Wakacje mają tę zaletę, że wreszcie można nadrobić zaległe lektury. W moim przypadku oznacza to również powrót do wcześniejszych numerów „Adeste”, miesięcznika, który bardzo lubię i z którym od czasu do czasu mam przyjemność współpracować również jako autorka. Kilka dni temu przeczytałam artykuł Marcelego Hejwowskiego, który przywołuje fragment książki Duch liturgii Josepha Ratzingera poświęcony aktywnemu uczestnictwu w liturgii. To właśnie ten tekst stał się bezpośrednią inspiracją do napisania niniejszego felietonu. Nie zamierzam jednak rozwijać myśli autora artykułu. Chciałabym jedynie podjąć ten sam cytat i spojrzeć na niego z perspektywy muzyka kościelnego.
Joseph Ratzinger w Duchu liturgii pisał:
„Niestety owo pojęcie czynnego udziału szybko zaczęło być rozumiane niewłaściwie, w jego czysto zewnętrznym sensie, i sprowadzone do konieczności jakiegoś powszechnego działania, jak gdyby w czasie sprawowania liturgii możliwie wielu możliwie często musiało w sposób widoczny dla wszystkich wykazywać aktywność” (Benedykt XVI, 2019, s. 153). „To działanie Boga, które dokonuje się poprzez ludzkie słowa, jest właściwą »akcją«, na którą czekało całe stworzenie” (tamże, s. 154). „Wyjątkowość liturgii chrześcijańskiej polega właśnie na tym, że to sam Bóg działa, a my w to Boże działanie jesteśmy włączeni. Wszystko inne staje się wobec tego drugorzędne”.
Od chwili, gdy przeczytałam te słowa, nie daje mi spokoju myśl, że problem muzyki liturgicznej nie jest wcale problemem muzyki. Chorał gregoriański, łacina, organy, współczesne pieśni czy gitary są jedynie zewnętrznymi przejawami znacznie głębszego zjawiska. Coraz częściej odnoszę bowiem wrażenie, że nie spieramy się o repertuar. Spieramy się o to, czym właściwie jest liturgia i kto jest jej pierwszym podmiotem.
Aktywność czy uczestnictwo?
Kiedy rozmawiam o muzyce liturgicznej, bardzo często słyszę podobne argumenty. „Ludzie tego nie znają”. „Ludzie tego nie czują”. „Ludzie nie potrafią tego zaśpiewać”. „Ludzie nie chcą łaciny”. Od pewnego czasu wszystkie te wypowiedzi budzą we mnie jedno i to samo pytanie: Kto miał ich tego nauczyć? Nie pytam z przekory. Pytam całkiem serio. Jeżeli przez kilkadziesiąt lat wierni nie usłyszeli, dlaczego Kościół zachował język łaciński jako własny język liturgii rzymskiej, jeżeli nikt nie wyjaśnił im, dlaczego Sobór Watykański II tak wyraźnie wypowiedział się o chorale gregoriańskim, to dlaczego dzisiaj się dziwimy, że traktują te kwestie jako ciekawostkę albo hobby garstki pasjonatów?
W tym samym kontekście coraz częściej słyszę pytanie: „A ludzie dadzą radę zaśpiewać gregoriańskie Kyrie?”. Za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć: „Nie wiem”. A czy muszą? Nie jest to złośliwość ani próba deprecjonowania aktywnego uczestnictwa wiernych. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że aktywne uczestnictwo zbyt często sprowadziliśmy do wykonywania określonych czynności. Tymczasem Ratzinger przypomina, że pierwszym działającym w liturgii nie jest człowiek, lecz sam Bóg. To od tej prawdy należałoby chyba rozpocząć każdą rozmowę o muzyce liturgicznej.
Kilka lat temu podczas jednego ze spotkań usłyszałam zdanie: „Musimy na nowo odczytać Sobór Watykański II”. Trudno się z tym nie zgodzić. Dzisiaj nie jest to przecież szczególnie trudne. Dokumenty soborowe są powszechnie dostępne, a ich odnalezienie zajmuje zaledwie kilka minut. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy rzeczywiście je przeczytamy. Bo co zrobić z takimi zapisami jak poniższe?
„Przy zachowaniu przepisów szczegółowych należy zachować używanie języka łacińskiego w obrządkach łacińskich” (Sacrosanctum Concilium, 36).
„Należy także zatroszczyć się o to, aby wierni mogli wspólnie odmawiać lub śpiewać po łacinie te części stałe mszy świętej, które do nich należą” (Sacrosanctum Concilium, 54).
„Kościół uznaje śpiew gregoriański za własny śpiew liturgii rzymskiej; dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce” (Sacrosanctum Concilium, 116).
Nie przywołuję tych fragmentów po to, aby kogokolwiek przekonywać do łaciny. Przywołuję je dlatego, że istnieją. Jeżeli wierni ich nie znają, nie rozumieją ich znaczenia i nigdy nie spotkali się z ich realizacją, to pierwszym pytaniem nie powinno być: „Czy są na to gotowi?”. Pierwszym pytaniem powinno być raczej: „Kto miał im to uświadomić?”, albo: ”Kto miał pokazać, że nie chodzi o liturgiczne hobby, lecz o wizję liturgii przedstawioną przez sam Sobór?”.
W tym miejscu wracają do mnie słowa ks. Michała Hellera, który w jednej z rozmów, umieszczonej w książce wywiadzie Wierzę, żeby rozumieć, powiedział: „Tyle że homilię księża rozumieją w ten sposób, że własnymi słowami opowiadają to, co przed chwilą przeczytali. To jest do niczego. Przed Soborem były kazania katechetyczne i przynajmniej ludzie wiedzieli coś niecoś na temat tego, czego uczy Kościół”. Kilka zdań dalej dodaje: „To właśnie, że w tej pierwszej części uczyło się katechizmu. Akcent padał na uczenie. […] Dziś homilie stały się »zachętami«. Albo straszeniem. A wtedy się uczyli” (Heller M., 2016, s. 336-337).
Nie twierdzę oczywiście, że każda homilia powinna zamienić się w wykład. Chodzi mi jedynie o coś znacznie prostszego. Jeżeli przez dziesięciolecia mówimy o potrzebie aktywnego uczestnictwa, a jednocześnie nie tłumaczymy wiernym, czym jest liturgia, jaki jest sens jej znaków, języka i muzyki, to trudno później się dziwić, że oceniają ją wyłącznie przez pryzmat własnych upodobań. Bardzo możliwe, że kiedy ktoś mówi: „Nie czuję takiej mszy”, mówi po prostu prawdę. Tylko czy ktokolwiek dał mu szansę zrozumieć, dlaczego Kościół modli się właśnie w taki sposób?
Język liturgii
Na zakończenie proponuję prosty eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie kapłana, który rozpoczyna mszę świętą i śpiewa „Pan z wami” w manierze zaczerpniętej z muzyki popowej. Przeciąga samogłoski, dodaje charakterystyczne ozdobniki, wykonuje dialogi mszalne tak, jak śpiewa się współczesne ballady. Albo podczas prefacji akompaniuje mu gitara, a całość bardziej przypomina koncert niż modlitwę Kościoła. Podejrzewam, że większość z nas natychmiast wyczułaby pewien dysonans. Nie dlatego, że byłoby to źle wykonane. Intuicyjnie wiemy przecież, że liturgia posiada własny język.
Dlaczego więc tę samą intuicję tak łatwo gubimy, gdy dochodzimy do śpiewów liturgicznych? Dlaczego właśnie tutaj zgadzamy się na to, aby każdy styl muzyczny stawał się równorzędnym językiem liturgii? Przecież śpiew na wejście, Kyrie, Sanctus czy Agnus Dei nie są muzycznymi przerywnikami pomiędzy kolejnymi częściami mszy świętej. Nie mają nas rozruszać, zaciekawić ani wzruszyć. Są integralną częścią liturgii. Jako muzyk kościelny nie potrafię zakończyć tego felietonu inaczej. Marzy mi się muzyka liturgiczna daleka od muzycznych fast foodów. Taka, która nie będzie próbowała za wszelką cenę przypodobać się człowiekowi, lecz pomoże mu wejść głębiej w tajemnicę liturgii. Bo być może nie potrzebujemy dziś przede wszystkim więcej muzyki podczas mszy świętej. Być może potrzebujemy więcej liturgii w muzyce.
