Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Przyjechali z interioru ludzie do stolicy…

magazine cover

pixabay.com

Niebezpieczne. Siejące zamęt. Nadużywane. Wykorzystywane w służbie manipulacji. Codzienną swą liczebnością przytłaczające odbiorców mediów masowych. Niewytłumaczone, nieobjaśnione pojęcia i bon moty. Smuci mnie niezmiernie, że również Kościół w swym dyskursie zdaje się rezygnować z ich objaśniania oraz dekodowania. I sam takie zwroty stosuje.

KAI (Katolicka Agencja Informacyjna) w tekście Prymas Polski: Kościół nie jest twierdzą umieściła ten oto fragment: „Mówiąc mój Kościół, moja parafia, nie możemy zamykać się w sobie. Kościół to nie twierdza, w której można schronić się przed tym złym światem. Jezus nie zatrzymuje przecież swych uczniów za zamkniętymi drzwiami Wieczernika, ale udzielając im swego Ducha, posyła na świat”. Słowa te wypowiedział abp Polak, a sam tytuł jest ciekawym cytatem z jego wypowiedzi, w której dodał, by wychodzić ze swoich „wieczerników” na peryferia, które posiada każda parafia. Dostrzegają państwo dziwny (zamierzony albo przypadkowo zastosowany) chwyt? Nie jesteśmy jako Kościół „twierdzą”, a więc w domyśle nie jesteśmy zamknięci na świat – „ten zły świat”. Bardzo nie podoba mi się użycie pojęcia „twierdza” jako czegoś negatywnego, niegodnego katolika. Przecież twierdza może być bazą wypadową dla tych, którzy idą w świat, by pozyskiwać ludzi…

Zostawmy jednak to niefortunne, nieco niejasne sformułowanie, a przejdźmy do trudnego słowa „peryferie”. Jego popularność w mówieniu o duszpasterstwie jest spowodowana bon motem papieża Franciszka wypowiedzianym w 2013 roku podczas orędzia na Światowy Dzień Misyjny. Jego Świątobliwość zachęcał w nim do wyjścia na peryferie wiary.

Czym są peryferie? Uniwersalny słownik języka polskiego PWN podaje trzy znaczenia: „a. dzielnice miasta położone daleko od centrum; krańce miasta; suburbium […] b. zewnętrzna część czegoś (w przeciwieństwie do części centralnej) […] c. przen. coś mniej ważnego, drugoplanowego”. Interesują nas dwa ostatnie znaczenia.

Czymże zatem są peryferie wiary? Chodzi o członków wspólnoty jakby mniej istotnych, mniej przykuwających uwagę, lecz nadal znajdujących się w tej wspólnocie. Nie będą to ludzie niewierzący; pozostają nimi natomiast osoby pogrążające się w zwątpieniu, osuwające się w przepaść niewiary. Będą to też, jeśli posłużymy się definicją „c”, katolicy znajdujący się blisko jądra katolicyzmu, ale niezaaangażowani w jego działalność. O kogo więc chodzi?

Myślę, że wielu jest ludzi, którzy wierzą, chodzą co niedzielę albo i częściej do kościoła, wspierają katolickie inicjatywy, ale przystępują do Komunii Świętej przykładowo tylko raz w miesiącu, po spowiedzi pierwszopiątkowej. Podobnie jest z ludźmi, którzy wierzą i często modlą się, lecz nie robią nic w kierunku przełożenia swojej wiary na codzienne życie.

Osobiście lubię w tym kontekście słowo „interior”, które w pierwotnym znaczeniu (łacińskim i angielskim) oznacza coś centralnego, we wtórnym (polskim) jest jednakże synonimem słowa „peryferie”.

Na peryferiach wiary może znaleźć się zatem ministrant sumiennie wypełniający swą służbę, ale nieprzyjmujący Komunii Świętej (co wynika z nieprzystępowania do spowiedzi świętej). Będzie to też organista śpiewający wprawdzie poprawie, nawet pięknie, ale niemodlący się sercem. Tak samo ksiądz zamykający się jedynie w ramach tego, co obowiązkowe. Peryferia to również ci, którzy budują słowem i modlitwą swoich współbraci we wspólnocie, ale postępują hedonistycznie w życiu codziennym. Przynależeć do nich może oczywiście też człowiek coraz rzadziej chodzący do kościoła, opuszczający niedzielną mszę świętą.

Jakby się poważnie nad tym zastanowić, to coraz więcej ludzi tak ma. Paradoks, panie Hejwowski, powie ktoś – obrzeża przeważają swą masą nad rejonami centralnymi. Tak, bo centrum to jądro, a jądro zazwyczaj jest mniejsze od reszty komórki. Wydaje mi się, że w wyjściu na peryferie nie chodzi o pozyskiwanie tych ludzi, którzy nie wierzą w zmartwychwstanie ciała (62% Polaków wg danych CBOS z 2017 roku) i na Wielkanoc przychodzą tylko na święcenie pokarmów. Ważniejsze od tego jest dostrzeżenie, że ci, którzy na zewnątrz wydają się być blisko, w swoich sercach mogą być daleko.

Chodzi o konsolidację centrum tak, by było ono w stanie przyciągać wątpiących – o ewangelizację wierzących tak, by mogli powrócić do pierwotnej świętości, o dostrzeżenie, że Kościół w Polsce jest w odwrocie. Że może mieć wpływ jedynie na te 40-⁠50%, które chodzi do kościoła co niedzielę. I że większość z tych dominicantes (czyli ludzi chodzących do kościoła w niedzielę, ale nieprzyjmujących Komunii Świętej) to nie są wierni i niezłomni wyznawcy, ale właśnie interior wiary.

Jeśli hierarchowie w Polsce tego nie dostrzegą, sytuacja będzie się pogarszała. Nikt nie wie, jak się rozwinie, ale czas będzie działał na niekorzyść liczby członków Kościoła. Trzeba usprawnić komunikację, porzucić bon moty na rzecz klarowności świętego Tomasza z Akwinu (chodzi mi o przejrzystość formy, jaką posługiwał się dominikanin) i odrzucić myślenie w tonie „jesteśmy silni” na rzecz brutalnego realizmu. Wiem, trudno jest przyznać się przed samym sobą, że stare, dobre czasy minęły. Łatwiej zarozumiale powtarzać: „świątynia Pańska, świątynia Pańska, świątynia Pańska!” (Jr 7, 3b) i „oto jesteśmy bezpieczni!” (por. Jr 7, 10). Ale Pan Bóg takim mówi: „Odrzucę was sprzed mego oblicza, podobnie jak odrzuciłem wszystkich waszych braci, całe pokolenie Efraima” (Jr 7, 15). To wielka lekcja, którą muszą przejść duchowni i świeccy strzegący owczarni w Polsce. Cóż za korzyść z pasterzy, którzy nie wiedzą, ile mają owiec i co one aktualnie robią?

A co my możemy z tym zrobić? Ktoś się zaśmieje: „pan, panie Hejwowski, ma dobrze. Napisze o tym artykuł, skrytykuje, kogo trzeba i już ma czyste sumienie”. Otóż nie. Jak każdy z nas, mam wielkie zadanie na każdy dzień – zadbać o tych, na których mam wpływ. O ludzi, z którymi przykładowo spotykam się co tydzień w ramach przyparafialnej wspólnoty. Może ktoś z nich ma kryzys wiary i potrzebuje rozmowy? Może współbracia pokłócili się między sobą i trzeba ich pogodzić? Może po prostu moi podopieczni lub bracia potrzebują mojego czasu niezależnie od sytuacji, w której się znajdują? Może trzeba zwyczajnie wykonać cotygodniową orkę? (Nie chodzi mi o „zaoranie lewaka”, ale budowanie relacji i pomoc we wzrastaniu w wierze).

Wspólnota to jedno – warto nie zapominać o bliźnich, których spotykamy w szkole, na studiach, w pracy… Wśród nich też są ludzie wierzący. Oni również mogą potrzebować pomocy. To chyba najcięższy egzamin – wesprzeć kogoś w wątpliwościach.

Reasumując – dwie rzeczy. Musimy przemyśleć naszą komunikację z innymi wierzącymi. Czy jest klarowna? Czy nie stosujemy w wierze, w duszpasterstwie skrótów myślowych, słów-wytrychów, których de facto nikt nie rozumie? Poza tym wykażmy się wyobraźnią i troską o innych. Czy ci, którzy są przy mnie, nie potrzebują pomocy? Czy w tych, którzy zdają się blisko Boga, nie wypala się płomień wiary?

I wychodźmy na peryferie wiary. Ale miejmy na to wyjście plan, świadomość celu, nie idźmy „na spontana”. Bo inaczej to nie wyjdzie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.