Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Świętość, wartość, sens

magazine cover

pixabay.com

Każde ludzkie życie jest święte. Każde ma wartość i sens. Te trzy jego cechy mogą sprawiać wrażenie podobnych, ale w rzeczywistości są skrajnie różne.

Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, a przynajmniej milczą na ten temat karty historii, aby kogoś udało się powstrzymać przed samobójstwem, przekonując, że jego życie jest święte. Prawienie wisielcowi kazań o przyrodzonej godności osoby ludzkiej z dygresjami o stworzeniu na obraz i podobieństwo Boże zakrawałoby o groteskę. Jest tak dlatego, że świętość życia, zwana też godnością, to dla zwykłego śmiertelnika czysta abstrakcja. Nie możemy jej bezpośrednio odczuć ani namacalnie przekonać się o jej istnieniu. Być może właśnie dlatego w dyskusji o aborcji i eutanazji przesuwa się ją na coraz to dalszy plan. Należne jej, centralne miejsce, zaczynają zajmować kategorie wartości i sensu.

Materialistyczne wartościowanie

W teorii jednak nikt otwarcie nie wycenia życia ludzkiego, oficjalnie nie patrzy się przecież na nie przez pryzmat wartości. Jakie to by było materialistyczne! – niemal obrzydliwe. Poza tym również od strony technicznej przy takiej utylitarystycznej licytacji pojawiłyby się pewne kłopoty. Przede wszystkim trudno byłoby wybrać jednoznaczną miarę, określającą, który człowiek faktycznie jest lepszy. Czy wyżej w hierarchii stałby sprawny robotnik fabryki, czy może kochająca matka? Można powiedzieć: to z nich, które jest bardziej „użyteczne społecznie”, dzięki któremu ogół zyskuje więcej. Ale to tylko odsunięcie naszego problemu na dalszy plan. Bo czego bardziej potrzebuje społeczeństwo? Przyrostu naturalnego, rozwoju cywilizacji czy może wzrostu cnót? Dyskusja ta w filozofii wcale nie jest nowa. Na podobny problem napotykali wszyscy utylitaryści, od J. Benthama i J. S. Milla począwszy. Odpowiedź jest jednak prosta i raczej zdroworozsądkowa. Patrząc materialistycznie, nie jesteśmy w stanie ustalić jedynego słusznego wzorca człowieka, do którego każdy Kowalski powinien się upodobnić.

Stąd, jeżeli nawet można czasem powiedzieć, że pewien człowiek jest bardziej wartościowy od innych, to mówi się wtedy o jego wartości pod pewnym względem. Nie w żadnym wydumanym ogóle. To niby jasne. Jednak pada czasem stwierdzenie, że czyjeś życie może być niewarte przeżycia. Że ktoś ma tak źle, że lepiej dla niego byłoby jak najszybciej zejść z tego świata. Czy aby to zasadne? Pomyślmy – skąd mogą brać się takie opinie? Zdaje się, że opierają się one na przekonaniu, że sens nadają egzystencji czyny. A to dlatego, że w czynie urzeczywistnia się wartości. Jakby nie patrzeć, jedyna sensowna rzecz, jaką możemy robić z dobrem, to właśnie je „czynić”. Nawet w Biblii czytamy przecież, że wiara bez uczynków jest martwa. Wartość całego życia byłaby więc, wedle opinii niektórych, saldem tego, co zdążyliśmy „wypracować”.

Daję bliźniemu coś od siebie i coś od niego otrzymuję. To droga do czynienia dobra. Podkreśla ona społeczny, międzyludzki charakter naszego istnienia i zasadniczo jest zupełnie pozytywna. Żyję – a poczuć to mogę, poświęcając się drugiemu człowiekowi, częstując go sernikiem albo po prostu wykonując moje codzienne obowiązki. Mogę to poczuć również doświadczając – czy to wartości estetycznych, czy duchowych, czy wreszcie zupełnie materialnych (jak sernik). Jeśli zabrakłoby drugiego (jakiegoś „ty”), ta wymiana przestałaby być możliwa. Życie stałoby się dużo uboższe, jeśli nie w ogóle pozbawione sensu. Coś podobnego odczuwał pewnie Robinson na bezludnej wyspie i z tego właśnie powodu pragnął własnej śmierci. Jednak bariera może być zupełnie inna niż przestrzeń oceanu…

Dodatkowa kategoria

Weźmy na przykład życie osoby głuchoniewidomej – przypadek nieco częstszy niż statystyczne szanse na zostanie samotnym rozbitkiem. Osoba ta nie może na pozór niczego doświadczyć ani tym bardziej niczego od siebie dać. Niektórym wydaje się, że to wystarczająca podstawa do dokonania eutanazji. Czy jednak rzeczywiście stan takiego „odcięcia” oznacza zupełne ustanie wymiany wartości? Na poziomie zmysłów pewnie tak (choć istnieją również sposoby komunikacji z osobami głuchoniewidomymi, a część z nich zdobywa nawet wykształcenie). Doświadczenie duchowe może być jednak równie bogate, jeśli nie bogatsze od zmysłowego. Poza tym znane są przecież świadectwa i opowieści, jak opieka nad niepełnosprawnym przemieniła na lepsze życie całej rodziny. Czy więc nie jest to pewnego rodzaju nieświadome dobro czynione przez tego człowieka? Zresztą podział na wartości przez nas dawane i przyjmowane nie jest pełny. Istnieje jeszcze trzecia, często pomijana grupa. Są to wartości postawy.

Życie, czasem zupełnie niespodziewanie, stawia bowiem przed nami różne wyzwania. Rolą naszą jest się z nimi zmierzyć. Zachować się w danej sytuacji jak najwłaściwiej – cokolwiek by to w praktyce miało oznaczać. Właściwie dopóki człowiek pozostaje świadomy, dotąd ma również możliwość urzeczywistniania wartości postawy. Nikt ani nic nie jest mu w stanie odebrać tej możliwości. Także nasz przykładowy głuchoniewidomy ma taką szansę. Przyjmując swoją chorobę, starając się kochać swoje życie i próbując przybrać wobec niego jak najdoskonalszą postawę, czyni przecież jakieś dobro. Możemy powiedzieć nawet więcej – dzięki swojej niesprawności realizuje je w sposób o wiele bardziej heroiczny od przeciętnego człowieka. Uwzględniając tę trzecią kategorię, dochodzimy do zupełnie niespodziewanych wniosków – im życie trudniejsze, tym bardziej wartościowe!

Wartość a sens

Trzeba jednak przyznać, że w toku naszego wywodu doszło do pewnego podstawienia pojęć. Autor z pełną świadomością i perfidią zastąpił niepostrzeżenie pojęcie wartości poczuciem sensu. Z początku mówiliśmy przecież, że wartość życia można próbować mierzyć użytecznością człowieka – na przykład dla społeczeństwa. Tutaj jako wartościowe zaczęliśmy pojmować to, co nadaje życiu sens. Po części słusznie, bo jest on kategorią prywatną, indywidualną. To znaczy, że człowiek nie ma już odwzorowywać jak najdokładniej pewnego ideału. Ma robić po prostu to, co daje mu szczęście, a wówczas jego życie będzie w pełni wartościowe. To z pewnością mniej bulwersujące niż materialistyczne licytacje. Naturalnie jednak nie będzie to już wartość w poprzednim znaczeniu. Nie jesteśmy bowiem w stanie oszacować, jak wiele sensu ma cudze życie.

Nie wydaje się zresztą, by szacunki takie były do czegokolwiek potrzebne – zwykle skupiamy się wyłącznie na własnym poczuciu sensu. Nie ma w tym zresztą nic z nagannego egoizmu, gdyż nikt nie może odnaleźć sensu za innego człowieka. Jeżeli natomiast mowa o własnym sensie, istnieje kilka taktyk jego poszukiwania. Dwie skrajne nazwiemy odpowiednio taktyką liniową i centralną. Osoba działająca wedle pierwszej z nich planuje swoje życie w następujący sposób: najpierw musi skończyć dobre studia, potem znaleźć jak najlepiej płatną pracę, następnie wybranka swojego życia, z którym będzie chciała założyć rodzinę. A to i tak nie jest najbardziej skrajny przykład – wielu ludzi stawia sobie za cel ukończenie tej, a nie innej uczelni, a pracować chcą w określonej firmie. Radykalnie zawężają więc sobie pole manewru.

Na co dzień taka strategia może funkcjonować całkiem nieźle. Jednak zdarza się, że jedno z ogniw tego łańcucha pęka – narzeczona na przykład ucieka z innym do Stanów. I bieda. Ludzie patrzący na życie liniowo, jako na ciąg zadań do wykonania, częściej ulegają wtedy trudnym emocjom i stają na progu załamania. Nie mają pomysłu, co robić ze sobą dalej. Dlatego też dojrzalsze wydaje się realizowanie siebie poprzez jakąś ideę. Owszem, znowu możemy sobie wyobrazić jakiś pesymistyczny scenariusz – chociażby, jak zapalony budowniczy socjalizmu na starość zmienia radykalnie swoje poglądy. Dotychczasowe życie łatwo może mu się wydać zmarnowanym. Metodą zapobiegającą takim przykrym rozczarowaniom (choć oczywiście również nie w stu procentach skuteczną) jest koncentracja wokół jednej, możliwie najogólniejszej idei. To właśnie taktyka określona przez nas mianem centralnej. Idealnym celem życia wydają się zatem idee takie jak Bóg, służba ludzkości albo też niesienie pomocy potrzebującym. Badania pokazują, że to właśnie ludzie, którzy swoje życie podporządkowali jednej pozytywnej wartości, najrzadziej doświadczają załamań.

Kto ma kłopoty z sensem?

Dochodzimy zatem do pewnego koła: szukamy celu i sensu życia, aby było ono wartościowe oraz szukamy tego, co prawdziwie wartościowe, aby nasze życie miało sens. Nie jest to jednak koło błędne. Byłoby takie, gdybyśmy za to, co „prawdziwie wartościowe”, uważali sam sens. Niektórzy ludzie faktycznie popełniają ten błąd i dziwią się potem, że nie potrafią osiągnąć szczęścia. Tymczasem w rzeczywistości gonią jedynie w kółko za swoim własnym ogonem. Odnajdywanie sensu zawsze dokonuje się pośrednio, poprzez szukanie celów, w których warto się spełniać. Paradoksalnie najtrudniej jest nam znaleźć go wówczas, gdy gonimy tylko za nim samym. Do szczęścia potrzeba więc nam jakiejś idei, którą będziemy w stanie postawić ponad własny sens i wszystko, całe nasze życie, jej podporządkować.

Innym, równie powszechnym błędem, są próby znalezienia ostatecznego, najogólniejszego sensu poza Bożą perspektywą. Ateista może co najwyżej powiedzieć, że celem jego życia jest, dajmy na to, przysłużenie się ludzkości. Jest to oczywiście cel szczytny, ale jedynie cząstkowy. Bo jaki w takim razie miałby być cel istnienia ludzkości w ogóle? Czy oznacza to, że jeżeli na Ziemię wpadnie kiedyś rozpędzona asteroida, zniszczy wszystkie wysiłki ludzkości? Czy wiedząc z zupełną pewnością, że wszechświat kiedyś się skończy, mamy popaść w kosmiczne onieśmielenie i psychiczną zapaść? Bez odwołania do Boga nie jesteśmy w stanie odkryć sensu istnienia świata, możemy jedynie odpowiadać na pytania o sens w sposób fragmentaryczny. Horyzont ludzki nie sięga aż tak daleko, jakby się tego chciało. Stosuje się tu czasem metaforę wołu ciągnącego pług – nie jest to dla niego praca marzeń, nie rozumie, po co ma dźwigać swój ciężar. Z wyższego wymiaru – wymiaru człowieka – zasadność jego trudu staje się jednak oczywista. Podobnie nasze życie musi wyglądać z perspektywy Nieba. Dlatego właśnie tak wiele ułatwia jej przyjęcie.

Dwa słowa o godności

Rozważania o Bożej perspektywie to dobry moment, by powrócić jeszcze na chwilę do pojęcia godności (świętości) życia. W teologii i filozofii chrześcijańskiej przypisuje się ją każdemu człowiekowi niejako z założenia. Założenie to można zresztą w prosty sposób uzasadnić przez odwołanie do stworzenia naszych pierwszych rodziców na obraz i podobieństwo Boże. W perspektywie ateistycznej staje się to jednak o wiele trudniejsze. Można co prawda interpretować godność ludzką jako pewną umowę społeczną (analogicznie do idei Rousseau). Miałaby ona zostać „ustalona” na przestrzeni rozwoju cywilizacji, aby (na przykład) zmniejszyć poczucie zagrożenia lub uzasadnić potrzebę respektowania swoich praw we wspólnocie.

Jest to jednak argumentacja o tyle chwiejna, że współcześnie podważa się czasem potrzebę tej ugody. Podobnie zanegować można rozumowanie Immanuela Kanta, że mimo braku religijnej pewności, należy założyć istnienie Boga. Znajdą się tacy, którzy będą dowodzić, że współcześnie taka potrzeba zwyczajnie nie zachodzi. Wiele można by na ten temat powiedzieć, wydaje się jednak, że istnienie godności jest po prostu zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Argumenty jej przeciwników są natomiast mocno przeintelektualizowane. Intuicyjnie kategoria, która pozwala zrównać i zdemokratyzować wszystkich ludzi, wydaje się niezbędna. Na niej opiera się cała zdrowa, chrześcijańska moralność.

Komu przeszkadza bycie osobą?

Podobnie bezzasadne wydają się próby pozbawiania niektórych ludzi miana osoby. Przypomnijmy sobie za św. Tomaszem z Akwinu, co ono właściwie znaczy. Pisał on w Komentarzu do sentencji Piotra Lombarda, że „nazwa »osoba« oznacza jednostkową substancję, ze względu na to, że jest podmiotem właściwości, którą zwie się godnością”. Osoba jest zatem posiadaczem godności. Za czasów Akwinaty było jeszcze dość oczywiste, że osobą jest każdy człowiek, niezależnie od jego, w jakim znajduje się stanie, czy jaką ma świadomość. Kwestię zaczęto jednak rozdrabniać, gdy postęp medycyny doprowadził nas do dylematów moralnych. Kiedy człowieka w stanie wegetatywnym można odłączyć od aparatury podtrzymującej życie? Jakie funkcje muszą ustać, aby uznać pacjenta za zmarłego? Kiedy można przystąpić do pobierania narządów na przeszczep?

Niektórzy wpadli na pomysł, aby określić kryteria bycia osobą. Jednym z nich miałaby być samoświadomość, sprawdzana na przykład przez tak zwany test lustra. Człowieka (względnie małpę albo inne stworzenie Boże) sadza się przed lustrem i patrzy, czy zrozumie on, że widzi samego siebie. Na przykład, czy jeżeli zobaczy w lustrze namalowane na własnym czole znamię, będzie sięgał do niego ręką. W efekcie takich eksperymentów miana osoby zostałyby pozbawione między innymi niemowlęta we wczesnej fazie rozwoju. Mówić na ten temat można by wiele, ograniczymy się jednak do dwóch uwag. Po pierwsze, zapomina się tutaj, że to pojęcie osoby jest wtórne wobec świętości życia, nie na odwrót (porównaj: definicja). Osobę rozumie się już nie jako nosiciela godności, lecz godność jako cechę przysługującą istotom, które są osobami. Po drugie, sprowadza się tę fundamentalną kategorię do wartości – tyle że jako kryterium ustala się samoświadomość. Brak świadomości faktycznie odbiera sposobność przeżywania wartości, życie takiego człowieka w pewnym rozumieniu jest więc bezwartościowe. W kwestii godności wszystko pozostaje jednak bez zmian.

Ucieczka przed odpowiedzialnością

Dyskusja nad pojęciem osoby jest więc próbą ucieczki od nienaruszalnej kategorii godności do kategorii bardziej ruchomych, może nawet mglistych. Dzieje się to w perspektywie lęku, że popierając eutanazję, będziemy musieli zabić człowieka posiadającego godność (względnie: pozwolić mu umrzeć). Odpowiedzialność za tę śmierć próbuje się tuszować filozoficznymi rozważaniami. Zasadniczo inna jest tutaj postawa Kościoła, który istotnie pozwala na zaprzestanie usilnego podtrzymywania przy życiu, ale czyni to z pełną świadomością, że człowiek ten do końca pozostaje godny. Pozostaje osobą. Nie odbiera jego życiu świętości, lecz pozwala na godne odejście, jednocześnie przyjmując, że była to konieczność.

Takie pomieszanie i rozmycie pojęć jest niestety częstą cechą sporów wokół kwestii życia i śmierci. Zagadnienia sensu życia i jego wartości, choć różne, przenikają się w pewnym stopniu, co jest naturalne. Inaczej jest jednak z godnością. To kategoria zupełnie odmienna, przede wszystkim niezależna od prywatnych kryteriów i ocen. Sprowadzanie jej do pojęcia wartości jest drogą donikąd – pozbawia nas podstawowej idei, na której opiera się cała nasza moralność.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.