adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Praca, praca

magazine cover

„Żadna praca nie hańbi”, zwykli mawiać ludzie, którzy najwidoczniej nie słyszeli o prostytucji, handlu narkotykami czy innych złych dla duszy profesjach. Co jednak, gdy mamy do czynienia z pracą może nie tyle hańbiącą, ile bezsensowną?

W piosence Kazika Staszewskiego Jeszcze Polska padają słowa:

„Starszy człowiek w barze mlecznym je kartofle z ogórkami
całe życie tyrał w hucie, a do huty dokładali
cała jego ciężko praca, wszystko było ch**a warte
gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę”.

Myślę, że komuś znającemu pobieżnie historię nie trzeba tłumaczyć, jak bezsensowna była gospodarka PRL-u. Utrzymywała się tylko dzięki (początkowo) grabieży majątków „burżuazji”, „kułaków” i Kościoła oraz (kiedy, Bogu dzięki, już zaczynała zdychać) pokaźnym pożyczkom od innych państw. W kraju, w którym każdy miał pracę, istniało mnóstwo fikcyjnych zakładów pracy. Niektórzy udawali się do nich, aby podrzemać, pogadać z kolegami i koleżankami lub poczytać książkę. Inni szli ciężko pracować do huty, fabryki, której ukrytym celem było szybkie przerzucenie się na produkcję wojskową w wypadku wojny. Opłacalność tego wszystkiego była mała, tak samo jak wydajność.

Praca i kołacze

Refleksja nad sensem pracy pojawiła się zapewne bardzo wcześnie. Kto wie, czy już pionier ludzkiej cywilizacji, sumeryjski wytwórca piwa, nie myślał o tym, po co tak ciężko pracuje, skoro owoce jego trudu zabierają i rozdzielają kapłani? Mityczny władca Koryntu, Syzyf, za próbę osiągnięcia nieśmiertelności został ukarany właśnie bezsensowną, powtarzalną pracą. Kiedy zaś człowiek zagłębi się w Biblię, spostrzeże łatwo liczne obwarowania pracy. Już w Pięcioksięgu tradycja kapłańska kładzie silny nacisk na konieczność „dnia wolnego” – dnia intensywniejszej modlitwy – i na moralne postępowanie wobec ludzi pracujących. Piętnowane jest niewypłacanie robotnikowi zapłaty (według semickiego powiedzenia, „słońce zachodzące nad zapłatą robotnika”). Prawo Mojżeszowe reguluje też kwestię zadośćuczynienia za zniszczenie czyjegoś mienia. Nie tylko kradzież, ale samo dopuszczenie do siebie myśli o przywłaszczeniu owoców czyjejś pracy jest w Dekalogu krytykowane.

Wydawać by się mogło, że współcześnie praca boryka się z zupełnie innymi problemami. Że przejście masy pracowników do sektora usług, globalizacja i komputeryzacja sprawiły, że praca stała się nudna, jałowa i wyniszczająca psychicznie. Jak jednak trafnie zauważyła moja znajoma, zarzucając mi (słusznie) zbyt wąskie spojrzenie, praca w manufakturze czy w kopalni również taka była. Warto jednak zauważyć istotną różnicę – ci ludzie mieszkali blisko swojej firmy, o jednej porze wchodzili i o stałej godzinie z niej wychodzili, „na fajrancie” byli więc faktycznie wolni. Oczywiście nie oznacza to, że nie przeżywali pracy w czasie wolnym – raczej trudno nie myśleć o koledze zasypanym w kopalni czy o innych tragediach (w temacie pracy w kopalni godna polecenia jest Zielona dolina Johna Forda z 1941 roku). Obecnie bardzo duży problem stanowi jednak praca wychodząca poza wciąż sztywny, „etatowy” dzień – m.in. przez konieczność dojazdu, odbierania telefonów służbowych „po godzinach” i innych nietypowych form „nadgodzin”.

Już w kinach

Co się z całą pewnością zmieniło? Co sprawia, że poczucie bezsensu pracy w naszych czasach jest jakimś fenomenem? Kultura. To, że możemy oglądać dzieła mówiące o pracy na wielkich i małych ekranach.

„Jesteśmy niewolnikami w białych kołnierzykach. Reklamy zmuszają nas do pogoni za samochodami i ciuchami. Wykonujemy prace, których nienawidzimy, aby kupić niepotrzebne nam gówno. Jesteśmy średnimi dziećmi historii. Nie mamy celu ani miejsca. Nie mamy wielkiej wojny ani wielkiego kryzysu. Naszą wielką wojną jest wojna duchowa. Nasz wielki kryzys to całe nasze życie. Zostaliśmy wychowani w duchu telewizji, wierząc, że pewnego dnia będziemy milionerami, bogami ekranu. Ale tak się nie stanie. Powoli to sobie uświadamiamy. I jesteśmy bardzo, bardzo wkurzeni” – mówi Tyler Durden w filmie Podziemny krąg (1999). Mroczny film Davida Finchera krytycznie ukazuje odczłowieczającą pracę. Główny bohater i narrator, depresyjny Jack, zdecydowanie za mało śpi i ma zbyt nudną pracę. Granica między snem a jawą mocno się zaciera.

Punktem ujścia frustracji staje się „mordobitka”. Do tytułowego podziemnego kręgu vel fight clubu ściągają tłumnie sfrustrowani mężczyźni z różnych zawodów. Jak mówi narrator: „są wszędzie”. W każdym możliwym zawodzie. Nudne życie i zwątpienie w społeczne instytucje (u Jacka zaczyna się od refleksji nt. sensowności przepisów bezpieczeństwa w samolocie) rodzą w nich przemoc.

Amerykańska rutyna

Patricka Batemana do przemocy popycha przede wszystkim psychopatyczna osobowość. Jednakże miejsce pracy pogłębia jego problem. Z jednej strony nikt w nim go nie słucha: jego koledzy, sekretarka, narzeczona – wszyscy udają, że słuchają, a tak naprawdę żyją tylko w swojej narracji. 

Zobacz też:   Listy Pielgrzyma #2

Z drugiej strony American Psycho (2000) ukazuje przede wszystkim yuppies – zamożnych pracowników wielkiej firmy mieszkających w wielkim mieście. Nawet nie wiadomo, czym konkretnie się w swojej pracy zajmują. Pełnią podobne stanowiska; Bateman wielokrotnie jest mylony z kimś innym. Korzystają z podobnych garniturów i mają te same fryzury. Nawet wizytówki, które porównują, wyglądają bardzo podobnie, mimo różnych fontów (swoją drogą trochę to absurdalne – każdy z nich robi wizytówki na swój koszt, nie na koszt firmy). Zostaje wspomniane, że Patrick jest synem właściciela firmy i jemu zawdzięcza pracę, w której za wiele nie musi robić. Bateman potrafi wygłosić monolog o wielkich wyzwaniach dla demokratów, o powinnościach bogatych wobec biednych i ideałach, ale to puste słowa. W świecie materialistycznym, odartym z czegoś więcej niż luksus, kariera i „szpan”, brak realnej pracy jest katorgą. Nawet alkohol i narkotyki nie są ucieczką. Eskapizm głównego bohatera stanowią muzyka i sadyzm, przemoc.

Smutne żarty

Ktoś mógłby powiedzieć, że dość trudne, mroczne filmy przywołałem na początek. Przypomnijmy zatem, że również Pan Iniemamocny z Iniemamocnych (2004) mógł narzekać na swoją pracę. Przygarbiony mocarz, ślęczący nad komputerem, zmuszony do wyrzeczenia się swojego powołania – oto prawdziwy obraz kondycji pracujących mężczyzn we współczesności. Można by powiedzieć, że to tylko „bajeczka”. Ale kreśli tę sytuację bezlitośnie i brutalnie. Podobnie jak w 12 pracach Asteriksa (1976) ósma praca, polegająca na zdobyciu w urzędzie – „domu, który czyni szalonym” – zaświadczenia A38, jest bezwzględną satyrą na biurokratyzację naszego życia. Można stwierdzić, że żartuję. Owszem, żartuję. Ale żarty często są prawdziwe.

Żart z całą pewnością stanowi gra komputerowa The Stanley Parable (2013) studia Galactic Cafe. Ta „przypowieść o Stanleyu” z jednej strony jest na pewno wyśmianiem rozmaitych mechanik growych. Sztuczek, których używają twórcy gier, aby skłonić gracza do postępowania według ich założeń, do ograniczania pewnej kreatywności. Zarazem ta gra ma mocny przekaz „życiowy”. Tytułowy Stanley codziennie przychodzi do biura, klika w klawisze, wykonując polecenia, które pojawiają się na ekranie. Pewnego dnia jednak nie ma żadnych poleceń. Co więcej, znikają jego koledzy. Nie ma też śladu szefa. Nie może też nikogo spytać, co ma robić. Jest zdany na siebie. Choć nie do końca.

Nad wszystkim zdaje się czuwać Narrator. Stale się odzywa, wskazuje pożądany cel, komentuje działania Stanleya i wścieka się, gdy gracz zbytnio sili się na kreatywność. Gracz może sobie stawiać pytanie, czy właściwie ma jakiś większy wybór. Czy Stanley nie jest jedynie aktorem, „przechodnim półcieniem” w sztuce napisanej przez kogoś innego? I czy on sam nie jest takim Stanleyem? Gra w swojej narracji przypomina na koniec, że gracz nie jest postacią tej produkcji, mimo wszystko jednak pewne pytania pozostają.

Dwa życia

Wspomnijmy jeszcze o krótkim serialu z 2022 roku. Rozdzielenie, produkcja Apple’a w reżyserii Dana Ericksona (trzeba powiedzieć, że to debiut bardzo udany) jest thrillerem science-fiction, którego akcja odbywa się w niedalekiej przyszłości. Tytułowe „rozdzielenie” to zabieg medyczny pozwalający na swoiste rozszczepienie świadomości. Bohaterowie pracują w korporacji Lumen. Kiedy są w domach, nic nie pamiętają z pracy. A ich, można by powiedzieć, zawodowe alter ego nie ma pojęcia o swoim (?) życiu prywatnym. Wszystko po to, by zwiększyć efektywność pracowników i zapewnić firmie poufność.

Wszystko się zmienia dla głównego bohatera, gdy w życiu prywatnym spotyka człowieka, który przedstawia się jako jego kolega z pracy. To bardzo dobrze zrealizowany dreszczowiec. W temacie artykułu chciałbym przede wszystkim wspomnieć o specyfice pracy czwórki głównych bohaterów. Porządkują oni liczby z ekranów w zbiory. Nie wiedzą, czemu ma to służyć. Motywuje ich bardzo dziwny system kar i nagród, ich „korporacyjne życie” obfituje w dziwaczne elementy kulturowe. Całość korporacyjnej ideologii mocno przypomina tę z Nowego wspaniałego świata.

To tylko kilka przykładów. Warto jednak je odnotować wśród innych, licznych dzieł. I zauważyć, że w naszym świecie istotnie coś się zmieniło – mniej jest miejsca na dzieła wzniosłe, a coraz więcej zajmuje „poetyka codzienności”. To jest pewnie naturalne. W świecie rozbitym, rozkojarzonym i niemającym solidnych fundamentów musimy więcej uwagi poświęcić rzeczom prostym i codziennym.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.