adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Społeczeństwo

Polak, Węgier – wciąż dwa bratanki?

Dolina Pięknej Pani pod Egerem to miejsce z wielu względów wyjątkowe. Kilkanaście minut spaceru z centrum miasta wystarczy, aby dotrzeć do magicznego królestwa wina. To tu możemy cieszyć się znakomitym egerskim nektarem prosto z jednej z wielu piwnic, w akompaniamencie ludowej muzyki i wspaniałych potraw węgierskiej kuchni. Czysta afirmacja życia, niczym niezakłócone dolce vita.

Jest kilka teorii na temat tego, kim była owa piękna pani. Podobno może chodzić o jedną z pogańskich bogiń miłości. Inni wskazują na wyjątkowej urody białogłowę, która w dawnych czasach miała sprzedawać tu wino. Mówi się też o jakiejś rozwiązłej dwórce, ale pewne jest chyba tylko to, że nie wiemy nic pewnego. Tylko czy to ważne? Jest wiele rzeczy, których nie wiemy. Może niektórym sen z powiek spędza pytanie o tożsamość Klocucha lub Satoshi Nakamoto, ale z drugiej strony – czy tak naprawdę znamy kogokolwiek? A samych siebie? Gdzie sięga nasze prawo do oceniania innych? Czy jesteśmy w stanie uczciwie zrozumieć i ocenić motywacje kogoś innego, nie siedząc w jego głowie? A zrozumieć i w mgnieniu oka wydać osąd na temat całego narodu?

Kim są dla nas Węgrzy? To z pewnością ciekawy moment na postawienie tego pytania. No bo jak to tak: z jednej strony „dwa bratanki”, setki lat historycznej przyjaźni, a z drugiej – takie a nie inne słowa węgierskich prominentów na temat Ukrainy? Naród przedstawiany dotąd jako nasz najbliższy przyjaciel staje się nagle wrogiem? Powinniśmy zrezygnować z wakacji w Budapeszcie, Hajduszoboszlo, nad Balatonem lub w niezwykle lubianej przez Polaków – nie mam pojęcia dlaczego – wiosce Nagykutas?

W ubiegłym tygodniu pozwoliłem sobie na krótki urlop na Węgrzech. Dla Polaków jest to raczej popularny cel turystyczny i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. W każdym razie mi tamtejszy klimat bardzo odpowiada, a poza tym z Galicji na Węgry nie jest daleko.

Podróżując samochodem, miałem dość sporo czasu na słuchanie różnych rzeczy. Znalazła się wśród nich m.in. ciekawa rozmowa z prof. Bogdanem Góralczykiem, dyplomatą, który spędził sporą część lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia na Węgrzech. Jego spostrzeżenia wzbogaciły moje postrzeganie tego kraju, ale też potwierdziły nieco wniosków, które same zaczęły się kształtować w mojej głowie pod wpływem obserwacji.

Faktycznie jest coś w tym, że porównanie ostatnich kilkudziesięciu lat w Polsce i na Węgrzech wypada dość niekorzystnie dla naszych bratanków. Z opowieści starszych pokoleń można wywnioskować, że za czasów słusznie minionych Węgry były postrzegane w Polsce jako kraj lepiej rozwinięty, bogatszy. Kraj, w którym można było zdobyć i mieć więcej niż u nas. Nad Dunaj jeździło się kupować towary, których nad Wisłą brakowało, a widok witryn tamtejszych sklepów wywoływał ukłucie zazdrości.

Dziś wciąż jeździmy na Węgry i raczej nie wracamy z pustymi rękami. Zawsze przywiezie się jakąś butelczynę węgrzyna, przyprawę do gulaszu czy minizapas wybitnych batoników Sport. Jednak tamtejsze sklepy i miasta nie robią już na nas takiego wrażenia. Obecnie to u nas po statystycznie lepszych drogach poruszają się statystycznie lepsze samochody, a ogólny krajobraz robi lepsze, bogatsze wrażenie. Jeśli spojrzymy uczciwie na ostatnie kilkanaście lat, dostrzeżemy, że w Polsce przeprowadzono bardzo dużo inwestycji, powstało wiele firm i mimo wszystko dość wyraźnie dostrzega się pewną przedsiębiorczą chęć tworzenia czegoś nowego, także pod prąd i wbrew klimatowi politycznemu. Na Węgrzech przez ten czas zmieniło się wyraźnie mniej, a do tego bardzo widoczna jest różnica między głównymi ośrodkami a prowincją.

Swoje mówią również suche liczby. Ot, choćby inflacja, zasuwająca w tempie Ferenca Puskása z najlepszych lat kariery. Zresztą o czym my mówimy, skoro w perspektywie ostatnich kilkunastu lat węgierski forint traci wobec złotówki, która nie jest, mówiąc delikatnie, najstabilniejszą walutą świata. Jeden z moich kolegów chyba wciąż trzyma paragon sprzed trzech lat, pokazujący cenę kilku tysięcy HUF za zestaw w Burger Kingu.

Oczywiście nie oznacza to, że Węgry są jakimś szczególnym obrazem nędzy i rozpaczy, bo po pierwsze nie samą ekonomią człowiek żyje, a po drugie – każdy z nas jest inny i takie ogólne oceny są zawsze bardzo przybliżone. Chodzi tylko o to, że może być tak, że na Węgrzech nieco bardziej niż w Polsce ceni się święty spokój, za to u nas, podkreślam raz jeszcze: MIMO WSZYSTKO nieco wyżej niż tam stoją akcje przedsiębiorczości i kreatywności. Jeśli faktycznie tak jest – tym lepiej dla Polski.

Ale znowuż: wciąż mówimy o narodzie, a ten, jak wiadomo, jest zbiorem jednostek. Każdy z nas jest inny i tak samo każdy bratanek oraz bratanica jest innym, indywidualnym człowiekiem, obdarzonym przez Boga unikatową osobowością i talentami. Naród węgierski wydał na świat między innymi tak wybitnych artystów jak Ferenc Liszt i takie umysły jak Pál Erdős. Dlatego patrzmy na siebie, obserwujmy świat, nie poddawajmy się kreowanym przez media opiniom i wyciągajmy własne wnioski.

Jednym z moich wniosków jest ten, że na Węgrzech wciąż wysoko ceniona jest gościnność i serdeczność. Nie jest ona może stuprocentowo bezinteresowna, ale z pewnością w ogromnej mierze szczera. Zawsze bardzo miłym widokiem jest dla mnie np. napis POLSKA KARTA DAŃ przy wejściu do restauracji i nawet jeśli w owej karcie znajdują się takie kwiatki jak np. „kotlet ze zbója”, to i tak doceniam gest. Przecież to nie ich wina, że posługują się językiem węgierskim. A któż zrozumie Madziara?

A muzyka? Przecież to nie tylko legendarne Gyöngyhajú lány – kawałek, który każdy zna, ale nikt nie jest w stanie poprawnie wymówić jego tytułu. Moim pierwszym węgierskim wspomnieniem sprzed kilkunastu lat jest grupa facetów z akordeonami, która, widząc na parkingu auto na polskich blachach, podeszła do nas i zaczęła grać Sto lat. Podobna historia zdarzyła mi się w zeszłym tygodniu we wspomnianej Dolinie Pięknej Pani. Siedziałem sobie spokojnie w restauracji, czekając na paprykarz, aż tu nagle przy moim stoliku wyrósł ludowy zespół i zaczyna grać Szła dzieweczka. Żeby dali mi spokój, a kelner przyniósł w końcu mój obiadek, musiałem wcisnąć im w skrzypce jakikolwiek banknot – akurat miałem tylko polską dziesiątkę, ale nie dali po sobie poznać rozczarowania. A przynajmniej nie jakoś bardzo.

Ale czy dzięki takim drobnym, zabawnym przygodom nasz świat nie staje się przyjemniejszy? Lubię bezpośredniość, a Węgrzy mają jej w sobie całkiem sporo i coś mi mówi, że nie chodzi tu tylko o magię Doliny Pięknej Pani. Swoją drogą ciekawe jest to, że Dolina znajduje się, naturalnie, w dole, a mimo to przy dobrym rozegraniu wizyty wychodzi się z niej na wyraźnie lżejszych nogach, niż się weszło. Chyba jest jakieś ziarno prawdy w legendzie o węgierskich obrońcach Egeru, którzy odparli najazd Turków właśnie dzięki winu. To na ich cześć czerwone wino z Egeru nosi dziś nazwę bikavér, czyli „bycza krew”.

Zobacz też:   Łobuz kocha najmocniej i inne głupoty

Jak jednak koneserzy byczej krwi mają sobie radzić we współczesnych realiach? Cóż, skoro wspomnieliśmy już o Turkach, to wypada nieco pociągnąć wątek międzynarodowy. A tu dość wyraźnie rysuje się cień ponad stuletniego dokumentu – zawartego w 1920 roku traktatu z Trianon, który miał uporządkować tę część Europy po rozpadzie dualistycznego imperium Austro-Węgier.

Nowe państwo węgierskie zostało poważnie okrojone względem terytorium określanego jako Korona Świętego Stefana, a więc węgierskiej części C.K. Monarchii. Innym państwom przypadły obszary takie jak Słowacja, Zakarpacie, Siedmiogród wraz z częściami Banatu i Marmaroszu, Sławonia, część Chorwacji, Bośnia, Hercegowina, Baczka oraz okolice miasta Sopron, określane jako Burgenland. Jaka była skala zmian? Cóż, sam Siedmiogród ma powierzchnię nieco większą niż cały obszar dzisiejszych Węgier. Dodajmy, że na części z wymienionych obszarów po dziś dzień żyją duże społeczności Węgrów. Cała sytuacja jest więc pogmatwana jeszcze bardziej niż najsłynniejszy węgierski wynalazek, czyli kostka Rubika.

Oczywiście nie chcę tu oceniać traktatu z Trianon, który na Węgrzech wciąż bywa żywo rozpamiętywany. Wiadomo, że w geopolityce są sytuacje, z których po prostu nie ma idealnego wyjścia, a na jakieś przecież trzeba się zdecydować. Żeby nie szukać daleko – kwestii Wilna, Grodna i Lwowa też nie dało się rozwiązać w sposób idealny, zaspokajający wszystkie interesy i satysfakcjonujący każdą ze stron. A skoro już jest jak jest, to chyba powinniśmy mądrze przepracować przeszłość zamiast powtarzać jej błędy, czyż nie?

Nie jest też moją rolą ocenianie, na ile współczesne granie tą kartą w rozgrywkach politycznych jest słuszne tudzież etyczne. Polityka to straszny ściek, a wiadomo, jak to jest ze ściekiem: jak damy go sobie wylać na głowę, to przesiąkniemy smrodem, którego ciężko będzie się pozbyć. Dlatego najlepiej obserwować ją uważnie, ale z dystansu, by w porę zauważyć, czy nie zbliża się do nas ktoś z podejrzanie cuchnącym wiadrem.

Dla ścisłości obrazu wspomnę tylko, że poczucie krzywdy za traktat z Trianon jest jedną z istotnych kart w węgierskiej rozgrywce politycznej. Jest nią także kwestia węgierskiej diaspory, mająca w tamtejszym życiu publicznym wyraźnie wyższe znaczenie, niż u nas sprawy Polonii. Bardzo chętnie po te karty sięgają obecne władze Węgier, a więc Viktor Orbán i jego partia Fidesz.

Nieprzypadkowo jedną z najbardziej znamiennych decyzji obecnego obozu rządzącego była zmiana nazwy państwa. W 2011 roku odrzucono nazwę Magyar Köztársaság na rzecz Magyarország. Tłumacząc na nasze – Republika Węgier stała się po prostu Węgrami. Ma to znaczenie symboliczne i praktyczne. Magyar Köztársaság jasno odnosi się do państwa związanego z konkretnym obszarem, będącym pokłosiem traktatu z Trianon. Magyarország to pojęcie dużo szersze, bowiem wyraża aspirację do bycia organizacyjną formą całego narodu węgierskiego – a więc również diaspory.

Podczas mojej wycieczki jeden z noclegów spędziłem w ciekawym miejscu o nazwie Nagy-Magyarország Park. Jest to dość oryginalny ośrodek wypoczynkowy w lesie nieopodal Veszprém, którego nazwę można dosłownie przetłumaczyć jako „Park Wielkich Węgier”. Oprócz campingu i budynków z pokojami noclegowymi funkcjonowało tam m.in. Muzeum Trianon (nie zdążyłem niestety odwiedzić) i park miniatur. Do tego każdy pokój był nazwany nazwą węgierskich miast pozostających po Trianon poza obszarem Węgier – akurat w moim budynku były to miasta rumuńskie, toteż sąsiadowałem m.in. z Braszowem, Oradeą, Târgu Mureş czy Cluj-Napoca. Dodatkowo w moim pokoju na ścianie wisiała mapa Korony Świętego Stefana.

Nieprzypadkowe są również posunięcia węgierskich polityków na arenie międzynarodowej. To, co obserwujemy obecnie, nie jest bowiem nagłą woltą, ale kolejnym elementem strategii stosowanej od lat. Jeśli Was to interesuje, to poczytajcie np. o aferze Azeri baltás, ale ostrzegam, że nie jest to historia przyjemna ani budująca.

Nie jest też zresztą tak, że państwo węgierskie stało się nagle uosobieniem wszystkiego, co najgorsze. Węgrzy przyjęli kilkaset tysięcy uchodźców z Ukrainy i udzielili im stosownej pomocy. Warto podkreślić, że dużo dobrej roboty w tym zakresie wykonują także tamtejszy Kościół (więcej tu) i organizacje polonijne (więcej tu). Przede wszystkim jednak, podobnie jak w Polsce, działa tam zwykła ludzka solidarność i przyzwoitość.

Czy więc słowa i działania polityków mają wpływać na nasze relacje ze zwykłymi ludźmi, mieszkającymi w innych krajach? Nie chciałbym żyć w świecie rządzącym się taką zasadą. Koniec końców na Sądzie Ostatecznym nikt nie będzie nam przecież sprawdzał paszportów. To, czy byliśmy dobrymi Polakami, Węgrami bądź Rosjanami, zejdzie na drugi plan wobec tego, czy byliśmy dobrymi katolikami. Zresztą, jeśli o tym mowa – znam osobiście Rosjanina, który mieszka w Polsce i od początku wojny jest zaangażowany w robienie kanapek dla ukraińskich uchodźców. Czy chcę coś tym sposobem udowodnić? Raczej nie. Po prostu pilnujmy swojego nosa i traktujmy każdego człowieka przede wszystkim jak człowieka.

Dlatego nie przejmujmy się, jeśli nam powiedzą, że nie można szanować Węgrów. To nieprawda. Można, tylko trzeba miłować Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego. Na tym polega katolicyzm.

Niektórzy mówią też, że nie można przesiadywać w Dolinie Pięknej Pani, jak jest się redaktorem szanowanego portalu dla młodych katolików, ale to też nieprawda. Można, tylko trzeba wstać rano i dostarczyć tekst na czas. Na tym polega odpowiedzialność.

I właśnie dlatego niech podsumowaniem tego tekstu będzie znane wszystkim powiedzenie:

Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol s issza borát.
Vitéz s bátor mindkettője, Áldás szálljon mindkettőre.

Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.
Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.