adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Hippisi i mistycy. Katolik patrzy na kontrkulturę

magazine cover

unsplash.com

American beauty, czyli „amerykańska piękność” to nazwa dzikiej róży wyrastającej z surowej, nieprzyjaznej ziemi. To także tytuł albumu The Grateful Dead, wielkiej muzycznej podróży po Nowym Kontynencie, która określiła dążenia młodego pokolenia przemierzającego bezdroża i autostrady w poszukiwaniu nowej duchowości. American beauty jest również symbolem tęsknoty za prawdziwą wolnością w kraju, którego mentalność naznaczyło z jednej strony chrześcijaństwo, z drugiej pragnienie ukrycia się w dziczy, z dala od kominów fabryk, nowoczesnej cywilizacji i konsumpcjonizmu.

Druga połowa lat sześćdziesiątych. Na wiecznie oświetlonych ulicach wielu miast stanu Kalifornia zaczęli pojawiać się młodzi ludzie śpiewający poezję o nadchodzącej nowej epoce. Głoszono wówczas rewolucję, gwałtowną zmianę społeczeństwa, obyczaju i ducha. Kojarzony z kolorowymi strojami, kwiatami we włosach i niezobowiązującym stylem życia ruch zyskał później miano kontrkultury lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jego przedstawiciele często powoływali się na Jezusa jako zwyczajnego młodego mężczyznę, everymana i alright-mana, czyli „w porządku człowieka”, a zarazem obrońcę autentyczności i „tego, co należy”. Czasem wynikało to ze ściągania Zbawiciela z teologicznego piedestału, innym zaś razem okazywało się inną, „uliczną” formą uznania Jego „Boskości-z-nami”. W każdym razie duchowość „dzieci kwiatów” nawiązywała do pewnych intuicji chrześcijaństwa, ale rozwijała się poza murami Kościoła. Jak pisała Buffy Sainte-Marie:

Myślisz, że mam wizje,
Bo jestem Indianką.

Mam wizje, bo
są wizje, które chcą być widziane
(Zinn H., Ludowa historia Stanów Zjednoczonych od roku 1492 do dziś, tłum. Wojtasik A., 2016, s. 692)

Znacznie bardziej obrazoburczo i prowokacyjnie stan ducha powojennego pokolenia oddał Jim Morrison:

Opowiem ci o bólu serca i o tym, jak odszedł Bóg
Wędrujący, wędrujący pośród beznadziejnej nocy
Tu na horyzoncie nie ma gwiazd
To my, nawaleni
Niepokalanie
(Morrison J., The Doors. Antologia tekstów i przekładów, tłum. J. Polak, 2004, s. 285)

Duchowość czasu rewolucji

Już samo pojęcie kontrkultury zawiera w sobie aspekt rewolucyjny. Zbitka dwóch słów, counter i culture, oznacza dosłownie kontrę, sprzeciw, zerwanie. Toteż klasyczny już film Michelangelo Antonioniego Zabriskie Point z 1970 roku rozpoczyna się od sceny, w której grupa amerykańskich studentów planuje rewoltę społeczną, zaś zakończenie przedstawia montaż różnych ujęć wybuchającej posiadłości. Płomienie wyrzucają w powietrze styropian, szkło i plastik, a więc symbole sztucznego ładu i konsumpcyjnego świata. W tle słychać wówczas zgrzyty i krzyki składające się na awangardową muzykę rockową. Być człowiekiem kontrkulturowym to nieustannie się buntować, obdarzać autorytety nieufnością, podważać wszelką „wiedzę pewną” na rzecz „wiedzy własnej”, doświadczanej indywidualnie (tak jak to zresztą zalecała grupa dziewiętnastowiecznych filozoficznych kontestatorów zwanych transcendentalistami). Znalazło to swoje odzwierciedlenie w tym wszystkim, co na ogół zwykliśmy łączyć z pojęciem kultury popularnej. Nic w tym dziwnego, zważywszy na fakt, że ruch hippisowski należał przeważnie do młodzieży. Niezbyt ceniono środki właściwe dla kultury elitarnej. Bardziej na miejscu okazały się podarte dżinsy i głos ulicy, częstokroć także country jako muzyka prowincji oraz dawno wyparte dziedzictwo Indian. Dlatego też dla kontrkultury muzyka rockowa nie była jedynie rozrywką, ale nowoczesną formą twórczości ludowej, przemawiającej „głosem ludzi”, społecznie zaangażowanej, wyznaczającej cele przemiany kulturowej.

Nowe drogi, nowe czasy

Ruch „dzieci kwiatów” wiązał się jednak przede wszystkim z przeczesywaniem nowych dróg duchowych. Jak wiadomo, „buszowanie w zbożu” nowych doświadczeń dokonywało się przy użyciu odpowiednich substancji psychoaktywnych. Bycie w drodze pojmowano wówczas jako coś absolutnego, aż do podważenia punktu oparcia dla wiary czy ducha, który proponuje Kościół. Jeden z koryfeuszy ruchu flower power, Bob Dylan, stale prowokował opinię publiczną, powtarzając, że „nie ma go tutaj”, w czym można by rozpoznać echo słynnej formuły narkotycznego poety, Arthura Rimbauda: „Ja to ktoś Inny”.

Wobec tego bycia toczącym się kamieniem, którego nie pokrywa mech, nie można było poprzestać na tym, co znane i bezpieczne. Jak pokazują ideologowie tego ruchu, narkotyki miały dodatkowo poszerzać świadomość, otwierać „drzwi percepcji” na prawdziwą naturę rzeczywistości, która wymyka się wszelkim koncepcjom, pojęciom, a nawet logicznej spójności. Taki jest zresztą właściwy kontekst pojęcia „psychodelii”. Pojęcie to nie oznaczało pierwotnie kultury opartej na stosowaniu środków psychoaktywnych, ale dotyczyło kierunku dążeń duchowych, składając się z dwóch greckich słów: z jednej strony psyche, które oznacza duszę, a z drugiej – delion, używanego na określenie „oczywistości”. I to właśnie owa przejrzystość, delion, miałaby się odsłaniać, kiedy umysł otwiera się na bezmiar. W gruncie rzeczy chodziło więc o dążenia mistyczne osiągane drogą najczęściej destrukcyjną, a w każdym wypadku bardzo odmienną od tej, którą proponuje chrześcijaństwo. W tym miejscu warto odwołać się do rozróżnienia, jakie zaproponował kard. Joseph Ratzinger:

Mistyka jest tu rozumiana bardziej radykalnie niż droga religijno-historyczna, jako postawa, która nie znosi nad sobą żadnego zwierzchnictwa, lecz za jedyną wiążącą i ostateczną rzeczywistość w sferze religijnej uważa tajemnicze, bezkształtne doświadczenia. Naturalnie mistyka chrześcijanina może również przekształcić się w taką postawę; pokusa, aby tak się stało, leży w pewnym sensie w istocie mistyki. Wówczas przestaje ona być „chrześcijańska”; jej chrześcijański charakter polega na podporządkowaniu się. W ten sposób można tu zdefiniować wręcz istotę mistyki chrześcijańskiej (Ratzinger J., Wiara, prawda, tolerancja. Chrześcijaństwo a religie świata, 2005, s. 28).

Uliczne kaznodziejstwo

W dalszym toku swoich rozważań Ratzinger rozróżnił mistykę chrześcijańskich świętych od innych rodzajów doświadczeń kontaktu z Absolutem, w których „ja” stapia się z boskim „Ty”, tworząc „jednię”. Refleksje papieża można zatem rozszerzyć na interpretację ruchu hippisowskiego, który – jak już wiadomo – nie był jedynie reakcją społeczną, ale także pewną propozycją osobistej drogi duchowej. Tego rodzaju mistyka była czymś pożądanym dla kontrkulturowej, nieufnej wobec wszelkich religijnych instytucji młodzieży. Doświadczenie mistyczne jest – jak zauważa Joseph Ratzinger – drogą do utożsamienia się z Bóstwem, osiągnięcia jedności i pełni, niezależnie od tego, czy nazwana ona zostanie „wszystkim” czy „niczym”. Stąd też mnogość wątków mistycznych w psychodelicznej twórczości artystów flower power. Zawierała je nie tylko literatura, ale także oparta na prawdziwej poezji muzyka folkowa i rockowa, odtąd zaprzęgnięta w tryby „filozofii ulicy”. W tej twórczości nie chodziło o samą rozrywkę, lecz manifestację nowych dróg, dążeń i marzeń (por. Zinn H., Ludowa historia Stanów Zjednoczonych od roku 1492 do dziś, tłum. Wojtasik A., 2016, s. 693-694).

Zobacz też:   Dlaczego disco polo zamiast łączyć, dzieli?

Utwory takie jak chociażby Turn! Turn! Turn! grupy The Byrds, który zapowiada rewolucję społeczną przy użyciu biblijnego języka, a nawet całych fraz wziętych z Księgi Koheleta. Inne przykłady to Baba O’Riley oraz I’m Free The Who, a więc piosenki w zasadzie przekazujące szereg wskazań duchowych. W ten sposób młodzieżowa popkultura niejako przejęła rolę kaznodziejstwa. Właściwie już sama nazwa „popkultura” jest tutaj myląca, bo sugeruje niezobowiązującą, rozrywkową formę twórczości, podczas gdy w rękach artystów hippisowskich stawała się raczej częścią ruchu społecznego. Odrębną kwestią są natomiast liczne nawrócenia koryfeuszy kontrkultury, takich jak Roger McGuinn, którzy – gdy tylko ucichła wrzawa kwiatowej rewolucji – na nowo zwrócili się ku chrześcijaństwu, odnajdując w nim to, czego tak niespokojnie szukali w okresie psychodelicznego szału. Odtąd piosenki The Byrds, wcześniej zachęcające do otworzenia się na piąty wymiar poznania kosmosu zamkniętego w umyśle, zaczną przypominać po prostu budujące wiarę kościelne śpiewy.

Nieustanna wędrówka „ja”

Kolejne furtki do zrozumienia duchowości „dzieci kwiatów” daje kino. I tak wspomniany już Zabriskie Point kojarzy kontrkulturę z żywiołem podejrzliwości względem wszystkiego, co zatrzymuje człowieka w drodze, a stara się znaleźć stabilny grunt w tym świecie. Konsumpcjonizm, mieszczańska hipokryzja, pogoń za prestiżem, materialnym bogactwem oraz realizacją „amerykańskiego snu” zamiast „amerykańskiego piękna”. Wolność samostanowienia. Dlatego znakomita większość filmowych manifestów kontrkultury to tzw. „kino drogi”, obrazujące niekończące się autostrady, pustkowia i swobodną jazdę w pełnym słońcu. Ta ucieczka od konsumpcyjnego świata i „cywilizacji plastiku” do życia prawdziwego, jakkolwiek niewynikająca z motywacji religijnych (choć z pewnością motywowana szeroko pojętą duchowością), może wręcz przypominać słowa św. Antoniego: „Chcesz spotkać Boga, uciekaj od ludzi”.

Dobrym tego przykładem jest dwójka bohaterów Zabriskie Point, którzy udali się na kalifornijską pustynię, nie tyle uciekając od samych ludzi, co od metaforycznej „ludzkości” utożsamianej ze złudnym dążeniem do prestiżu i nietrwałych dóbr materialnych, które zastępują bycie bogatym przed Bogiem (zob. Łk 12, 21). Można by również w tym miejscu przywołać tęskne słowa psalmisty: „Gdybym miał skrzydła jak gołąb, to bym uleciał i spoczął; oto bym uszedł daleko, zamieszkał na pustyni” (Ps 55, 7-8). Także Mark, uciekając z miasta, aby udać się na bezludne pustkowie, kradnie samolot, tłumacząc ten czyn krótko: „musiałem wznieść się w powietrze, ponad to wszystko”. I o ile trudno nie dostrzec w tym wszystkim chrześcijańskiej tęsknoty, to jej realizacja w postaci ideału anarchii oraz wolnej miłości zdecydowanie stoi w sprzeczności z etyką Ewangelii. W dalszym ciągu jednak dwoje bohaterów filmu, Mark i Daria, uosabiają jak gdyby kontrkulturowy „ruch pustelniczy”. Ciekawe okazują się w tym kontekście grupy próbujące pogodzić Ewangelię z formułą „wolnej duchowości”, takie jak „włóczędzy Jezusa” (Jesus freaks), „chrześcijanie ulicy” (street christians) albo „prawi ludzie” (straight people). Trudno nie dostrzec w nich świadomości tego pierwotnego pragnienia, które starano się ugasić różnymi środkami, choć jego sprawcą i celem był jeden i ten sam cieśla.

Lek na melancholię

Wszystko to składa się na obraz pokolenia, które usiłowało odnaleźć własną tożsamość, a przy okazji otworzyć bramy wiodące do autentycznej duchowości, lecz z pewnych względów odżegnywało się od instytucji Kościoła. Co ciekawe, w 1964 roku Joseph Ratzinger, ówczesny ekspert teologiczny Soboru Watykańskiego II, stwierdził, że „tym, co dręczy dzisiejszych chrześcijan, jest nieskuteczność chrześcijaństwa”. W tej oficjalnej wypowiedzi wybrzmiewa wręcz ubolewanie, że „po dwóch tysiącach lat nie widać, aby ten świat stał się nową rzeczywistością”, tak że „jesteśmy w tym wszystkim zdani na własne znikome siły” (Benedykt XVI, What it Means to be a Christian: Three Sermons, 2005, s. 15; tłumaczenie własne). Jest to z pewnością wyraz melancholii religijnej, ale przy okazji też ciekawy dokument epoki.

Warto zauważyć, że w tym samym roku amerykański poeta związany z kontrkulturą, Hamilton Camp, napisał Pride of Man, obrazoburczą pieśń o końcu religii i początku „wolnej duchowości”, do której słowa Ratzingera stanowiłyby znakomity, choć paradoksalny komentarz. Wielu ówczesnych twórców rozpoznawało w rozprzestrzeniającej się melancholii religijnej bodziec skłaniający do „nowego mistycyzmu”. Pod względem przyjętych strategii poetyckich Pride of Man jest więc parafrazą biblijnych wątków profetycznych i apokaliptycznych, które Jeremiaszowym językiem prorokują zniszczenie instytucjonalnych i dogmatycznych religii. I wreszcie dwuznaczny (bo niekoniecznie ateistyczny) refren: „Bóg nasz, władca ziem, znowu w proch obróci się”. Stąd też pieśń Campa funkcjonowała przez pewien czas jako jeden z hymnów młodzieżowej rewolty. A wszystko to, i nie tylko to, składałoby się na pewien obraz kontrkultury wyrosłej na dekadencji wewnątrz tradycyjnych form religijnych. Dekadencji, której Joseph Ratzinger ostatecznie nie uległ, raczej wyrażając obawy związane z przekonującą siłą „ducha czasu”, choć jego ówczesny opis katolickiego „dziecięcia wieku” doskonale wyjaśnia narodziny ruchu flower power.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.