adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Nie pojmiesz. O tajemnicy Stwórcy

magazine cover

unsplash.com

Jeżeli wyeliminujemy wszystko, co jest w naszej wierze nieznane i tajemnicze, nie pozostanie w niej miejsca dla Boga. Tak samo będzie, gdy sprowadzimy ją do martwych, teologicznych rozważań. Będzie można wówczas zamknąć Kościół i się rozejść. Bo czego byśmy nie mówili, tajemnica jest dla wiary po prostu nieodzowna.

Spójrzmy na czwarty rozdział Ewangelii wg św. Jana. To historia spotkania Jezusa z Samarytanką. Przy studni w samo południe. Pamiętamy, że dialog ten doprowadzi do nawrócenia, do prośby o wodę żywą. Zanim się to jednak stanie, będziemy świadkami krótkiej wymiany zdań. Dialogu, który stanowi ilustrację tego, jak jałowe rozważania potrafią sprowadzić człowieka na manowce.

Samarytanka

Jezus już od pierwszych słów dąży do jasnego celu: objawienia kobiecie Dobrej Nowiny. Ta jednak nie chce jej do siebie dopuścić. Broni się dzielnie przed duchowym przebudzeniem, wykorzystując do tego swoją bogatą wiedzę. Przede wszystkim pokazuje, że zna się dobrze na obyczajach. Dziwi się, że Jezus, jako Żyd i jako mężczyzna, w ogóle się do niej odzywa. Po drugie, już nie pierwszy raz przychodzi tutaj czerpać wodę. Wie, że studnia jest głęboka. Na prośbę Jezusa, by dała mu pić, odpowiada więc (z przekonaniem i w dobrej wierze), że się nie da. Potrzebny byłby czerpak, a Jezus czerpaka nie ma.

Samarytanka wie też doskonale, że studnię ową zbudował Jakub, który sam z niej pił. Pili również jego synowie i bydło. I gdy Jezus mówi jej o „darze Bożym” i „wodzie żywej”, ona znów przechodzi do tych być może nawet istotnych, ale ziemskich spraw. W ten sposób, tymi pozornie błahymi odpowiedziami skutecznie zamyka się na Jego działanie. Nie chce dopuścić do siebie Chrystusowej Nowiny.

W końcu jednak dostrzega, że Ten, który z nią mówi, jest prorokiem. Ale i wówczas nie pragnie nawrócenia. Zamiast przyjąć Boże słowo do serca, rozpoczyna dysputę teologiczną. „Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga” (J 4, 20). Nietrudno zgadnąć, że również te teologiczne rozważania mają zamaskować jej niewiarę. Dopiero kolejne wezwanie Jezusa sprawia, że jest zdolna otworzyć się i uwierzyć. Dopiero wówczas objawia się jej On jako Mesjasz. Jak sami wiemy, będzie to owocne nawrócenie, dzięki któremu Dobrą Nowinę usłyszy całe miasto.

Morał

Nie ma powodu, by potępiać Samarytankę. Być może tak właśnie miała wyglądać jej droga do wiary. Z pewnością słowa, które spisał ewangelista, nie są przypadkowe. Historia ta uwidacznia bowiem tendencję, która dotyka nas wszystkich, ma charakter uniwersalny. Chodzi o stawianie na pierwszym miejscu naszych spraw. Naszych rozważań, wizji ideału i alternatywnych rozwiązań. Choć doskonale przecież wiemy, że miejsce to powinno być zarezerwowane dla żywego Chrystusa. Taka niezdrowa skłonność może przejawiać się właściwie w każdym aspekcie życia. Jak widzimy powyżej, również w rozważaniach teologicznych.

Nierzadko pojawia się pokusa, aby Boga zamknąć w jakimś zbiorze określeń, do końca wyjaśnić Jego zamysł i działanie. Są jednak takie aspekty wiary, których nigdy nie pojmiemy – jak to, że Bóg jest jeden, ale w Trzech Osobach. Po co więc wydzierać Bogu tajemnicę, jeśli z góry wiemy, że skazani jesteśmy na porażkę i wszystko niepotrzebnie uprościmy? Nie zawsze dociera też do nas, że nawet doskonała znajomość Biblii i prawd wiary nie gwarantuje nam zbawienia. Przypomnijmy sobie, co Żydom wyrzucał Jezus: „Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie” (J 5, 39n).

Wbrew pozorom pokusa ta nie dotyczy wyłącznie ludzi z upodobaniem do konsekwentnego racjonalizmu. Również ci, którzy opowiadają się za mistycznym poznaniem Boga i zaczytują w objawieniach, często wpadają w tę pułapkę. Bo czy aby na pewno zdrowa jest chęć poznania wszystkich zamysłów Bożych, nie wyłączając Jego planów co do tego bądź innego narodu, jak i czasu paruzji? Wydaje się to niestety niezdrową żądzą wiedzy. Dlaczego? Ponieważ próbujemy poznać to, co dla człowieka z zasady powinno pozostać nieznanym. Czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1 Kor 2, 9).

Nie pojmiesz

Nasze mówienie o Bogu zawsze jest i będzie pewnym uproszczeniem. Nie oznacza to, że jest ono złe lub niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Nasz ograniczony umysł staje wówczas wobec Nieskończoności. Jedynie Objawienie i łaska w takich momentach sprawiają, że możemy cokolwiek pojąć. Bez nich bylibyśmy skazani na błądzenie w ciemnościach i poznanie z dużą domieszką błędów. Jednak w wielu aspektach prawdy wiary przerastają nasz intelekt. Dużo zależy oczywiście od indywidualnych predyspozycji umysłowych, ale żaden człowiek nie jest zdolny pojąć tych prawd w całej pełni. Stąd właśnie spowijająca Stwórcę tajemnica.

Święty Tomasz słusznie twierdził, że Boga nie sposób pojąć inaczej niż rozumem. Jednak bynajmniej nie oznacza to, że Bóg daje się nam poznać w zupełności. Dobrym przykładem może być wspomniana już wyżej Trójca Święta. Akwinata ma świadomość, że „skoro jest [Ona] największą tajemnicą, rozum nasz ani nie mógł [samodzielnie] dojść do jej istnienia, ani też po jej objawieniu przez Chrystusa nie zdoła jej zrozumieć i udowodnić” (Bełch P., Objaśnienia tłumacza do III tomu Sumy teologicznej, 1978). Zatem w Sumie „ogranicza się do wykazania, że ta tajemnica nie jest sprzeczna z rozumem, i że można ją nam rozumowo jakoś uprzystępnić czy wyjaśnić za pomocą analogii, czyli podobieństw” (tamże). Więcej ludzki umysł nie jest w stanie dokonać.

Zobacz też:   Po Namyśle: Myślmy wierząc

Mistyczne i irracjonalne

Zdaje się, że im bliżej poznaje się Boga, tym pełniej doświadcza się tej niemożności. Dlatego właśnie w pismach mistrza Eckharta czy św. Jana od Krzyża Bóg jawi się jako zupełnie przekraczający wszelkie poznanie. Nie jest możliwe określenie Go za pomocą któregokolwiek języka, nie daje się Go nawet nazwać i opisać. W tym duchu Jan od Krzyża przestrzega początkujących adeptów życia duchowego, aby danych im wizji i objawień nie brali za prawdziwy obraz Boga. Podkreśla, że Bóg zawsze objawia się w taki sposób, jaki jest najbardziej odpowiedni dla uświęcenia widzącego. Udział ma w nim także sam widzący, który nawet nieumyślnie może skazić obraz Boga własnymi wyobrażeniami na Jego temat. Nawet objawienia zatem nie ukazują nam tego, jaki Bóg jest w swej istocie.

Takie mistyczne doświadczenie niepoznawalności jest zupełnie różne od Tomaszowego intelektualizmu, a wręcz nieprzystające do niego. Dotyka zupełnie innych aspektów i uderza w inne struny duszy. Jest często objawieniem własnej niewiedzy. Czy zatem te dwa podejścia da się ze sobą pogodzić? Przeczącej odpowiedzi na to pytanie udzielił chociażby Lew Szestow, filozof rosyjski czerpiący z prawosławia. W opozycji do tomistów przekonywał, że Ateny nigdy nie zrozumieją się z Jerozolimą. Że rzeczywistość wiary (Jerozolima) i rzeczywistość racjonalnej filozofii (Ateny) to tak naprawdę dwie zupełnie nieprzykładalne do siebie materie.

Wiara jest jego zdaniem pokrewna szaleństwu, a więc temu, co z rozsądnego punktu widzenia jawi się jako zupełnie pozbawione sensu. Biblijne prawdy nie mogą zatem współistnieć harmonijnie z prawdami rozumu. Rozum, jeżeli się już ich dotknie, musi je albo odrzucić, albo na swój sposób zinterpretować, co z założenia oznacza wypaczenie. Stąd również ostre słowa skierowane przeciw św. Tomaszowi. Zdaniem Szestowa Akwinata „Pismo Święte potrafił i chciał sobie wyobrażać jedynie w oprawie Arystotelesowskiej filozofii i […] nauczył następne pokolenia cenić oprawę nie mniej niż to, co było oprawione” (Ateny i Jerozolima, 1993, s. 142).

Wiara rozumowa

Nie ma jednak potrzeby, aby popadać w tak skrajny irracjonalizm. Lepiej postępować wedle rozpropagowanej przez św. Jana Pawła II maksymy fides et ratio. I wiara, i rozum mają swoje miejsce w życiu człowieka wierzącego. Do wypaczenia natomiast prowadzi nie ich łączenie, lecz nadmierne akcentowanie któregoś z nich. Są one jak „dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy” (Fides et ratio, 1998).

Warto zwrócić również uwagę, że sami mistycy w większości nie gardzili rozumem. Ostatecznie jest on przecież narzędziem danym nam przez Boga i za jego pomocą możemy Go poznać. Warte uwagi jest chociażby podejście Pseudo-Dionizego Areopagity, który rozwinął i upowszechnił szeroko teologię negatywną. Inspirował też wielu innych późniejszych mistyków chrześcijańskich. Jednak jego dzieła O imionach Bożych i O teologii symbolicznej nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że akceptował on także teologię pozytywną, racjonalną. Jednak powinna ona, jego zdaniem, spełniać funkcję raczej przygotowawczą.

Na pewnym etapie poznania nie można już bowiem sensownie mówić o Bogu, co nie oznacza, że staje się On irracjonalny. To ten etap, który św. Tomasz nazywa tajemnicą. Bóg przerasta wówczas ludzkie zdolności intelektualne. Dionizy ilustruje to starotestamentalną historią o Mojżeszu, który wstępował na Górę Synaj. Póki tam szedł, mógł jeszcze opierać się na rozumie, stąpać po pewnym gruncie. Jednak w decydującej chwili, w chwili spotkania z Bogiem, musiał porzucić wszelkie światło i wejść w mroczny obłok. Obłok, w którym rozum pozostaje bezradny, ale który sam jest źródłem wszelkiego światła.

Poznanie indywidualne

I faktycznie: często nasza własna świadomość jest tym, co przysłania nam Boga. Czasem wszelkie określenia sprawiają, że Jego obraz staje się jeszcze bardziej niewyraźny. Bywa też, że poznanie jest możliwe dopiero w zupełnej ciemności świadomości, w doskonałej kontemplacji. Jest wówczas raczej doświadczeniem całościowym i zbawczym niż wyłącznie intelektualnym. Nie zamierzam jednak wchodzić tutaj w filozoficzne dysputy na temat roli rozumu w relacji Boga z człowiekiem. Raczej chciałbym, aby poruszone tutaj kwestie stały się inspiracją do prywatnych rozważań. Bo poznanie Boga to jednak doświadczenie bardzo indywidualne. Stąd też nie dziwi różnorodność odnoszących się do niego koncepcji filozoficznych.

Chciałbym również jeszcze raz zwrócić uwagę na dwie główne pokusy, które wiążą się z rozważaniami teologicznymi i dążeniami do poznania Boga. Pierwszą z nich jest pragnienie wyjaśnienia i poznania absolutnie wszystkiego. Nawet, jeżeli wypływa ono z gorliwości, nie może przynieść dobrych owoców. Albo zakończy się porażką, albo też, co gorsza, doprowadzi do zagubienia sensu wiary wśród kolejnych prób ujęcia jej w składne stwierdzenia.

Druga, równie niebezpieczna pokusa, polega na odejściu od życia słowem Bożym na rzecz rozumienia go. Oczywiście nie można żyć, nie rozumiejąc Słowa. Jednak kiedy rozważania (nomen omen) przestają być rozważne, stają się jałowe i potrafią przesłonić prawdziwy sens. Bywa, że stają się nawet bożkiem. Strzeżmy się więc, abyśmy na drodze pobożnych poszukiwań nie ulegli żadnej z tych pokus. Wykorzystujmy nasz umysł w celu, do którego został nam dany – aby prowadził nas do uświęcenia.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.