adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Po Namyśle: Czy można przegiąć z pokorą?

magazine cover

pexels.com

Czy pokora jest do pogodzenia z poczuciem własnej wartości? Czy może jednak pokorny człowiek powinien nieustannie umniejszać swoje zasługi i negować umiejętności? Pychę zazwyczaj łatwo rozpoznać. Gorzej, jeśli ukrywa się ona pod płaszczykiem fałszywej pokory.

Ludzie mają różnorakie talenty, którymi Bóg ich obdarzył. Niektórzy na przykład pięknie śpiewają, a inni osiągają sukcesy w sportach. Wspaniale, jeśli rozwijają umiejętności – wtedy swoje talenty pomnażają. Jednakże nie jest trudno zapomnieć, po co one są i pogrążyć się w samouwielbieniu. Można wtedy szybko podpaść pod pewien „paragraf” wprost z katalogu grzechów głównych.

Talenty

Czy jednak oznacza to, że każde pochwalenie się daną umiejętnością musi być utożsamiane z pychą? Bynajmniej. Pycha to przecież nadmierne chwalenie się, przechwalanie się w rzeczach, gdzie osiągi są niewspółmierne wobec tego, jak się je przedstawia. Taka nadmierna wiara w siebie bez wątpienia stanowi obrazę Boga i talentów, które od niego otrzymujemy.

Nie jest również powiedziane, że talenty trzeba pomnażać w nieskończoność. Wiadomo, ktoś, kto świetnie maluje, niekoniecznie musi iść na Akademię Sztuk Pięknych, jeśli swoją drogę życiową wiąże z czymś innym. Oczywiście można mieć hobby, być w nim bardzo dobrym, ale wśród rzeczy leżących u podstaw chrześcijańskiego życia jest niewątpliwie wywiązywanie się z obowiązków stanu.

Nie jest również zła świadomość bycia od kogoś w czymś lepszym. Problem leży w tym, co się z nią robi. Jeśli zaczyna się odnosić z wyższością do innych z tego powodu, niestety mamy do czynienia z pychą. Ale jeżeli używa się swoich umiejętności czy wiedzy do kształcenia innych lub pomocy, jest to bardzo dobre wykorzystanie swoich talentów.

Fałszywa pokora

Nie jest trudno przeholować w drugą stronę. Mam na myśli fałszywą pokorę. Ona jest o wiele trudniejsza do zdiagnozowania. Pychę nietrudno zauważyć, kiedy przypomina rozłożony ogon napuszonego pawia. Natomiast fałszywa pokora również stanowi obrazę Boga. Potrafi się ona przejawiać na przykład w absolutnej niezdolności do przyjmowania jakichkolwiek komplementów.

„Ta zupa jest naprawdę dobra” – płynie dobre słowo z ust ukontentowanego gościa. I to bywa punkt zapalny. Wielu ludzi tylko na to czeka. „Ale na pewno? Bo ja nie potrafię gotować… A nie jest za słona?” – rozpoczyna się litania negacji i deprecjacji własnych umiejętności. Zatem gość zaczyna się produkować i wymieniać kolejne walory potrawy.

Czasami przyczyną braku akceptacji dla komplementów może być niskie poczucie własnej wartości. Niektórzy faktycznie tak mają, może to wynikać z podcinania skrzydeł i nadmiernej krytyki w dzieciństwie lub z przeżycia innych traum. Taka osoba naprawdę może być święcie przekonana o własnej beznadziejności i trudno z tym walczyć. Przydatna może być wtedy pomoc dobrego psychoterapeuty.

Ale bywa i tak, że jest to tylko próba wyłudzenia kolejnych pochwał, która służy jedynie podsyceniu własnego ego. I nad tym trzeba pracować, bo inaczej takie udawanie wejdzie w nawyk.

Zobacz też:   Każdy powiew nauki

Lenistwo i pracowitość

Istnieje także inne zagrożenie. Przykrycie lenistwa płaszczykiem pokory. Przecież lenistwo zawiera się w katalogu grzechów głównych, ale już pokora należy do zupełnie innego wymiaru. Nierzadko bardzo łatwo przejrzeć tak oczywiste kłamstwo, kiedy na pierwszy rzut oka widać, że ktoś jest wystarczająco uzdolniony, ale woli udawać „pokornego”, żeby nie musieć poświęcać czasu czy umiejętności na naukę nowych rzeczy. Zwłaszcza tych koniecznych z perspektywy ogólnożyciowej czy też zawodowej.

Pokora bywa też wspaniałą wymówką dla bierności czy obojętności. Tymczasem zamiast chować się w cieniu fałszu należy zdobywać kompetencje czy odwagę, żeby być pewnym tego, co się robi. Bo bardzo łatwo wmówić nawet samemu sobie, że zwrócenie uwagi komuś wyżej postawionemu czy większej grupie ludzi jest pychą. Bzdura!

Dokładnie to miałem na myśli, pisząc o ceremoniarzach w październikowym numerze „Adeste”, że ich postawa dbania o liturgię niejednokrotnie zostaje błędnie utożsamiona z pychą. Im nie chodzi o nich samych. Oni poprzez swoje kompetencje oraz zwracanie uwagi swoim przełożonym usiłują troszczyć się o to, co święte. I na całe szczęście są kapłani, którzy ich w tym wspierają. Choć tym najczęściej nie trzeba zwracać uwagi.

Pokora urzędu?

Nie może się obyć bez poruszenia spraw związanych z liturgią, ale na ten temat nie będę się rozpisywał. Odniosę się do dwóch kwestii, które w ostatnich latach przykuły moją uwagę. Istnieje na przykład stary zwyczaj całowania dłoni kapłańskich po otrzymaniu błogosławieństwa prymicyjnego. Niektórzy neoprezbiterzy panicznie obawiają się takiego sposobu okazania szacunku i cofają dłonie. Prawdopodobnie odbierają to jako oznakę szacunku wobec nich samych. A tymczasem chodzi o oddanie szacunku Chrystusowi.

Podobnie dłonie zabierają biskupi, kiedy chce się ucałować ich pierścień. Albo upierają się, że sami będą sobie nakładać mitrę. Albo chętnie celebrują w ogóle bez insygniów. To także można uznać za element źle rozumianej pokory. Są oni wszakże następcami apostołów. Bycie bliżej ludzi wcale nie oznacza, że nie można być uosobieniem władzy, którą Chrystus apostołom przekazał. Zwłaszcza że te zewnętrzne znaki potrafią pięknie przemawiać do wyobraźni wiernych.

Wzór?

Trudno jest pisać o pokorze. Bardzo łatwo bowiem samemu popaść w pychę, a w konsekwencji oberwać zarzutem: „hola, hola, to z ciebie taki wzór cnót wszelakich, że innych o pokorze nauczasz?”. Nie, bynajmniej nie chodzi o stawianie siebie w pozycji autorytetu. Boże, uchowaj.

Warto jednak czasem podjąć się rozważań również i w takim temacie. Część może uznać, że piszę o banałach. Ale życie składa się z banałów. A czasem i banały trzeba sobie uświadomić.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.