Sięgnąłem ostatnio po Ducha liturgii Benedykta XVI. Czy ta książka jest dalej aktualna?
Kupiłem tę książkę u schyłku pamiętnego roku 2020. Wciąż mam w niej paragon. Zamówiłem wtedy cały pakiet książek – głównie o arcybiskupie Marcelu Lefebvrze, zaczynałem bowiem pracę nad biograficznym tekstem o nim. Ducha liturgii dołączyłem do zamówienia, by uzyskać rabat. Odłożyłem na półkę i nigdy nie przeczytałem.
Samo spojrzenie na wydanie (AA, 2019) przywołuje na myśl, jak bardzo inne były to czasy. Na okładce papież Benedykt XVI z trybularzem, ubrany w stary ornat skrzypcowy. Na końcu, zamiast posłowia, tekst Summorum pontificum. Motu proprio papieża, który dał wolność i impuls do rozwoju tradycyjnym duszpasterstwom niezwiązanym z Bractwem św. Piusa X. Sam pontyfikat, przedwcześnie przerwany, był odbierany jako czas naprawy i powrotu do tradycji.
Aktywne uczestnictwo?
Można w Duchu liturgii znaleźć wiele cytatów, które wyrwane z kontekstu mogą służyć jako obrona „starej” mszy świętej. Wielokrotnie pojawiają się fragmenty o aktywnym uczestnictwie:
„Niestety owo pojęcie czynnego udziału szybko zaczęło być rozumiane niewłaściwie, w jego czysto zewnętrznym sensie, i sprowadzone do konieczności jakiegoś powszechnego działania, jak gdyby w czasie sprawowania liturgii możliwie wielu możliwie często musiało w sposób widoczny dla wszystkich wykazywać aktywność” (Benedykt XVI, 2019, s. 153). „To działanie Boga, które dokonuje się poprzez ludzkie słowa, jest właściwą »akcją«, na którą czekało całe stworzenie” (tamże, s. 154). „Wyjątkowość liturgii chrześcijańskiej polega właśnie na tym, że to sam Bóg działa, a my w to Boże działanie jesteśmy włączeni. Wszystko inne staje się wobec tego drugorzędne”.
Te słowa zadają kłam twierdzeniom tych liturgistów, według których aktywne uczestnictwo pojawiło się dopiero po soborze watykańskim II. Jeśli wniknięcie w tajemnice liturgii jest aktywnym uczestnictwem, to jest to wierutna bzdura. Najpopularniejszy podręcznik ascetyczny od czasów devotio moderna w średniowieczu, O naśladowaniu Chrystusa, jedną część (na cztery) poświęca w całości przygotowaniu do mszy świętej i aktywnego uczestnictwa w niej.
W którą stronę?
Podobnie jest z obaleniem argumentu, iż versus populum jest bardziej adekwatne, bo starożytna msza święta wywodzi się z uczty:
„W czasach wczesnego chrześcijaństwa przewodzący uczcie nigdy nie zajmował miejsca naprzeciw innych uczestników. Wszyscy siedzieli lub leżeli po wypukłej stronie stołu w kształcie sigmy lub podkowy” – pisze Ratzinger, cytując Louisa Boyera (tamże, str. 72). Widzimy to przecież w słynnym obrazie Ostatnia wieczerza Leonarda da Vinci. Chrystus i apostołowie nie siedzą na nim wokół stołu, ale przy nim.
Mamy wreszcie pamiętny cytat o liturgii jako roślinie rozwijającej się organicznie; liturgii, której nie można sfabrykować: „Liturgia nie jest zatem porównywalna z urządzeniem technicznym, które można zrobić; można ją natomiast przyrównać do rośliny, czyli organizmu, który rośnie i którego prawa wzrostu określają możliwości dalszego rozwoju”.
Te rozważania też można wpisać w internetową wojenkę między zwolennikami „nowej” i „starej” mszy świętej. W dużej mierze bowiem mszał Pawła VI powstawał w pośpiechu, pisany w watykańskich biurach, omawiany i poprawiany w rzymskich kawiarniach.
Konieczność reformy?
Jednakże w kontekście całej książki – jak również całej działalności Benedykta XVI – widzimy, że nie wynosi on pod niebiosa „starej” mszy świętej ani nie deprecjonuje „nowej”. On po prostu widzi konieczność reformy i powrotu do starych, sprawdzonych metod, do posłuszeństwa normom liturgicznym. Do zwrócenia się ku Wschodowi – jeśli nie dosłownego ad orientem, to ukrycia kapłana w przepięknych szatach, za ołtarzem, który zdobią prawdziwe świece, z krucyfiksem na nim – spowitego w dymie kadzidła i otoczonego piękną i nabożną muzyką. Widział też, poza powrotem do norm, konieczność pewnych zmian w samej mszy świętej. Między innymi mówił o potrzebie reformy lekcjonarza wielkopostnego – wskazywał, że ten „stary” dobór czytań jest po prostu lepszy, bardziej trafny i spójny.
To nie jest tak, jak to sobie wyobraża wielu katolików, że był Jan Paweł II – centrysta, potem konserwatywny i tradycyjny Benedykt XVI, a następnie Franciszek – filuterny progresista. Wszyscy ci papieże reprezentowali bardzo zbliżoną linię i posiadali podobne poglądy – zróżnicowane głównie ze względu na różne doświadczenia życiowe i skrajnie różne kraje pochodzenia.
Synteza
Benedykt XVI nie był zagorzałym konserwatystą, jednak z całą pewnością nie był też tym, kogo nazwalibyśmy tradycjonalistą w naszym współczesnym dyskursie. Jako teolog Ratzinger zaczynał z pozycji progresywnych. Na skutek doświadczeń posoborowych zmienił postawę na bardziej zachowawczą i umiarkowaną. Ostatecznie trzeba powiedzieć, że był papieżem syntezy. Niemiecki papież głęboko wierzył w to, że wszystko da się połączyć.
Stąd niejako „uwolnił” tradycyjną mszę świętą i pozwolił tradycjonalistom się rozwijać, ufając, że przyczynią się do odbudowy Kościoła. Warto zauważyć, że nazwał „nową” liturgię zwyczajną, a „starą” – nadzwyczajną formą rytu rzymskiego. Dla niego te dość różniące się od siebie mszały były wyrazem tego samego rytu. Pewnie gdyby żył, podpisałby się pod pomysłem opata klasztoru benedyktynów z Solesmes, aby umieścić obie formy w jednym mszale.
Łagodny papież w brutalnych czasach
Dlatego Benedykt XVI podjął decyzję o formalnym zdjęciu ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa. Nie podjął się jednak napisania na nowo mszału rzymskiego. Nie poczynił żadnych znaczących reform kalendarza liturgicznego. W dziedzinie naprawy lex orandi działał głównie na zasadzie soft power, poprzez katechezy, kazania, przemówienia czy zawierając tę tematykę w dokumentach papieskich (choć oczywiście warto dodać, że to decyzją papieża Benedykta XVI uczestnicy „nowej” liturgii mogą przeżywać bardziej rozbudowaną liturgię Zesłania Ducha Świętego – jest to drobna, ale bardzo ważna zmiana w kontekście całego roku liturgicznego; w końcu Zesłanie to druga najważniejsza uroczystość w katolicyzmie). Pracował też nad tym własnym przykładem. Celebracje papieskie za czasów papieża z Bawarii lśniły blaskiem.
Wszystko to wydaje się bardzo naiwne w obecnych czasach. Piszę te słowa w oktawie Zesłania Ducha Świętego, ale już teraz słyszę zwiastun tego wielkiego wrzasku, jaki pewnie usłyszycie, kiedy ten tekst się ukaże. Wzajemne oskarżanie się o schizmę, o herezję, o nieposłuszeństwo papieżowi, o nieposłuszeństwo Bogu, o cynizm, o legalizm, o brak miłosierdzia…
Co robić?
W tej sytuacji aktualne są słowa wypowiedziane przez papieża Benedykta XVI w Archikatedrze św. Jana w Warszawie 25 maja 2006 roku: „Nie ulegajmy pokusie pośpiechu, a czas oddany Chrystusowi w cichej, osobistej modlitwie niech nie wydaje się czasem straconym. To właśnie wtedy rodzą się najwspanialsze owoce duszpasterskiej posługi. Nie trzeba się zrażać tym, że modlitwa wymaga wysiłku, że podczas niej zdaje się, że Jezus milczy. On milczy, ale działa. Odnośnie do tego chciałbym wspomnieć przeżycie z ubiegłego roku w Kolonii. Byłem wówczas świadkiem głębokiego, niezapomnianego milczenia miliona młodych ludzi, w momencie adoracji Najświętszego Sakramentu! To modlitewne milczenie nas zjednoczyło, podniosło na duchu. Świat, w którym jest tak wiele hałasu, tak wiele zagubienia, potrzebuje milczącej adoracji Jezusa, ukrytego w hostii. Trwajcie w modlitwie adoracji i uczcie wiernych tej modlitwy. W niej znajdą pocieszenie i światło przede wszystkim ludzie strapieni” („Świat, w którym jest tak wiele hałasu, potrzebuje milczącej adoracji Jezusa”. Benedykt XVI do polskich kapłanów [w:] afirmacja.info).
Wszystko wciąż da się połączyć albo naprawić. Albo raczej: Chrystus jest w stanie to uczynić. Ale dokona się to na cichej adoracji i w liturgii czystej, trzeźwej, wolnej od wpływów świata – nie na platformie X (dawniej Twitter) czy innym medium społecznościowym.
No to do roboty, proszę Państwa.
