Nie jest raczej tajemnicą, że pokolenie urodzone w roku 2000 i później (do którego zresztą się zaliczam) nie będzie pamiętało Ojca Świętego Jana Pawła II. Nie wspominając nawet o młodych urodzonych już po 2005 r., którzy Papieża Polaka znają już tylko z opowieści. Wciąż jednak żyją ludzie, którzy go pamiętają, byli obecni na spotkaniach z nim, przybywali na plac św. Piotra, aby słuchać jego nauczania. Jan Paweł II przebił swoją popularnością Prymasa Tysiąclecia, czyli kard. Stefana Wyszyńskiego, choć obydwaj mają porównywalne zasługi, jeśli chodzi o duchowe wsparcie Polaków w okresie komunizmu. Jednak to właśnie Jan Paweł II stał się na tyle „legendarną” postacią, że jakiekolwiek głosy krytyki są uważane za równe bluźnierstwu wobec świętego. Papież jeszcze za życia wydawał się nietykalny. Młodzi (niezaangażowani we wspólnoty związane z Kościołem) nie byli nim zbytnio zainteresowani, reszta raczej wypowiadała się o nim w samych superlatywach. Wyjątki, choć się zdarzały, były dość sporadyczne. Śmierć papieża na pewien czas zjednoczyła wszystkich Polaków, bez względu na wyznanie i poglądy. No ale co z tego?
Zaczęło się oczywiście od Jerzego Urbana i jego artykułu w tygodniku „NIE” z 2002 roku zatytułowanego Obwoźne sado-maso. Na zwykłej krytyce poglądów i działań się nie skończyło, autor jawnie obrażał największego Polaka w historii, co skończyło się dla niego kilkoma wizytami w sądzie. Ale tygodnik, którego redaktorem naczelnym jest nadal Jerzy Urban, właściwie odkąd istnieje, słynie z kontrowersyjnych treści i wplątywany był w różne afery, więc można przymknąć na to oko. Prawdziwa wojna rozpoczęła się w okolicach 2009 roku w Internecie. Co ciekawe, w przeciwieństwie do większości tego typu trendów, takich jak rzucanie kamieniami w dinozaury czy Kudłaty w Mortal Kombat, papież jest wciąż obecny jako mem i stale przybiera nowe formy. Świadczy to o co najmniej kilku ważnych sprawach. Kwestią sporną jednak pozostaje to, czy nadal jest to śmieszne.
Tak zwane „cenzopapy” poruszają bardzo delikatną sferę, mianowicie w mniejszym lub większym stopniu uderzają w autorytet św. Jana Pawła II. Im bardziej są one obrazoburcze, tym mocniej reaguje na nie strona katolicka, a im bardziej katolicy się oburzają, tym bardziej nakręca to śmiejących się. Łatwo jest też zalecać, żeby takie zjawiska ignorować, jak sugerował Piotr Żyłka – autor projektu FaceBóg i redaktor Deon.pl. Bo tropienie i usuwanie kolejnych użytkowników i stron na Facebooku to prawdziwa walka z wiatrakami… czy może raczej z mityczną Hydrą. Postawa bardziej konserwatywnych środowisk kościelnych również nie ułatwia sprawy. Używanie niekiedy przerysowanych określeń, takich jak: „plugawe filmiki i nagrania”, „niewyobrażalnie wulgarne treści” czy „szkalowanie osoby świętego” wywołuje tylko uśmiech politowania. Nie myśli się nawet o podjęciu dialogu z tymi internautami, którzy oprócz udostępniania akronimu JP2GMD (którego pozwolę sobie nie rozwijać) potrafią konstruktywnie krytykować papieża. Najczęściej padające zarzuty to między innymi brak reakcji wobec ludobójstwa w Rwandzie, potępienie używania antykoncepcji w afrykańskich krajach dotkniętych epidemią AIDS czy ukrywanie problemu pedofilii w Kościele. Zamiast zdrowej dyskusji z ludźmi podającymi takie oskarżenia, katolicy wolą niekiedy zazdrośnie i bezkrytycznie bronić Ojca Świętego odwołując się do autorytetu, jakim niewątpliwie był i jest nadal. Choć potrzeba dyskusji jest ogromna, to obrazki mające na celu jedynie obrażanie chyba jej nie służy.
W ubiegłym roku jednym z najpopularniejszych młodzieżowych słów stało się „odjaniepawlać”. Oznacza ono ni mniej ni więcej, jak przesadzać, reagować nieadekwatnie do sytuacji. Dlaczego święty stał się neologizmem? Czy to już bluźnierstwo na poziomie bardziej zaawansowanym niż obraźliwe grafiki rodem z serwisu Wykop? Okazuje się, że nie do końca. Napisał o tym o. Maciej Zięba na łamach Rzeczpospolitej w artykule pt. Dlaczego się odjaniepawla?: „Niestety, jest to słowo-oskarżenie. Oskarżenie całego świata dorosłych: rządów i samorządów, kleru – od biskupów po wikarych i katechetów (w tej grupie zapewne wina jest największa), nauczycieli i pracowników mediów, polityków i wszystkich katolickich zrzeszeń i organizacji. […] Ale trzeba też zarazem pamiętać, że młodzież zawsze jest wyczulona na wszelkie formy sztuczności, fasadowości czy hipokryzji, niezmiernie inteligentnie wyczuwa rozbieżność pomiędzy warstwą słów i deklaracji a realiami życia. Ten slangowy młodzieżowy neologizm oznacza, że generacja młodych Polaków jest zmęczona ilością obchodów rocznic, akademii, prelekcji, uroczystości, monumentów, rond, ulic, alei, bulwarów, mostów, kładek, szpitali, przychodni, żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków, szlaków górskich, wodnych oraz lądowych im. Jana Pawła II. Na taki przesyt zawsze reaguje się ironią”.
Ciężko w tym wypadku zaprzeczyć faktom: nauczanie Papieża Polaka zostało mocno spłycone, przybierając formę jarmarcznego kultu. Naszego świętego kojarzymy właściwie z kremówkami, górami i tym, że kochał Polskę. Wizerunek papieża można dostrzec często w miejscach tego niegodnych, a stawiane mu pomniki odbiegają od ideału.
Czasami jednak zapomina się o dość ważnym aspekcie pontyfikatu (i nie tylko) Jana Pawła II. Jeszcze jako biskup starał się przebijać rosnącą wokół niego bańkę patosu, np. w trakcie swoich podróży, o czym świadczyć może publikacja Kwiatki Jana Pawła II opracowana przez Janusza Poniewierskiego. Znajdziemy w niej różne anegdoty z życia papieża od czasów dzieciństwa aż do wieku sędziwego pokazujące, że Karol Wojtyła zawsze umiał zareagować z humorem, być może ułatwiając niektórym kontakt z Bogiem. W dalszym ciągu artykułu o. Zięby można zresztą przeczytać: „Pamiętam, jak w 1998 r., rozmawiając wraz z abpem Gocłowskim o idei Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia, usłyszeliśmy od Jana Pawła II: »Nie potrzeba pomników, trzeba docierać do serc«. Trzeba więc docierać do serc i umysłów młodej generacji, nie tylko znacznie częściej używając jej środków komunikowania się pomiędzy sobą, ale ukazując dzieło papieża jako twórczą inspirację do rozwiązywania dzisiejszych problemów i poszerzające horyzonty w naszym myśleniu o przyszłości”.
W kontakcie z kolejnymi generacjami młodzieży mówienie o Janie Pawle II tak, jak prof. Bladaczka mówił o Słowackim, zwyczajnie nie przyniesie rezultatów, wręcz przeciwnie, może nawet zniechęcić lub nastawić wrogo. Współcześni chrześcijanie muszą być wytrawnymi dyskutantami. A na pewno nie stanie się tak, jeśli nie odrzucimy apologetyki na rzecz otwartości na konstruktywną krytykę.