adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Symbole – potrzeba czy przeżytek?

magazine cover

unsplash.com

Kiedyś, w czasach studenckich, gdy byłem jeszcze człowiekiem młodym i… tylko młodym, na zajęciach o wdzięcznej nazwie poetyka intersemiotyczna omawialiśmy zagadnienie alegorii, symboli i metafor. Zachodzące między nimi podobieństwa i różnice. 

Im bardziej ja, student pierwszego roku, zagłębiałem się w temat, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak bogaty jest nasz świat, jeśli chodzi o wszystkie niedosłowności i nie w pełni określone przestrzenie. Kilka lat później, gdy bardziej świadomie zacząłem przyglądać się dziełom sztuki średniowiecznej, zwłaszcza sakralnej, zachwyciłem się nie tyle jej formą, co tym, jak mogła oddziaływać na ludzi przez swe bogactwo symboliczne.

Tęcza tęczy nierówna

W ostatnich miesiącach na naszym polskim podwórku grupa aktywistów związana z ruchem Stop bzdurom zaczęła rozwieszać tęczowe flagi na warszawskich pomnikach. Również na tym z Krakowskiego Przedmieścia: Jezusie niosącym krzyż. Jednocześnie od kilku lat w całym kraju zdarzają się happeningi, w których obrazy religijne lub inne elementy związane z katolicyzmem przyprawia się „dekoracjami” z paskami w sześciu różnych kolorach. Co ciekawe, równolegle pojawiają się argumenty, że tęcza nie obraża, bo to uniwersalny znak, który opisywany jest także w Piśmie Świętym i od wieków pojawiał się u malarzy przedstawiających sceny biblijne. Proste? No właśnie nie…

Parafrazując klasyka, chciałoby się powiedzieć, że symbol, jaki jest, każdy widzi. Sęk w tym, że nie do końca. Sama poprawna, pełna definicja tego pojęcia to materiał na obszerny fragment w podręczniku kulturoznawcy. Jednak, ryzykując uproszczenie, symbol to znak, który coś wyraża. Tym samym musi składać się ze sfery wizualnej oraz treści, którą, nomen omen… symbolizuje. Co ciekawe, w zależności od kontekstu ten sam znak może zawierać zupełnie inną zawartość znaczeniową.

Z tego powodu tęcza na obrazach Memlinga nie oznacza tego samego, co tęcza noszona w marszach zwolenników swobody seksualnej. To całkowicie różne znaczeniowo symbole. Starotestamentalny łuk położony na obłoki miał być symbolem przymierza między Bogiem a całą ziemią. Obietnicą, że potop, mający zniszczyć zło, nigdy nie zostanie powtórzony. Tymczasem stworzona przez Gilberta Bakera tęcza o ośmiu, a obecnie sześciu kolorach powstała jako jeden z symboli ruchów zrzeszających osoby homoseksualne. A dobór barw nie miał odzwierciedlać faktycznych kolorów światła rozpraszającego się w kroplach wody, lecz odnosić się do kwestii takich jak seksualność, duchowość lub sztuka.
Podobnie jest z innym symbolem, współcześnie bardzo kontrowersyjnym, a obecnym od wieków w różnych kulturach. Ze swastyką. Czym innym są krzyże o zagiętych ramionach umieszczone na ceramice kultur starogermańskich lub buddyjskich naczyniach, a czym innym te namalowane na flagach wywieszanych przez nazistowskich Niemców. Z tego powodu opinie wyśmiewające katolików, którym przeszkadza tęczowa flaga na Krakowskim Przedmieściu, a nie przeszkadza tęcza na obrazie Sąd Ostateczny, nie mogą być traktowane jako argument.

Człowiek myślący człowiekiem symbolicznym?

Cały ten spór pokazał jednak pewną bardzo ważną rzecz. Współcześnie, pomimo wielu przesłanek sugerujących, że jest inaczej, ludzie wciąż przywiązują wagę do symboli. Zapewne po części intuicyjnie, nie w pełni świadomie, ale jednak.

Niemiecki filozof Ernst Cassirer posunął się nawet do twierdzenia, że całe nasze poznanie opiera się na symbolicznym przyswajaniu pojęć przez umysł. Czy tak jest w istocie? To zagadnienie pozostawmy do dyskusji filozofom. Niemniej, trudno zaprzeczyć, że symbole są istotnym, a może nawet nieodzownym elementem naszego życia. I widać to w różnych miejscach i momentach, zwłaszcza wtedy, gdy nie umiemy inaczej wyrazić pewnych treści.

Przykłady? Flaga narodowa, której barwy nie są przypadkowe i mają swoje precyzyjnie określone znaczenie. Podobnie jest z innymi, pozornie mniej wyrazistymi znakami. Na przykład z obrączkami małżeńskimi. Wbrew istniejącym od dawien dawna żartom o traktowaniu mężczyzn przez żony niczym ptaki przez ornitologów wymowa tego złotego pierścienia na palcu jest jasna. Noszę go, bo mam żonę/męża. Noszę go, bo ślubowałem pewnej kobiecie miłość i wierność. Ten okrągły kawałek kruszcu to znak, którym wyrażam swoje uczucia i przypominam sobie i innym o złożonym przyrzeczeniu.

Zobacz też:   Patron na dzisiejsze czasy

Przeżegnaj się, uklęknij, powstań!

Wszystkie formy liturgiczne w Kościele od wieków zwracają uwagę na warstwę symboliczną. Ba! O tym, jak ważne są symbole i gesty, Biblia mówi praktycznie cały czas, od Księgi Rodzaju zaczynając, na Apokalipsie kończąc. Wiara i kult Boga zawsze były pełne symbolicznych znaczeń: Arka Przymierza, baranek ofiarny, miedziany wąż to tylko nieliczne przykłady.

Sztywne ramy liturgii, które niejako narzucają celebransom i wiernym konkretne zachowania, a budynkom kościołów odpowiednie wymagania, nie są bynajmniej pustym aktem. Tutaj cel został jasno określony. Sobór Trydencki ujął to tak: „Ponieważ taka jest natura ludzka, że bez zewnętrznych pomocy niełatwo wznosi się do rozważania rzeczy Bożych, przeto święta Matka Kościół ustanowił pewne przepisy w odprawianiu: np. aby przy mszy świętej pewne zdania mówione były po cichu, a inne głośniej. Zastosował też różne obrzędy, jak święte błogosławieństwa, światła, okadzania, używanie szat i inne liczne tego rodzaju rzeczy, oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich. Dzięki temu ma być podkreślony majestat tak wielkiej ofiary, a dusze wiernych przez te widzialne znaki religii i pobożności pobudzone do kontemplacji wzniosłych rzeczywistości zawartych w tej ofierze” (sesja XXII, Nauka i kanony o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, r. 5).

Z tego powodu do dziś kapłani zakładają odpowiednie szaty liturgiczne, gdy odprawiają msze. Dlatego nadal zwraca się uwagę na kolor ornatu, przyklęknięcia, liczbę świec czy skłony głowy. Bo nie są one gestem dla samego gestu, lecz (powtórzę się po raz kolejny) mają na celu w sposób widoczny wyrazić jakiś konkret. Alba to czystość kapłana. Przyklęknięcie – szacunek. Fiolet – żałoba. Sęk w tym, że momentami zbyt często przechodzimy nad tą przestrzenią do porządku dziennego albo ignorujemy ją całkowicie. Przykład? Ile osób czyni znak krzyża w sposób niechlujny, przypominający raczej wachlowanie się po szyi? Ile osób nie rozumie, po co w kościołach woda święcona i aspersja?

Problem dotyczy również przybierającego na sile sporu o sposób udzielania komunii świętej. Nie kwestionując legalności obu form, nie da się nie zauważyć, że większość argumentów za tradycyjnym sposobem komunikowania jest teocentryczna, między innymi właśnie ze względu na jego symbolikę: zakładającą uniżenie się człowieka wobec Boga bądź oddanie mu czci. Z kolei wypowiedzi sprzyjające udzielaniu komunii świętej na rękę skupiają się głównie na relacji między Stwórcą a stworzeniem, ale z perspektywy odczuć człowieka: m.in. tzw. poczucia bliskości. Zatem symboliczna wymowa obu form jest jednak inna.

Ocalić od zapomnienia

Należy od razu podkreślić pewną oczywistość: każda postawa, każde zachowanie może być jedynie pustym gestem. Pustym, to znaczy wykonywanym mechanicznie, bez zrozumienia i pozbawionym treści. Jednocześnie warto też zwrócić uwagę osobom, które w tym momencie rozpędzają się z krytyką jakichkolwiek zewnętrznych oznak religijności, że brak gestu również jest znakiem. I to czasem nawet bardziej wymownym.

Sprawa niezrozumiałych symboli we współczesnym Kościele nie powinna polegać na ich stopniowej eliminacji, ale na przywracaniu im właściwej treści. Jeżeli przestajemy rozumieć ich znaczenie lub zmieniamy je w pozbawione znaczenia znaki, to jedynym rozwiązaniem jest powrót do elementarnej edukacji. To, że uczeń nie pojmuje trygonometrii, nie oznacza, że należy ją usunąć z podstawy programowej nauczania. To znaczy tyle, że trzeba mu ją odpowiednio wytłumaczyć.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.