniowskiego Karpaccy górale ze znaną pieśnią Czerwony płaszcz, przerobioną później na Czerwony pas. Polskie opracowania z lat międzywojennych na czele z przewodnikiem Huculszczyzna. Gorgany i Czarnohora Ferdynanda Ossendowskiego. Radziecki (z pochodzenia, ale nie z wydźwięku) film Cienie zapomnianych przodków z 1965 r. No i oczywiście monumentalne dzieło Vincenza, któremu poświęcony jest ten tekst.

Ktoś mógłby się zdziwić, że 320-stronicową książkę nazywam „monumentalną”. Nie do końca o nią tu jednak chodzi. Otóż książka Na wysokiej połoninie, wydana niedawno nakładem wydawnictwa Więź, jest jedynie niedużym fragmentem znacznie większej całości. Dzieło Na wysokiej połoninie. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej powstało jako potężna trylogia. Składały się na nią trzy zbiory opowiadań: Prawda starowieku, Nowe czasy (podzielona na dwie księgi: Zwada i Listy z nieba) oraz Barwinkowy wianek. Pierwsze wydanie Na wysokiej połoninie było w zasadzie rozszerzoną wersją Prawdy starowieku, ukazało się w 1936 r. i liczyło ponad 700 stron. W późniejszych latach sam autor znacząco okroił treść książki i tak powstało londyńskie wydanie z 1956 r. będące podstawą nowego wydania Więzi. Z kolei Nowe czasy i Barwinkowy wianek po raz pierwszy ukazały się drukiem już po śmierci Vincenza.

W środku znajdziemy dokładnie to, na co wskazuje podtytuł: obrazy, dumy i gawędy z Huculszczyzny. Autor przeprowadza nas przez sekrety życia codziennego i świątecznych zwyczajów Hucułów, nie kryjąc szczerej pasji i nostalgii do tych ziem. Nie brakuje opisów trosk i rozterek, jakie na co dzień towarzyszyły ludziom gór. W końcu nadchodzi rozbudowana opowieść o opryszkach i ich herszcie Oleksym Doboszu – huculskim odpowiedniku słowackiego Janosika. W klimat opowieści wprowadza nas oryginalny wstęp pióra Józefa Czapskiego i wybrany przez samego Vincenza, znawcę starożytności, cytat z Platona. Czytamy w nim m.in.:

Ci, którzy uniknęli zagłady, byli to nie więcej niż jacyś górscy ludzie, pasterze gdzieś po szczytach. […] A w społeczeństwie, w którym ani bogactwo, ani ubóstwo nie zamieszka, najłacniej jeszcze można znaleźć obyczajność najrzetelniejszą. Zatem co w podaniach słyszeli, że to piękne, a tamto brzydkie, to w prostoduszności swej uważali za najbardziej prawdziwe i temu wierzyli, a uważając za prawdę, co się opowiada o bogach i ludziach, żyli podług tego.

Platon, Prawa (Nomoi 677/ST)

Wtóruje mu sam Vincenz:

Było to życie, które gór i puszcz nie dostosowywało do siebie, lecz samo z umysłu do nich się upodobniało. Zakrywało się, jakby maską, tajnikami puszcz i połonin. Nawet, starało się o to, by zapomnienie je okryło. Stąd ślad życia tego tak samo jest bezimienny, tak samo wbrew woli ujawniony bywa, jak opuszczone gniazda jakichś orlich rodów sprzed wieków, jak zapomniane kryjówki rysi i nory niedźwiedzi.

S. Vincenz, Ludzie lasowi, [w:] Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku.

Stanisław Vincenz uwielbiał i doskonale znał Hucułów, choć sam Hucułem nie był. Jego pradziadek Charles François de Vincenz pochodził z Prowansji, co tłumaczy niezbyt polsko brzmiące nazwisko. Po rewolucji francuskiej poślubił w Wiedniu Polkę pochodzącą z okolic Stanisławowa. Sam Stanisław urodził się w Słobodzie Rungurskiej nieopodal Kołomyi, gdzie jego ojciec Feliks prowadził kopalnię ropy naftowej. Wiele czasu spędzał w dobrach należących do rodziny matki, Zuzanny z domu Przybyłowskiej, w huculskiej Krzyworówni. Od miejscowych, w tym swojej niani Pałahny Rybenczuk, uczył się języka, kultury i mentalności Hucułów. Tak rodziła się więź, której efektem stało się dużo później jego opus magnum.

Po śmierci Vincenza Józef Czapski napisał:

Jeżeli nie zdziczeliśmy wszyscy na naszych wyspach oddalonych, nie o geografię tu chodzi, zawdzięczamy to paru ludziom wśród nas – miary Stanisława Vincenza – którzy byli naszym sumieniem historii, bo sobą realizowali pewną polską, a jednocześnie najbardziej uniwersalną tradycję, jej nurt najcenniejszy, niezarażony ani naszą pychą, ani żadną wolą podporządkowania sobie kogokolwiek.

J. Czapski,„Kultura”1971, nr 3.

Czy trzeba coś dodawać? Cóż… Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości co do strony literackiej, to pamiętajcie, że Na wysokiej połoninie napisał człowiek, od którego pisać uczył się Czesław Miłosz. Jest to zdecydowanie literatura, którą można smakować i przeżywać. Nie jest to książka do pochłaniania w biegu, ale raczej do wygodnego usadowienia się w miękkim fotelu z kieliszkiem dobrego wina. A kto sam poznał kiedyś Hucułów i Czarnohorę, temu lektura przywoła przed oczy wspomnienia z niezwykłą ostrością.

Warto docenić wydawnictwo Więź za reedycję tej wyjątkowej pozycji. I w gruncie rzeczy dobrze, że zdecydowano się na skrócone wydanie pierwszego tomu. Tym sposobem przypomniano bodaj najłatwiejszą furtkę do twórczości Stanisława Vincenza. A jeśli po lekturze poczujecie niedosyt, zawsze możecie poszukać w antykwariatach pozostałych części trylogii. No i cóż… może warto pomyśleć nad wydaniem innych książek tego autora? Z chęcią przygarnę egzemplarze recenzenckie!

Książka Stanisława Vincenza Na wysokiej połoninie ukazała się nakładem wydawnictwa Więź. Więcej informacji można znaleźć na stronie wydawnictwa.

Stanisław Vincenz, zdjęcie z rodzinnego albumu (fot. vincenz.pl)
S. Vincenz, Na wysokiej połoninie, wyd. Więź, 2022 – okładka

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.