adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Błędy współczesnej edukacji religijnej

magazine cover

unsplash.com

Praca nauczyciela to duży wysiłek. Wymaga cierpliwości, zrozumienia, wiedzy oraz elokwencji. Stąd o tak niewielu osobach możemy powiedzieć, że są nauczycielami z powołania. Kościół dzisiaj przeżywa regres autorytetu nauczycielskiego. Dzieje się tak z różnych powodów, o których piszę w niniejszym tekście.

W Papież: teolog, filozof i… astronom? wskazywałem, że wierni potrzebują nie tyle pokrzepienia serc, ile konkretnej, nowoczesnej wykładni teologicznej i filozoficznej. Nie da się bowiem wzrastać w życiu wewnętrznym, jeśli nie stykamy się z jakimś wyzwaniem. Dzisiejsi nauczyciele Kościoła często nie są dla swoich uczniów wyzwaniem, a jedynie katechetyczną i ewangeliczną koniecznością. Tym samym wzrasta popularność internetowych katechetów – wierni w zetknięciu się z potrzebą wzrostu życia intelektualnego w wierze nie znajdują jej zaspokojenia w swoich parafiach. Niemniej nie ma w tym niczego złego. Wręcz przeciwnie – Bogu dzięki, że chociaż w internecie z o wiele większą częstotliwością można znaleźć głęboko pouczające treści chrześcijańskie.

Straszenie piekłem

Jednym z bardziej uporczywych problemów współczesnej edukacji religijnej jest wciąż okazjonalnie pojawiające się tzw. straszenie piekłem. Nie w tym rzecz, że problem potępienia jest nieważny w obliczu nauki o miłosierdziu Boga. Trudność, która tu zachodzi, dotyka pedagogii duchowości, bo jeżeli wśród wiernych oraz ludzi otwartych na wiarę określona katecheza wzbudza raczej lęk przed piekłem niż respekt wobec Boga, to jest to właśnie przykład złej edukacji religijnej. Nieodpowiedzialne szafowanie kwestią potępienia wzbudza rodzaj lęku, który łatwo przeradza się w gniew oraz resentyment względem Stwórcy.

Czego więc konkretnie nie mówić? Może na początek warto zacząć od tego, że nauka o potępieniu zawsze idzie w parze z obietnicą zbawienia. I to apoteoza – ta niezwykła, tajemnicza transcendencja, jaką Bóg nam oferuje – jest ważniejsza niż to, że możemy – przez wzgląd na uczynki i świadectwo swego życia – skończyć niewesoło. Koniec końców, w sytuacjach nieporozumienia warto przypominać, że to Bóg usprawiedliwia z grzechów, to przez Niego odbywa się odpuszczenie naszych grzechów. Kto więc oskarża, poniża i usilnie wmawia, że zasługujemy na piekło? Oskarżyciel – czyli Szatan.

Uporczywe upraszczanie

Czasami niektórzy katecheci i nauczyciele tak skrajnie upraszczają treść, którą przekazują, że giną w tym wszystkim głębia i powaga informacji, którą się dzielą. Znikają wówczas podstawy filozoficzne chrześcijaństwa, na nic zdaje się praca św. Augustyna z Hippony, św. Tomasza z Akwinu, św. Jana od Krzyża i innych. Pozostaje wówczas przesłodzona karykatura niegdyś śmiertelnie poważnego przekazu teologicznego.

Rozumiem, że łatwo jest w takiej okoliczności podnieść głos sprzeciwu wskazujący, że trudno jest przekazać kwestie filozoficzne osobom, które nie mają należytego przygotowania teoretycznego. Nikt nie mówił, że to jest łatwe, ale w obliczu ponawiających się fal krytyki pod adresem Kościoła wskazującej na płytki charakter wiary chrześcijańskiej podniesienie poprzeczki intelektualnej wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Żadną też miarą nie naciskam, aby nagle każda homilia była złożonym fragmentem traktatu filozoficznego. Dobrym jednak nawykiem byłoby częstsze sięganie po hermeneutykę biblijną oraz elementy filozofii.

Niewyparzony język

Prawdę można powiedzieć tak, że kogoś to przybliży do Miłości. Można ją też wyrazić bezmyślnie, co przyniesie jedynie smutek w życiu słuchaczy. Trudno, żeby konkretna katecheza – czy to w szkole, czy w czasie homilii – zachęcała, jeśli autor mówi w sposób niegrzeczny: ucieka się do pomówień, obmowy, kpiny lub jakichś innych niehojnych form wypowiedzi.

To się tyczy także uszczypliwych uwag w stosunku do różnego rodzaju mniejszości, w tym tych seksualnych. W artykule Pięć powodów, dla których katolicyzm zniechęca osoby LGBT wskazałem na niechrześcijańskie postawy oraz odrzucającą retorykę osób wewnątrz Kościoła, które uderzają w dotkniętych wielką egzystencjalną trudnością ludzi o skłonnościach homoseksualnych oraz tych z dysforią płciową.

I znowu – nie chcę być tu źle zrozumiany. Żadną miarą nie pochwalam uwłaczającego godności ludzkiej upodlenia, jakim obarczony jest rozwiązły styl życia. Mocno wskazuję jednak na konieczność bycia – przede wszystkim – szpitalem dla potrzebujących, a nie kolejnym obmierzłym krytykiem, który dużo mówi, a mało robi.

Zobacz też:   Samotny człowiek i rozpad

Nieznajomość apologetyki

Częścią ewangelizacji i katechizacji jest nieuchronna konfrontacja z wątpliwościami oraz sprzeciwem. Pomijam sytuacje, w których nauczyciel jest wprost, z tytułu zadanych mu trudnych pytań, zdenerwowany. Wtedy może powinien w ogóle zastanowić się nad sensem wykonywanego zawodu. Niemniej jednak są sytuacje, w których np. katecheta nie potrafi w rzetelny oraz treściwy sposób przedstawić pełnej nauki Kościoła. Zamiast tego posługuje się skrótami myślowymi, językiem emocji oraz unikaniem odpowiedzi lub przerzucaniem winy za zadane pytanie na rozmówcę.

Dobrym tego typu przykładem będzie – znana mi skądinąd – sprawa pewnego katechety, który na pytanie dziecka: „Czy Bóg chciał, by członek mojej rodziny zmarł?” odparł zdawkowo, że „tak”. I oczywiście – można powiedzieć, że się tylko czepiam, bo przecież Stwórca jest Panem życia i śmierci, tylko że podanie tego w taki sposób będzie dla dziecka niszczące. Dla młodego umysłu przejętego żałobą po stracie bliskiej osoby będzie to oznaczało, że Bóg jest winny śmierci tego kogoś. A przecież problem jest o wiele głębszy i sięga kwestii takich jak przygodność świata, grzech pierworodny oraz teodycea. Trudno jest wyjaśnić dziecku tak zawiły problem, ale może zamiast powiedzenia pogrążającego „tak” lepiej odpowiedzieć: „Janku, śmierć twojej babci wynika z biologii. Tak działa ludzkie ciało. Stwórca nie chce niczyjej śmierci, dlatego przyjmuje twoją babcię do siebie, by kiedyś, gdy nadejdzie czas, mogła zmartwychwstać”.

Fanatyzm apologetyczny

Jest takie przaśnie brzmiące polskie powiedzenie – co za dużo, to i świnia nie chce. Tak jest niekiedy w przypadku przerostu formy nad treścią, którą odznaczają się niektórzy katecheci i myśliciele chrześcijańscy. Ponieważ dotychczas większość ich pracy była skupiona wokół dyskusji apologetycznych, nie potrafią oni wyjść poza pudełko. W konsekwencji każdą wypowiedź, każdą czyjąś wątpliwość i najmniejszą choćby oznakę nietrafionego opisu teologicznego lub filozoficznego traktują jako zaproszenie do debaty.

Dobrym przykładem takiego zachowania jest pewien kapłan prowadzący swój blog apologetyczny, którego z nazwiska nie przytoczę. Ojciec – jak mniemam, w dobrej wierze – podejmuje się raz za razem karkołomnej krytyki i debaty z każdym, kogo uzna za godnego krytyki. Z pietyzmem godnym dziennikarza śledczego opisuje przypadki nagannego zachowania bądź błędnych, niekatolickich poglądów u wybranych przez siebie adwersarzy.

W skrócie: jeśli już mamy tę okazję, by opowiadać o Bogu i Jego słowie, to warto pamiętać, by w rozmowie z innymi nie czepiać się słówek, ale z cierpliwością zakładać to, co najlepsze, jeśli chodzi o naszego interlokutora. Damy mu swoim zachowaniem świadectwo żywej obecności Ducha Świętego, który przynosi pokój, zrozumienie i miłość.

Trzeba umieć kochać

Jak wcześniej wspominałem – prawdę trzeba odpowiednio przekazać, gdyż można nią kogoś skrzywdzić. Pierwszym warunkiem jej przekazywania jest miłość. To się wydaje bardzo proste, ale w rzeczywistości takie nie jest. Jak kochać tłumy? Jak kochać obcych nam ludzi, którzy może się z nami zgadzają, a może nie? Może uważają, gdy mówimy, a może mamroczą coś pod nosem i stroją sobie żarty? Albo zadają trudne, niewygodne pytania? Jak wtedy przeżywać miłość do bliźniego?

Otóż żeby miłość przeżywać, trzeba się jej najpierw nauczyć poprzez praktykę oraz kontemplację. Nie można z marszu wejść w katechezę i ewangelizację, oczekując, że tak jak Chrystus ulitujemy się nad tłumem. Nie ulitujemy się, bo nad członkami własnej rodziny nie umiemy się ulitować i być dla nich dobrymi jak Pan.

Mówi się, że nie powinno się wchodzić z butami w życie drugiego człowieka. Warto więc zdjąć obuwie i umyć stopy. Jak zauważył ks. Leszek Kromka w niejednej ze swoich homilii – zdegenerowany duszpasterz szkodzi, niszczy, wprowadza w życie wiernych nieprawdziwy obraz Boga. Zanim więc zaczniemy uczyć innych, zdejmijmy wpierw buty.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.