adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Areopag Młodych, Kultura

Nikt nie umiera ateistą, czyli lekko uchylone drzwi

Martin Scorsese sprawia wrażenie jakby droczył się z Bogiem. Ma 77 lat, a przynajmniej dwa filmy jeszcze przed sobą. Jednakże Irlandczyk mógłby być pięknym pożegnaniem ze strony reżysera. To film smutny i obfitujący w mistyczną symbolikę.

“They whisper still, the injured stones, the blunted mountains weep/ As He died to make men holy, let us die to make things cheap/ And say Mea culpa, which you’ve gradually forgot /Year by year/ Month by month/ Day by day/ Thought by thought” przypomina mi się Steer Your Way Leonarda Cohena, jedno z jego przedśmiertnych “droczeń się” z Bogiem.

fot. youtube.com/Netflix

Człowiek u końca życia staje w obliczu pytania o sens czasu spędzonego na ziemskim padole. Może być zadowolony ze swego życia, sądzić, że dobrze wykorzystał swój czas. Może docenić swoje wysiłki, swoje dzieło, jednocześnie żałując, że to już koniec. „This rage in me/ I’ve got a handfull of songs to sing,/ to sting your soul” śpiewał świadomy raka wątroby David Bowie. Angielski muzyk zamknął co mógł, ale wciąż mnóstwo jego pomysłów było niezrealizowanych… Można w końcu stanąć w obliczu mniej lub bardziej podświadomego poczucia, że życie się po prostu zmarnowało.

Malarz

I w tej ostatniej pozycji znalazł się Frank Sheeran. Tytułowy Irlandczyk, grany przez Roberta De Niro, większość życia zajmował się malowaniem domów. Czyli – wychodząc ze slangu mafijnego – był zawodowym zabójcą. Frank Sheeran jest już stary i opuszczony przez rodzinę. Znajduje się w dość ekskluzywnym domu dla starców.
Jego główną… rozrywką jest rozmowa z księdzem, z którym pracuje nad swoim żalem za grzechy. Strach przed śmiercią każe mu szukać rozgrzeszenia u duchownego (w którego wciela się Jonathan Morris, notabene posiadający święcenia wyższe, ale obecnie nie pełniący obowiązków kapłańskich).

fot. youtube.com/Netfl

To właśnie księdzu opowiada najróżniejsze szczegóły swego życia. Nawet te, które dotyczą zaginięcia Jimma Hoffy, legendy związków zawodowych (w tej roli Al Pacino).

fot. youtube.com/Netflix

Jimmy Hoffa faktycznie żył i naprawdę zaginął. Zresztą znaczna część bohaterów filmu – w tym Frank Sheeran – w rzeczywistości istniała. Tłem filmu, obecnym w postaci urywków wiadomości lecących na telewizorach tworzących scenerię i w niektórych dialogach, są prawdziwe wydarzenia – między innymi kryzys kubański i śmierć JFK.

Byli członkowie mafii są na cmentarzu

O ile jednak prawdziwy Frank Sheeran napisał o Hoffie książkę, o tyle ten ekranowy zachowuje lojalność wobec „Firmy”. „Minęło już tyle lat” nalegają na niego agenci FBI, odwiedzając stojącego nad grobem płatnego zabójcę. Proszą go o ujawnienie szczegółów zaginięcia związkowca. „Nie mogę z panami rozmawiać bez skontaktowania się ze swoim adwokatem” mówi Frank, a człowiek FBI mówi „ale on nie żyje”. „Nie żyje? Kto go zabił?”. „Rak”.
Wiele trupów pada na ekranie, ale to nie wszystko. Gdy tylko wprowadzana jest jakaś epizodyczna postać, obok imienia i nazwiska pojawia się data śmierci i jej sposób.
Jednakże zabijanie, omawiane przez Franka Sheerana w sposób zdradzający wysoki stopień profesjonalizmu, nie jest jedynym tematem spowiedzi gangstera.

Zobacz też:   Najnowszy numer miesięcznika Adeste!
fot. youtube.com/Netflix

Pojawia się w jego wspomnieniach opis systemu mafijnych powiązań, sposobu wyciągania pieniędzy ze związkowej kasy czy dlaczego mafia najpierw wspierała Kennedy’ego, by później go znienawidzić. Wspomniane też jest, że sterujący wielką mafijną rodziną uroczy Russel Bufalino (w tej roli Joe Pesci) jest zależny od „pewnych ludzi”. I tych „pewnych ludzi” trzeba się słuchać – niezależnie, czy tematem ich obiekcji jest szary człowiek, wielki związkowiec, czy prezydent.

fot. youtube.com/Netflix

Także relacje z rodziną są ważnym motywem w jego wyznaniach. Dbając o nią na swój sposób, coraz bardziej oddala się od niej i traci jej zaufanie.

Wady i zalety

Muszę przyznać rację krytykom, którzy już się odnieśli do tego tematu. Faktycznie, to ciągłe przeskakiwanie w czasie tych samych aktorów jest męczące. Robert De Niro, mimo cyfrowego odmładzania i postarzania, wciąż ma 76 lat. I to widać. Na szczęście sekwencja z II wojną światową jest bardzo krótka – oglądanie dwudziestoletniego starca nie jest ciekawym doświadczeniem. Jak to jest na memie, który widziałem przed seansem:

fot. twitter.com/tomaszsamolyk

Film jest bardzo długi. Trwa prawie trzy i pół godziny. Oczywiście cały czas trzyma w napięciu. To dla nieprzygotowanego psychicznie widza może to być ciężkie (pomijam już fakt, że nie sprawdzając długości filmu spóźniłem się na ostatni pociąg do domu i wracałem nocnym).
Muzyka jest świetna. Aktorzy są idealnie dobrani (omawianie wszystkich ról naprawdę długo by zajęło, w każdym razie nie ma słabych ogniw). „Oto kino zrobione z prawdziwej pasji, przez prawdziwego erudytę kina” myślałem sobie. To w końcu Martin Scorsese.

fot. twitter.com/itsNaCool

Szukasz kina sensacyjnego? Owszem, znajdziesz je w tym filmie. Ale to nie wszystko.
Jest to poruszający, smutny film. Zgadza się, z dużą dawką humoru (momentami flirtującego ze stylistyką Quentina Tarantino). Ale przede wszystkim wzruszający i mówiący o ludzkiej tragedii.
Ludzie oddaleni od Kościoła często mają problem ze zrozumieniem, dlaczego „można grzeszyć całe życie, na łożu śmierci się wyspowiadać i jest się w niebie”. Ten film to odpowiedź.

Irlandczyka można zobaczyć w kinach i na Netfliksie (podświadoma sugestia na reklamach tej internetowej wypożyczalni, że „Netflix” to nieodmienna żeńska nazwa, jakoś mnie nie przekonuje). Jest to już drugi, po Historii małżeńskiej, film dostępny na Netfliksie, który naprawdę mi się podobał.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.