adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Społeczeństwo

Rycerz niebios. Wywiad o kapitanie Władysławie Polesińskim

O fascynującej postaci szerzej nieznanego kapitana, drodze do rozwoju duchowości i jego pomyśle na ratunek dla ojczyzny rozmawiamy z Łukaszem Majchrzakiem z Instytutu im. Żółkiewskiego.

Bartłomiej Wojnarowski: „Jestem, pamiętam, czuwam”. Te słowa zna na pewno każdy katolik, a myślę, że i każdy Polak. Do sanktuarium na Jasnej Górze co roku trafiają miliony pielgrzymów, jednak niewiele osób wie, że wpływ na powstanie Apelu Jasnogórskiego miał – szerzej nieznany – kapitan Władysław Polesiński. Pilot wojskowy, rewolucjonista, a może mistyk? O tę postać chcę zapytać dziś prezesa Instytutu im. Żółkiewskiego. Witam serdecznie, Szczęść Boże.

Przygotowując się do tego wywiadu, dostrzegłem, że Polesiński to postać niezwykle ciekawa i wielowątkowa, którą zajmują się zarówno historycy wojskowości, jak i badacze dwudziestolecia międzywojennego. Widzę w nim człowieka od początku nastawionego na cel. Kapitan dość młodo stracił matkę. Czytając o nim, zauważyłem pewien rodzaj duchowej i fizycznej dyscypliny obecny u niego już na starcie. Co go ukształtowało? Czy był to wzór rodzinny, osobiste usposobienie, czy może klimat tamtych lat?

Łukasz Majchrzak: Odniosę się najpierw do Pańskiego określenia „rewolucjonista”. To bardzo trafne i symptomatyczne. Tak bywał nazywany przez współczesnych, choć niestety często w znaczeniu pejoratywnym. Różne środowiska widziały w tworzeniu przez Polesińskiego ruchu odnowy moralnej zagrożenie dla swojego rzędu dusz. A ja rewolucjonistą nazwałbym go w tym sensie, że dążył w sposób konkretny i konsekwentny do życia Ewangelią Chrystusa na co dzień. Jeśli chodzi o datę urodzenia: Władysław przyszedł na świat 8 września 1906 roku w rodzinie katolickiej. Tydzień później został ochrzczony w kościele parafialnym.

Klimat domu rodzinnego był kluczowy – to była rodzina wielodzietna, ośmioro dzieci, z których jedno zmarło we wczesnym dzieciństwie. Wspomniana przez Pana śmierć matki, gdy Władzio miał zaledwie dwanaście lat, była ogromnym ciosem, jednak w źródłach znajdujemy informacje, że mama miała bardzo ważny wpływ na jego wczesne wychowanie, osobowość i pobożność. To był fundament, który ukształtował go na całe życie.

Ojciec był stolarzem; ta profesja była w rodzinie obecna od pokoleń. Tu pojawia się kolejny istotny wątek patriotyczny związany z Żelechowem i Romualdem Trauguttem. Traugutt część swojej służby wojskowej spędził właśnie tam. Tam zawarł związek małżeński i tam urodziła się jego pierwsza córka Anna. Istnieje bezpośredni łącznik między rodziną Polesińskich a tradycją trauguttowską poprzez dziadka Władysława. To nawiązanie do postawy Traugutta jako bohatera narodowego było w tej rodzinie niezwykle silne. Kiedy czytamy teksty Polesińskiego, choćby tworzoną przez niego regułę życia, widzimy, jak często odwołuje się on do duchowego dziedzictwa dyktatora powstania styczniowego.

Trzecim filarem było zaangażowanie harcerskie. Władysław był zastępowym w
Pierwszej Żelechowskiej Drużynie Harcerskiej im. Zygmunta Chmielińskiego. Świadczy to o jego wczesnych predyspozycjach przywódczych. Służba w harcerstwie i aktywność w małych grupach – działania oparte na współpracy, przyjaźni, braterstwie, zasadach wierności i honoru – wyryły w nim trwały ślad.

Bartłomiej Wojnarowski: Przychodzi młodość i decyzja o wyborze drogi życia. Polesiński robi rzecz niezwykłą: chce zostać jednocześnie oficerem i prawnikiem. Dzięki tytanicznej pracy mu się to udaje, co w tamtych czasach wcale nie należy do rzeczy powszechnych. Czy to był dla niego naturalny wybór, czy może zaskoczył tym bliskich? Szczególnie interesuje mnie motywacja stojąca za studiami prawniczymi u żołnierza.

Łukasz Majchrzak: Trudno dziś jednoznacznie ustalić jego pierwotne motywacje, ale wiemy, że dążył do celu z ogromną determinacją. Rodzice nie bardzo mogli mu pomóc – nie było ich na to stać, a dodatkowo zniechęcił ich starszy syn, który zrezygnował z nauki, co uznali za „straconą inwestycję”. Bali się, że z Władysławem będzie podobnie. Dlatego kapitan przygotowywał się do egzaminów zupełnie sam, bez pomocy nauczycieli. Zdał do Korpusu Kadetów nr 2 w Modlinie i tak rozpoczęła się jego służba wojskowa.

Jeśli chodzi o prawo, wydaje się, że wynikało to z dużego głodu wiedzy, pragnienia rozumienia świata i chęci posiadania realnego wpływu na rzeczywistość. Ciekawym detalem, rzadko obecnym w biografiach żołnierzy tamtych czasów, jest fakt, że gdy w 1927 roku został przydzielony do Drugiego Pułku Lotniczego w Krakowie, najpierw ukończył Szkołę Nauk Politycznych na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a dopiero potem kontynuował naukę na wydziale prawa, wieńcząc ją dyplomem magistra praw w 1934 roku.

Bartłomiej Wojnarowski: Cofnijmy się jeszcze o kilka lat. Rok 1930 – „cud pod Krakowem”. Niedoszła śmierć w wyniku wypadku lotniczego kapitana Polesińskiego. Niektórzy mówią o „przełomie”, choć ja uważam, że kapitan był duchowo spójny już wcześniej. Niemniej jednak to wydarzenie miało kolosalny wpływ na powstanie Apelu Jasnogórskiego. Proszę o kulisy tego wydarzenia – co wiemy o samej katastrofie z perspektywy badań Instytutu?

Łukasz Majchrzak: To wydarzyło się dokładnie 23 lipca 1930 roku. Podczas nocnego lotu ćwiczebnego, który Polesiński odbywał z pilotem-obserwatorem ppor. Zygfrydem Stępieniem, nagle przestał pracować silnik. Maszyna zaczęła spadać. W tym dramatycznym momencie kapitan zwrócił się o pomoc do Boga. W jednym ze swoich wierszy opisywał później, że słyszał wewnętrzne polecenia, co ma robić. Samolot uderzył w ziemię i stanął w płomieniach. Polesiński wykonał te „rozkazy”, wydostał się z wraku, samodzielnie wydostał się także jego kolega. Kilka chwil później maszyna wybuchła.

Dla niego był to oczywisty cud i nadzwyczajna interwencja Pana Boga. Tu pojawia się kluczowy wątek godziny. Tradycja rodzinna, przekazywana przez syna kapitana, mówi, że działo się to około godziny 21.00 – dokładnie wtedy, gdy jego żona modliła się o jego szczęśliwy powrót. Choć relacje prasowe wspominają czasem o godzinie 23.00, to rozbieżność nie jest tu najistotniejsza. Ważne jest to, co nastąpiło potem: od tamtego momentu Polesiński rozpoczyna codzienną osobistą modlitwę punktualnie o 21.00.

Nazywał to „raportem przed Chrystusem”. To typowo wojskowe podejście: żołnierz staje przed dowódcą i składa raport z wykonanego zadania. Było to dziękczynienie za darowane na nowo życie, ale też chwila przejrzenia całego dnia i sprawdzenia, w jakim stopniu wypełnił swoje obowiązki. 

Bartłomiej Wojnarowski: Jak to się stało, że ten żołnierski rachunek sumienia przerodził się w ogólnopolskie nabożeństwo maryjne? Czy to była inicjatywa samego kapitana, czy może późniejsza modyfikacja duszpasterstw?

Łukasz Majchrzak: To dłuższa historia, którą warto szczegółowo wyjaśnić. Zanim jednak do tego przejdziemy, muszę coś zaznaczyć. Zafascynowałem się życiem kapitana kilka lat temu i nie mogłem uwierzyć, że tak wybitna postać jest praktycznie nieznana. Jego przesłanie, w tym reguła życia dla świeckich, jest dziś niezwykle aktualne. 

Bartłomiej Wojnarowski: Postać kapitana była świadomie przemilczana, objęta swego rodzaju infamią, co działo się nie tylko w kraju, ale momentami nawet w środowiskach emigracji londyńskiej. Dlatego nazwałem go rewolucjonistą – to był człowiek, który nie bał się narazić wielu środowiskom. Wróćmy jednak do tego tematu wieczornego raportu: jak od rachunku sumienia doszło do nabożeństwa maryjnego? Czy istnieje tu twarde powiązanie historyczne?

Łukasz Majchrzak: Tak, to powiązanie istnieje i odnosi się ono do duszpasterstwa akademickiego księży jezuitów na Mokotowie. Ten rodzaj „raportu” zaczął żyć własnym życiem w środowiskach, które Polesiński formował. Stworzył on „raport przed Chrystusem” jako obowiązkowy punkt dnia dla każdego członka założonej przez siebie organizacji formacyjnej Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza. O godzinie 21.00 wszyscy członkowie, bez względu na to, gdzie się znajdowali, mieli obowiązek stanąć do raportu, łącząc się w duchowej jedności. Co niezwykle ciekawe, w jego duchowości ten moment był wyraźnie oddzielony od rachunku sumienia, który w regulaminie figurował jako osobny punkt realizowany później, przed snem.

Raport o 21.00 miał charakter czysto relacyjny – to było spotkanie syna z Bogiem jako ojcem. Chodziło o stanięcie w prawdzie i braterstwie. Członkowie Zakonu stawali przed Bogiem, by po prostu z Nim przebywać, wsłuchać się w Niego i powierzyć Mu sprawy osobiste. To był fundament: Bóg jako ojciec i braterstwo ducha, realizowane jednocześnie w każdym miejscu, gdzie akurat się znajdowali.

Jak to się stało, że „raport przed Chrystusem” stał się nabożeństwem maryjnym z nazwą i słowami, które znamy dzisiaj? To fascynująca historia, która wiąże się z dalekosiężnymi celami, jakie kapitan stawiał swojej organizacji. Polesiński nie chciał tylko formować wojska; on marzył o ruchu odnowy moralnej całej Polski. Pragnął przekształcić Polaków w duchu chrystusowym. Używał przy tym pojęć, które dziś brzmią nieco archaicznie, ale mają potężną treść: członkowie Zakonu mieli być „przodownikami” – czyli dzisiejszymi liderami – oraz „rozsadnikami” prawdy i dobra.

To niezwykle ważne w kontekście formacji katolickiego mężczyzny. Dziś często widzimy mężczyzn w Kościele jako tych „stojących za filarem”, wycofanych obserwatorów. Istotą Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza było to, że ci ludzie mieli nadawać ton, prowadzić, kształtować otoczenie i budować Polskę chrystusową czynem, a nie tylko przyglądać się z boku. Mieli działać wszędzie: w społecznościach lokalnych, w organizacjach patriotycznych, w urzędach i gdziekolwiek na co dzień funkcjonowali.

Bartłomiej Wojnarowski: Wspomniał Pan o Mokotowie. Czy to właśnie tam nastąpiło to legendarne już przenikanie się idei Zakonu z duszpasterstwem jezuitów?

Łukasz Majchrzak: Tak. Kiedy Polesiński został przeniesiony z Krakowa do Warszawy, zaczął pracować na lotnisku mokotowskim. To był przełom lat 1936 i 1937, czas, gdy kończył Wyższą Szkołę Wojenną. Na Mokotowie działał wtedy Dom Pisarzy Towarzystwa Jezusowego, ufundowany z inicjatywy papieża Piusa XI jako główne centrum intelektualne katolicyzmu w Polsce. Polesiński współpracował tam z takimi gigantami jak ojcowie Jan i Tomasz Rostworowscy, ojciec Kosibowicz czy ojciec Warszawski.

Kluczową postacią dla historii Apelu okazał się jednak ojciec Aleksander Kisiel, duszpasterz Grupy Mokotowskiej Akademickiej Sodalicji Mariańskiej. Członkowie zakonu Polesińskiego należeli jednocześnie do tej sodalicji. Dzięki temu ich praktyka raportu o 21.00 naturalnie przeniknęła do środowiska sodalicyjnego. W grupie tej funkcjonowała modlitwa o godzinie 21.00 nazywana „raportem rycerskim”. Widzimy tutaj wyraźnie zbieżność nazwy modlitwy, godziny jej odbywania oraz miejsca i osób, które należały do obu grup. Choć nie mamy dokumentów, które by to potwierdzały, to te fakty są bardzo mocnymi przesłankami odnoszącymi się do działalności Polesińskiego. Warto tutaj również zwrócić uwagę na terminologię wojskową obecną zarówno w nazwie „raport rycerski”, jak i „apel”.

Zobacz też:   Kochanie bez miłości

Bartłomiej Wojnarowski: I to właśnie tutaj, w samym środku okupacyjnej Warszawy, narodziła się nazwa, którą zna dziś cały świat?

Łukasz Majchrzak: Dokładnie tak. I to jest informacja przełomowa, bo do tej pory nikt nie potrafił wskazać autora nazwy i słów Apelu. Mam potwierdzenie w dokumentach archiwalnych: to ojciec jezuita Aleksander Kisiel w 1943 roku stworzył nazwę „Apel Jasnogórski” i ułożył treść modlitwy, która wtedy brzmiała: „Matko Najświętsza, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.

Z tą modlitwą wiąże się też inna niesamowita historia. Ojciec Kisiel cudem przeżył masakrę w kościele jezuitów w sierpniu 1944 roku. Po wojnie, w 1946 roku, pewien prawnik przekazał mu dużą sumę pieniędzy na dowolny cel. Ojciec Kisiel wydrukował milion obrazków z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej i tekstem Apelu. Rozprowadzał je jako cegiełki na odbudowę kościołów Warszawy po zniszczeniach wojennych. Tak więc Apel Jasnogórski w swojej pełnej formie istniał w Warszawie co najmniej dziesięć lat przed jego oficjalnym wprowadzeniem na Jasnej Górze w 1953 roku.

Bartłomiej Wojnarowski: To rzuca zupełnie nowe światło na historię tej modlitwy. Chciałbym jednak wrócić do samego Zakonu. Wspomniał Pan, że kapitan „zrobił zamieszanie” na froncie wojskowym i kościelnym. Jak to było z tym oporem hierarchii?
Czy rzeczywiście duchowni dystansowali się od Polesińskiego?

Łukasz Majchrzak: Ta sprawa jest skomplikowana i wciąż ją badam, analizując archiwa m.in. kardynała Hlonda. Wiemy, że 12 grudnia 1938 roku temat Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza był jednym z punktów obrad Konferencji Episkopatu Polski, co świadczy o skali zjawiska. Polesiński był prekursorem aktywności świeckich na długo przed soborem watykańskim II, co u niektórych hierarchów mogło budzić nieufność.

Biskup polowy Józef Gawlina początkowo był ruchem zachwycony, spotykał się z kapitanem i popierał jego sposób formacji. Jednak w 1939 roku z nieznanych nam do tej pory powodów zdystansował się od działalności Polesińskiego. Publicyści często interpretują to jako całkowite odwrócenie się hierarchii, ale to uproszczenie. W prasie tamtego okresu pojawiało się mnóstwo oszczerczych ataków na Polesińskiego – zarzucano mu tajność, sekciarstwo, a nawet ezoterykę.

W odpowiedzi na te ataki w obronie kapitana stanęły dwa wielkie autorytety duchowe tamtych lat: ojciec Jan Rostworowski i ojciec Józef Maria Bocheński. Obaj publicznie oświadczyli, że idee Polesińskiego są w pełni zgodne z nauką Kościoła. Część duchowieństwa popierała działalność Polesińskiego chociażby przez swoją służbę kapłańską, inni przejawiali mniejszy bądź większy dystans czy nawet niechęć. Może po prostu bezkompromisowość Polesińskiego i jego wysokie wymagania moralne były dla wielu zbyt trudne do zaakceptowania?

Bartłomiej Wojnarowski: To prowadzi nas do „kodeksu mocnego człowieka”. Kapitan zostawił po sobie pisma, które tchną niesamowitą dyscypliną i ascezą. Co z tego kodeksu żołnierza-mistyka możemy przenieść do współczesności?

Łukasz Majchrzak: Mógłbym odpowiedzieć: wszystko. To nie jest tylko historyczna ciekawostka, to uniwersalny zbiór zasad kształtowania charakteru…

Bartłomiej Wojnarowski: Wspomniał Pan o kodeksie mocnego człowieka. Kapitan napisał go około 1937 roku, mając zaledwie trzydzieści jeden lat. To, co uderza w tych zapiskach, to niesamowita głębia duchowa, ale też – co może zaskakiwać u żołnierza – ogromna przenikliwość psychologiczna. Co w nim jest inspirujące?

Łukasz Majchrzak: Regulamin Rycerskiego Zakonu Krzyża i Miecza to dokument genialny w swojej kompletności. Polesiński, choć był wojskowym, wykazał się niezwykłym wyczuciem psychologicznym – rozumiał potrzeby różnych sfer życia człowieka. Dziś organizuje się drogie szkolenia z zarządzania czasem, kształtowania opinii czy motywacji, a to wszystko jest już zawarte w tym regulaminie, podane w sposób niezwykle poukładany i przenikliwy.

Regulamin składa się z trzech głównych części, ale kluczowe jest słowo wstępne. Kapitan zaznacza, że te zasady mają wartość tylko wtedy, gdy zaczniesz nimi żyć. „Zacznij to powtarzać codziennie przez kilkanaście dni i zobacz, jak to funkcjonuje” – to czysta praktyka. Fundamentem jest motto: „Kto siebie nie opanuje, ten nic w życiu nie osiągnie – ani dla siebie, ani dla Ojczyzny”. To wezwanie do walki duchowej, o której dziś w Kościele często się zapomina.

Zakon ma też swoje zawołanie, które stosujemy w naszych środowiskach: „Chrystus zwycięża!”, na co odpowiada się: „Zawsze!”. To genialne urealnienie rzeczywistości. Gdy dziś mierzymy się z kryzysami czy katastroficznymi wizjami upadku chrześcijaństwa, to zawołanie przypomina: jeśli jesteś z Chrystusem, jesteś zwycięzcą, choćby świat się walił. Dalej mamy dziesięć wskazań na wzór Dekalogu, które spinają klamrą miłość do Boga i Polski realizowaną przez konkretne czyny. Polesiński nie znosił „przegadania”. Pierwsze przykazanie to: „Miłuj Boga i Polskę czynem”, a ostatnie – „Zdobywaj serca przykładem życia”. Cały regulamin to podręcznik dla „katolika-obywatela” w trzech relacjach: wobec siebie, wobec braci z organizacji i wobec całego otoczenia.

Bartłomiej Wojnarowski: Przejdźmy do tragicznego września 1939 roku. 16 września to data domniemanej śmierci kapitana. Jednak zanim doszło do zestrzelenia, Polesiński zasłynął czymś niesamowitym – przemówieniami, które porywały tysiące ludzi. Jak wyglądały te ostatnie miesiące jego misji?

Łukasz Majchrzak: To, co Polesiński robił w 1939 roku, to był absolutny fenomen. Niektórzy określają go „świeckim Maksymilianem Kolbe” i to bardzo trafne porównanie. Kapitan doskonale rozumiał potęgę mediów. Wydawał pismo „Krzyż i Miecz” oraz „Biuletyn Dozbrojenia Moralnego”, ale to jego audycje radiowe, a zwłaszcza przemówienia wygłaszane po całym kraju były czymś niezwykłym.

W 1938 roku został wyrzucony z Polskiego Radia, ponieważ chciał mówić o Traugucie w sposób zbyt patriotyczny – oficjalny argument brzmiał, że „radia słuchają też Żydzi”, więc taki ton jest niewskazany. Polesiński nie odpuścił i wytoczył Polskiemu Radiu proces. Ale prawdziwe uderzenie nastąpiło tuż przed wojną. Jako pilot latał po całej Polsce – od Gdyni i Bydgoszczy, przez Łódź, Poznań, aż po Wilno i Grodno. Odwiedził co najmniej czterdzieści miejscowości, o których udało się znaleźć wzmianki. W niektórych będąc po dwa, a nawet trzy razy, wygłaszając odczyty, które miały dwa cele: głosić naukę Chrystusa i demaskować niemiecką propagandę.

Skala tego zjawiska była porażająca. W Katowicach na jego wystąpienie nie wystarczyła sala – włączono megafony, a ruch na ulicach stanął, bo tłumy nie mogły się pomieścić. W niektórych miejscowościach na jego przemówieniach gromadziło się po czterdzieści, pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Ostatnie wielkie wystąpienie miało miejsce w Częstochowie 26 sierpnia 1939 roku, w święto Matki Bożej. Po głównej sumie Polesiński przemawiał do około stu tysięcy ludzi. Był wtedy prawdziwym „celebrytą” w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednym z bardziej znaczących Polaków tamtego czasu.

Bartłomiej Wojnarowski: To wyjaśnia, dlaczego Niemcy tak bardzo chcieli go wyeliminować. Czym konkretnie naraził się III Rzeszy?

Łukasz Majchrzak: Polesiński był jednym z najbardziej znienawidzonych przez Niemców Polaków. Wszystko przez broszurę Analiza wartości wojennych żołnierza polskiego i niemieckiego. Dokonał w niej zdemaskowania morale niemieckiego wojska, pisząc wprost, że Niemcy postawili w miejscu Boga „kult rasy”, co musi skończyć się ich klęską. Reakcja była wściekła. Prasa niemiecka w 1939 roku publikowała wiele notatek i artykułów ośmieszających wspomnianą broszurę i Polesińskiego. Niemiecka ambasada domagała się nawet oficjalnego zakazu drukowania tego wydawnictwa w Polsce! Polesiński znajdował się na liście proskrypcyjnej osób przeznaczonych do likwidacji.

To czyni jego śmierć jeszcze bardziej zagadkową. 16 września wyleciał z lotniska mokotowskiego z porucznikiem Ludwikiem Kózką. Samolot zestrzelono, Kózka przeżył i trafił do obozu jenieckiego, ale o losie Polesińskiego nigdy – nawet w prywatnych listach do rodziny – nie wspomniał ani słowem. Ciała nie odnaleziono. Istnieją hipotezy, że przeżył, że trafił do niewoli pod innym nazwiskiem, a nawet że działał w warszawskiej konspiracji. Brak pewności dotyczącej końca jego życia tylko potęguje legendę „rycerza niebios”.

Bartłomiej Wojnarowski: Czy idea Zakonu przetrwała tę wojenną pożogę? Jaki jest ostateczny testament kapitana?

Łukasz Majchrzak: Członkowie Zakonu działali w konspiracji, współpracując m.in. z organizacją „Unia” czy Frontem Odrodzenia Polski, którego współzałożycielką była Zofia Kossak. Niestety, formalna działalność ruchu zakończyła się wraz z upadkiem powstania warszawskiego. Ci, którzy przeżyli, jak Saturnin Jarmulski czy Jan Herbich, zadbali o ocalenie pamięci o Kapitanie. Dzięki ich zapiskom powstała książka Człowiek mocny Bogiem.

Najważniejszą częścią jego testamentu jest motto: „Miłość żąda ofiary”. Słowa te stały się częścią historii polskiego oręża. Jan Hryniewicz, projektując w czasie wojny sztandar Polskich Sił Powietrznych, umieścił to hasło na jego lewej stronie jako bezpośredni hołd dla Polesińskiego. Na tym samym sztandarze widnieje też wizerunek św. Teresy z Lisieux – jednej z głównych inspiracji duchowych kapitana. Symbole te przetrwały także w architekturze – można je zobaczyć w płaskorzeźbie drzwi wejściowych do katedry polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Chciałbym jeszcze dodać, że kiedy ruch założony przez Polesińskiego został zakazany w wojsku, to rozpoczął swoją apostolską działalność przede wszystkim wśród młodzieży. Miał w świadomości podstawową prawdę, że kształtowanie młodych elit jest kluczem do przetrwania narodu.

Bartłomiej Wojnarowski: Panie Łukaszu, wielkie dzięki za tę fascynującą rozmowę. To była niesamowita lekcja historii i duchowości. Szczęść Boże.

Łukasz Majchrzak: Szczęść Boże.

Zdjęcia z rodzinnego archiwum rodziny Polesińskich, autorzy nieznani.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Redaktor Naczelny miesięcznika Adeste. Z wykształcenia politolog specjalizujący się w cyberbezpieczeństwie, z zawodu dziennikarz. Prywatnie melancholik lubiący dobrą muzykę, kubek ciepłej herbaty i spotkania z przyjaciółmi.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.