adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Będąc młodym katechetą – refleksje starszych i młodszych

magazine cover

pexels.com

Praca katechety, bez względu na to, czy jest nim świecki, siostra zakonna czy ksiądz, uważana jest za łatwą i bezproblemową, a coraz częściej zbędną. W końcu ma być miło, przyjemnie – gitarka, film, gry na telefonie, brak kontroli, dolce far niente. Czego więcej chcieć – czy się stoi, czy się leży, wypłata się należy.

Nic bardziej mylnego. Nauczanie o Bogu, etyce, moralności jest ciężkim kawałkiem chleba. Dziś chciałbym przedstawić trudności, jakie napotyka katecheta, zarówno początkujący, jak i ten z wieloletnim stażem. Przedstawione tutaj przykłady i przywoływane doświadczenia są zarówno moim osobistym udziałem, jak i innych katechetów z grupy Katecheza z pomysłem 😉, którzy na forum albo prywatnie podzielili się ze mną problemami i spostrzeżeniami dotyczącymi mówienia o Bogu.

(Nie) wierzę w święty Kościół…

Dla wielu starszych uczniów ten przymiot Kościoła to oksymoron, jakieś nieporozumienie. Święty? A skąd, kiedyś stosy, inkwizycja, dziś pedofilia i odwieczne uwikłanie w politykę. A słyszał pan o Aleksandrze VI? Kościół jest pazerny na pieniądze, a jak będzie trzeba, to zapłacę biskupowi i bierzmowanie dostanę.

I tak, Kościół jest święty, bo jest Mistycznym Ciałem Chrystusa złożonym z grzesznych członków. Tak, pedofilia i jej ukrywanie są złe i powinny być surowo karane bez względu na to, czy się nosi sutannę czarną, z amarantowymi obszyciami, czy też zakłada się inne ubranie. Katecheci dwoją się i troją, bo stoją na linii frontu. Starają się ukazywać Kościół takim, jaki on jest. Włączamy na lekcji fragmenty z ks. Kaczkowskiego, zachęcamy do poznania ks. Pawlukiewicza, pokazujemy działalność misyjną, humanitarną i mówimy – TO jest Kościół.

Dopóki są to ogólniki, nie ma problemu, damy radę. Gorzej, gdy młodzi sypią przykładami z własnego podwórka i mają sporo racji. Człowiek chciałby zapaść się pod ziemię, bo znajduje się między Scyllą a Charybdą, między przyznaniem im racji i otwartą krytyką a tym, jak to się odbije na jego pracy w przyszłym roku. W takich przypadkach nawet sam o. Szustak nie pomoże.

Święci…, czy odpowiedni dla dzieci?

Podręczniki pokazują świętych jako wzór do naśladowania. Wrzesień to oczywiście czas św. Stanisława – i zaczynają się schody, pozwolę sobie zacytować jeden z komentarzy: „Co to za przykład dla nas: nie słuchał rodziców, zwiał ze szkoły… Czy mam brać z niego przykład, gdy wydaje mi się, że jestem do czegoś wyższego powołany, a mam 16 lat i rodzice mówią, że nie?”

Obyś był zimny albo gorący!

Problem coraz częstszy – jestem, bo jestem. Nic mnie nie interesuje, nie mam pytań. Ksiądz Pawlukiewicz mówił, że przeciwieństwem miłości jest właśnie obojętność. Można stawać na głowie, a i to nic nie da.

Z roku na rok jest tendencja spadkowa i to nie tylko na katechezie. Uczniowie nie są niczym zainteresowani. Kiedy zadaje się im pytania, to ewentualnie odpowiadają ogólnikami – film, muzyka, podróże, ale jak zapytamy o szczegóły – reżysera, muzyka, kraj, okazuje się, że lubią oglądać filmy albo fajne plaże.

To przekłada się na katechezę. Klasa szósta – temat o Wielkim Wybuchu, teorii ewolucji. Dwa lata temu dzisiejsza klasa ósma była żywo zainteresowana, coś komuś świtało na ten temat, a dziś – zasadniczo nie ma z kim rozmawiać.

Oczywiście, jak zejdzie się na dowolną kontrowersję, dyskutantów będzie wielu, a lekcja to często za mało, aby wyjaśnić palący problem w sposób jasny i dokładny. Z drugiej strony nie można tylko tak prowadzić lekcji, trzeba głosić kerygmat, nauczać o tych „nudniejszych” rzeczach, bo ostatecznie często kontrowersja rodzi się z nieznajomości własnej religii. 

„Jeśli nie potrafisz wytłumaczyć czegoś w prosty sposób, to znaczy, że tak naprawdę tego nie rozumiesz” – Albert Einstein

Kiedy przyjechał papież, dzieci z Ziarna pytały go o gumę Turbo, a nas – kto stworzył Boga; czy zwierzęta mają duszę i czy pójdą do nieba; dlaczego mama nie może iść do Komunii, jak mam drugiego tatę, przecież kochają mnie i chodzą do kościoła.

Problem stworzenia Boga jeszcze daje się rozwiązać, dla zwierzątek można być bezlitosnym i powiedzieć, że po prostu umierają i nie idą do nieba.

Problem sakramentów dla rozwiedzionych w nowych związkach jest łatwy dla nas dorosłych. Jak wytłumaczyć to dziecku? Przecież nie chcemy podważyć autorytetu rodzica. Nie chcemy wpędzić dziecka w poczucie winy. Ostatecznie nie wiemy, co dziecko przeszło – może przemoc domową i obecna sytuacja jest dla niego lepsza. To problem dorosłych, a nie naszego ucznia. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekierowanie rozmowy na miłość Bożą do dziecka i nieocenianie rodziców.

Zobacz też:   Po Namyśle: Czy w imię wiary musimy pozbyć się emocji?

Uczeń nie jest dzieckiem, a partnerem

To, jaki będzie efekt naszej pracy katechetycznej, zależy od naszej relacji z uczniami, bo o ile można nauczać wielu przedmiotów w sposób bezrelacyjny, to religii, która bazuje na wzajemnych więzach, nie da się tak prowadzić. Najważniejsze, by mówić jak do własnych synów i córek.

Partnerstwo nauczyciela z uczniami wymaga bycia autentycznym, a nie migania się od często trudnych pytań. Oczywiście mamy prawo czegoś nie wiedzieć, nie być ekspertami w każdej dziedzinie teologii. Wtedy warto powiedzieć – tak mi się wydaje, tak mi mówi moja intuicja teologiczna, ale nie jestem pewien, sprawdzę i jak się mylę, to wam powiem, jak jest.

Katecheta często staje się po wychowawcy pierwszym nauczycielem, powiernikiem, do którego uczniowie przychodzą w sytuacji śmierci. Intuicyjnie czują, że mogą uzyskać pomoc, pocieszenie. Nikt niestety nie przygotowuje katechetów do takiej roli. Jak przekazać informację o śmierci, jak odpowiedzieć na gniew, żal do Boga, gdy ich kolega, bliski odbiera sobie życie? Oczywiście podskórnie wiemy, że nie jest to czas na głoszenie traktatów o eschatologii, że należy dać się wypłakać uczniom, pobyć w ciszy – ale co dalej?

Bóg jest miłością i szóstki za nic

Katecheci mają problem z tym zagadnieniem. Hasło miłości Boga do człowieka „spływa” po uczniach, bo słyszeli to już tyle razy, że nie robi to na nich wrażenia, szczególnie kiedy w domu nie mają żadnego przykładu życia religijnego albo jeśli ojciec jest antyobrazem Boga.

Katecheta często utożsamiany jest z „kimś od Boga” i to, co należy do jego obowiązków jako nauczyciela – dyscyplinowanie, ocenianie – może utrudniać zrozumienie, kim są Bóg i Kościół.

Niektórzy rodzice, nauczyciele, dyrektorowie i uczniowie często, jak to piszą katecheci, chcą, aby religia była godziną odsapnięcia między polskim a chemią. Najlepiej nie wymagać nic od uczniów, a szóstką z religii podnieść im średnią. Katecheci mają być szczęśliwi, że łaskawie uczeń przyszedł na katechezę, a rodzice lubują się w terroryzowaniu nauczyciela wypisaniem dziecka z przedmiotu.

Bardzo często grożenie jest tylko szukaniem sposobu na wypisanie dziecka z katechezy i jednocześnie uspokajaniem sumienia. Tacy rodzice nie chcą rozmawiać, zrozumieć drugiej strony, przecież ostatecznie to wina nauczyciela, bo nie dał piątki albo szóstki, bo wymaga, bo wpisuje uwagi, bo, bo, bo…

Największy sprzymierzeniec i największy wróg – rodzic

Katechetami są przede wszystkim rodzice, my im mamy pomóc. To oni albo dziadkowie uczyli dziecko znaku krzyża, pierwszych modlitw, prowadzili do kościoła. Oni mogą nam pomóc, jeżeli dają dobry przykład w domu lub chociaż nie przeszkadzają w formowaniu dziecka. Dla dziecka jedno słowo, gest rodzica mogą przekreślić całą naszą pracę, czy to katechetyczną, czy ogólnie nauczycielską.

Jak przekonać dziecko o potrzebie spowiedzi, skoro rodzice uważają, że nie ma sensu mówić facetowi w sukience o swoim zachowaniu; w jaki sposób dziecko ma nauczyć się Eucharystii, jeśli rodzic robi za szofera?

Tak niewiele trzeba. Wspólna msza niedzielna, zapytanie o to, co było na religii i wymiana dwóch zdań na poruszany temat, a dziecko zauważy, że religia to coś ważnego.

Może rodzice nie chcą poruszać tematów religijnych, bo boją się, że nie będą w stanie odpowiedzieć na jakieś pytanie. Ten pozorny kozi róg jest początkiem poszukiwania odpowiedzi, pogłębieniem wiedzy oraz duchowości. Sprawdza się wielokrotnie powtarzane zdanie, że Jezus błogosławił dzieci, a nauczał dorosłych, podczas gdy dziś robimy zupełnie na odwrót – uczymy dzieci, a rodzicom błogosławimy. Katechezy wymagają także dorośli, ponieważ ich formacja często zakończyła się w szkole. Ważne jest też, aby taka katecheza była dobrowolna, bo jeśli w kimś katecheza szkolna albo przyparafialna nie rozwinęła wiary, to próżno oczekiwać, aby parę dodatkowych godzin miało to zmienić. Szerzej o tym problemie pisała już Joanna Kopczyńska, do której tekstu („Adeste”, nr 32) serdecznie zapraszam.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.