Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Gdzie jest nasze serce?

magazine cover

pixabay.com

Często formułujemy tezę, że dzisiejszy świat oszalał na punkcie pieniędzy, zysku i chęci posiadania. Czy człowiek, będący produktem takiej cywilizacji, odnajdzie się w sytuacji, w której będzie chciał kogoś pokochać? O problemie miłości w czasach komercji rozmawialiśmy z ks. dr. hab. Piotrem Kieniewiczem MIC – specjalistą w zakresie teologii moralnej.

Księże Profesorze, czy będąc nastawionym na zysk, człowiek może prawdziwie kochać?

To pytanie odnosi się do priorytetów i do definicji miłości. Jeśli człowiek troszczy się o zysk, który jednak nie jest celem samym w sobie, to oczywiście istnieje możliwość, że są dla niego rzeczy ważniejsze. Jak jednak rozumiem, nie tego dotyczy pytanie. Chodzi o sytuację, gdy zysk i pieniądze są sprawami kluczowymi – innymi słowy, mamy do czynienia z czymś, co Biblia nazywa bałwochwalstwem. Korzeniem wszelkiego zła – jak mówi św. Paweł – jest chciwość pieniędzy. Jeżeli tak, to znaczy że albo pieniądze służą wzrostowi ludzkiej pychy, albo człowiek zupełnie stał się ich niewolnikiem. W obu wypadkach trudno mówić o otwarciu się na miłość ukazywaną przez Słowo Boże – jako bezinteresowny dar z siebie. Jeśli ktoś jest skupiony na sobie, wszystko sobie podporządkowuje i zainteresowany jest tym, by mieć coraz więcej, bo daje mu to poczucie bezpieczeństwa, władzy i niezależności, to nie ma w nim miejsca na dar. Tym bardziej tam, gdzie człowiek jest niewolnikiem i nie potrafi funkcjonować bez pieniędzy. Chciałbym się tu odnieść do niezwykle istotnej kwestii: można być niewolnikiem pieniędzy, nie posiadając ich. Człowiek może być chciwy, nie mając pieniędzy. Jest wtedy zależny od tego, o czym myśli, czego pożąda, czego łaknie i czego jest straszliwie głodny, jednak tego nie posiada. Podstawą tego głodu jest zawiść i zazdrość. Człowiek myśli o tym, co mógłby mieć i skupia się na chęci posiadania. Słowo mówi, że „gdzie skarb twój, tam i serce twoje” (Mt 6, 21). Jeśli się jest niewolnikiem pieniędzy, trudno mówić o miłości, bo serce ludzkie jest już zajęte czym innym.

Jeśli zatem serce skomercjalizowanego społeczeństwa jest zajęte gonitwą za pieniądzem, a młodzi ludzie są podatni na kształtowanie ze strony swojego otoczenia, to do jakiej „miłości” wychowuje ich świat?

Najbardziej zainfekowani podejściem konsumpcyjnym nie są jednak ludzie młodzi, a pokolenie dorosłych w wieku 30–⁠50 lat, którzy byli wychowani przez kogoś, kto doświadczył biedy komunizmu i zachłysnął się bogactwem. Dla kogoś takiego wszystko jest dostępne – jednocześnie jest on bombardowany obrazami społeczeństw, które mają jeszcze więcej i jeszcze łatwiej im to osiągnąć, też więc chce konsumpcyjnie równać do tego poziomu. Żyje więc na kredyt, tak jak społeczeństwa zachodnie. To pokolenie ma w pewien sposób przetrącony kręgosłup moralny w odniesieniu do konsumpcji. Siłą rzeczy wychowują oni młode pokolenie, jednak wśród młodych ludzi łatwiej jest wykrzesać ideał, który się utrzyma. Da się wśród nich wyodrębnić grupę, która jakkolwiek bombardowana tym konsumpcyjnym modelem, jest na niego w jakiś sposób odporna. Z jednej strony dlatego że zderzyła się z beznadziejnym (w sensie: pozbawionym nadziei) modelem życia swoich rodziców i chce w jakiś sposób zaprotestować, więc szuka uważnie i jest wymagająca, bądź też spotkała się z jakimś świadectwem i pragnie przyłączyć się do kogoś, kto jest świadkiem. Młodzi (w wieku 16–⁠25 lat) są pokoleniem, które jest złaknione ideałów i można ich stosunkowo łatwo formować, pociągnąć, zapalić. Problem jednak niewątpliwie istnieje. Mamy do czynienia z modelem, w którym człowiek korzysta z życia, tj. z hedonizmem. Jednym z powodów takiego zjawiska jest, w moim odczuciu, pewien kryzys moralności, jaki możemy zaobserwować we współczesnej Europie. Wynika on z ogromnego rozczarowania ludzkością, która odcierpiawszy dwie wojny światowe, później zaś agresywną zimną wojnę i zagrożenie nuklearnym unicestwieniem, weszła w postawę, którą można scharakteryzować w następujący sposób: „lepiej dzisiaj się zabawić, mieć przyjemność z życia, niż starać się żyć porządnie w sytuacji, gdy życie zaraz może się zakończyć”. Ta pokusa jest charakterystyczna dla czasów powojennych, dla społeczeństw dotkniętych straszliwą katastrofą. Mimo tego że kryzys dotyczył głównie obszaru Europy, to jego odłamki dotknęły najdalszych krańców świata, bo dzisiejszy świat stał się globalną wioską. Myślę więc, że u podstaw wszystkiego leży właśnie brak nadziei, natomiast niesie on za sobą kolejne konsekwencje. Zagubiwszy moralną jakość, świat wszedł w jakąś przedziwną pustkę, którą zagospodarowano agresywnymi modelami zdemoralizowanymi, związanymi z ideologią gender, z rozpasaniem seksualnym, ale także z kryzysem religii i wiary – indywidualnym i społecznym. Zagubiliśmy, jako społeczeństwo, naszą chrześcijańską tożsamość. Chrześcijańska cywilizacja Europy, którą znamy od czasów apostolskich do dziś, w moim odczuciu kona albo już skonała i funkcjonuje już tylko w ograniczonym zakresie. Z religijnego punktu widzenia w tę pustkę wszedł niezwykle agresywny islam. Europy, którą znali nasi dziadkowie, już nie ma. Model funkcjonowania wedle hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna”, który dla naszych przodków był oczywisty, dla ogromnej części społeczeństwa polskiego jest niezrozumiały, karykaturalny i śmieszny.

Czy zatem można mówić o miłości międzyludzkiej w takiej rzeczywistości?

W takim społeczeństwie nie ma miłości międzyludzkiej. Brakuje wolności postrzeganej jako zdolność wyboru prawdy i dobra. Wybieram to, co rozpoznałem jako wartościowe – to jest wolność. Sytuacja mną nie kieruje. Nawet gdy wszystko jest przeciwko mnie, to idę pod prąd. W momencie gdy społeczeństwo jest pozbawione kręgosłupa moralnego i płynie z prądem rzeki jak martwa ryba, nie ma miejsca na wyjście ku drugiemu człowiekowi, bo to kosztuje. Nie ma miejsca na dar z siebie, ponieważ to kosztuje, nie ma miejsca na czynienie dobra, ponieważ to też generuje koszty. Istnieje natomiast nastawienie na siebie, aby nie bolało i było przyjemnie. W takim społeczeństwie nie ma miejsca na miłość. Proszę zwrócić uwagę, że w Europie Zachodniej, a coraz mocniej również w Polsce króluje nastawienie na „ja i moje”. „Ja mam prawa – mi się należy, jak chcę, to macie mi dać”. Prawa natomiast zawsze rodzą obowiązki, a o nich już nikt nie mówi. Powszechna jest zatem postawa roszczeniowa. Margaret Thatcher powiedziała kiedyś, że „rząd nie ma swoich pieniędzy, ale pieniądze obywateli, które dystrybuuje”. Dobro wspólne nie jest czymś abstrakcyjnym, ale jest wszystkim tym, co posiadamy i składamy do wspólnego koszyka. Jeśli jednak ktoś nie chce składać, to odcina się od dobra wspólnego. Siłą rzeczy ten model – konsumpcyjny, roszczeniowy, indywidualistyczny – jest bardzo destrukcyjny społecznie – na płaszczyźnie indywidualnej, rodzinnej, jak i społecznej w skali makro. Nie myślimy w kategoriach dobra wspólnego, nie szanujemy ojczyzny, tego, co jest wspólne, ale zajmujemy się tym, co „moje”.

Gdy ktoś w takim razie, mając takie konsumpcyjne nastawienie, zechce zawrzeć związek małżeński – czy będzie w stanie ważnie przystąpić do tego sakramentu?

Bardzo często się okazuje, że on nie jest ważnie zawarty – była ceremonia, biała suknia, organy, prezenty, goście, wesele, a małżeństwa nie ma. Dzieje się tak dlatego, że serce człowieka ogarniętego żądzą posiadania jest niezdolne do miłości, do podjęcia najbardziej elementarnego wymogu życia małżeńskiego, czyli daru z siebie. Młodzi (czasem już nie tak bardzo młodzi) przysięgają przed ołtarzem „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską”, ale tak naprawdę nie mają pojęcia o tym, co to znaczy „miłość”. Prowadzę czasem zajęcia z narzeczonymi i mówię na to „kurs przeciwmałżeński”. Tłumaczę im, czym jest miłość, licząc na to, że obudzą się i zastanowią, czy chcą wejść w układ, w którym dadzą siebie, na przepadłe, do końca, drugiej osobie. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby ktoś się wycofał, jednak zdarzało się, że przepracował swoje narzeczeństwo i wszedł w zaślubiny świadomie. Mogę powiedzieć za Benedyktem XVI, że za łatwo dopuszczamy młodych do ołtarza – oni są na to niegotowi. W Polsce i tak przygotowanie do ślubu jest rozbudowane, jednak nie jest dla nikogo tajemnicą, że wiele osób spośród uczestników kursu przedmałżeńskiego bierze w nim udział, by stanąć przed ołtarzem, a nie po to, aby przygotować się do małżeństwa. Chcą mieć przepustkę, a nie gotowość serca, która oznacza wejście w nawrócenie. Znacznie częściej mamy do czynienia z kościelną legalizacją życia tak, jakby Boga nie było, niż z wejściem w nawrócenie. Trzeba jednak siać, więc sieję. Trzeba opowiadać, czym jest miłość, licząc na to, że ludzie młodzi obudzą swoje sumienia i zachwycą się prawdziwą miłością. Lepiej jest kochać, niż być zakochanym; być razem, niż obok siebie; dawać i przyjmować, niż brać i rzucać ochłapy. Trudno jest o optymizm, ale jest nadzieja, a póki ona jest, pracuję.

Przechodząc na płaszczyznę życiową, pragmatyczną – jakie jest miejsce pieniędzy w małżeństwie? Czy intercyza jest przejawem komercjalizacji podejścia do małżeństwa?

Intercyza i kwestia pieniędzy w małżeństwie są trudnymi zagadnieniami. W skomercjalizowanym świecie pieniądze zdają się dyktować wiele warunków, jednak dając różne fantastyczne możliwości, rodzą jednocześnie mnóstwo obaw. Jedną z nich jest nie tylko to, że człowiek straci to, co posiada – ale także, że inni na tym ucierpią. Niekiedy pojawia się pomysł na intercyzę nie na zasadzie „chcę mieć swoje pieniądze, a ty miej swoje”, bo takie podejście w moim przekonaniu jest sygnałem, że małżeństwo będzie nieważne, ponieważ takie nastawienie kładzie nacisk na „ja i moje”, a nie „my i nasze”, a to jest kluczowe w miłości i małżeństwie. Chociaż podejście, w którym człowiek pragnie ochronić rodzinę przed ewentualnym bankructwem swojej firmy, jest argumentem, który wydaje się bardzo mocny, jednak myślę, że w ostatecznym rozrachunku jest kłamstwem. Postrzegam małżeństwo jako jedność, w której mąż i żona mają wziąć odpowiedzialność za swoją rodzinę – i mają zrobić to wspólnie. Wolę, jeżeli małżonkowie nie podpisują intercyzy, choćby nawet dla zabezpieczenia reszty rodziny, ponieważ zachowują się wówczas znacznie bardziej odpowiedzialnie, nie wchodząc w interesy, które mogą łatwo przerodzić się w bankructwo. Taka decyzja pociąga za sobą jeszcze jeden skutek – małżonkowie są we wspólnocie zarówno w powodzeniu, jak i niepowodzeniu. Nawet jeśli przy całej trosce i odpowiedzialności coś się nie powiedzie, to oni się godzą na to, że będą w tym razem. Wielu się z tym nie zgodzi, ale jestem zwolennikiem pełnej wspólnoty w małżeństwie. Małżonkowie razem noszą ciężary i odnoszą sukcesy. Jeśli nawet jedno z małżonków pracuje zarobkowo, a drugie prowadzi dom, to razem w tym pracują i wspólnie prowadzą gospodarstwo, wspierając się wzajemnie, wspólnie zbierając profity i nosząc ciężary. Są sytuacje, w których, w moim przekonaniu, intercyza jest silnym argumentem przeciwko ważności małżeństwa. Uważam, że nawet podpisana w najlepszych intencjach tworzy pewną szczelinę w małżeństwie, która nie będzie pomagała w zjednoczeniu małżonków, ale będzie dla nich szkodliwa.

Jeśli możemy podejrzewać, że takie małżeństwa nie zostały ważnie zawarte, jak powinien reagować Kościół hierarchiczny?

Wydaje mi się, że pytanie nie jest dobrze postawione, bo sugeruje brak reakcji. Kościół hierarchiczny, moim zdaniem, reaguje prawidłowo. Widząc problem, stara się wzmocnić kwestię formacji ludzi ku małżeństwu i opieki nad istniejącymi małżeństwami. Drugim błędnym założeniem zawartym w pytaniu jest ograniczenie reakcji do hierarchii kościelnej. Duchowni nie stanowią całości wspólnoty. Kościół w zdecydowanej większości stanowią świeccy, w ogromnej części – małżonkowie. Każdy zatem powinien podjąć rachunek sumienia: duchowni – czy dobrze przygotowują narzeczonych do małżeństwa i opiekują się małżeństwami w należyty sposób, świeccy natomiast – w jaki sposób żyją w małżeństwie i jakie świadectwo dają ludziom. Właściwą reakcją Kościoła jest nawrócenie. Duchowni będą wtedy lepiej prowadzić duszpasterstwo małżeństw, a małżonkowie zaczną bardziej dbać o swoje relacje, nawet jeśli podejrzewają, że weszli w małżeństwo w katastrofalny sposób. Zawsze można dążyć do tego, żeby poprzez nawrócenie taki związek uzdrowić i go „uważnić” – to jest tajemnica działania Bożej łaski – niejedno małżeństwo ocalało w taki sposób.

Wychodząc niejako „poza” sferę Kościoła, do ludzi, którzy żyją ze sobą bez ślubu sakramentalnego – w perspektywie coraz większej powszechności takich związków funkcjonujących na zasadzie konkubinatu lub ślubu cywilnego – czy w takim świecie jest przyszłość dla małżeństwa sakramentalnego?

Warto przypomnieć, że na początku małżeństwa sakramentalne stanowiły znaczną mniejszość. Trzeba było głosić i dawać świadectwo. Były to czasy, gdy chrześcijan dotykały liczne prześladowania. Dzisiaj też są na świecie takie miejsca, gdzie za wiarę katolicką traci się życie. Kościół zawsze powtarzał, że „krew męczenników jest nasieniem chrześcijan”. W dzisiejszym świecie, który zapomina o Bogu i żyje, jakby Go nie było, ci, którzy Go poznali, powinni być Mu coraz bardziej wierni i dawać świadectwo swoim bliźnim, nawet gdy to kosztuje. Święty Paweł mówi, aby nie wprzęgać się w jedno jarzmo z niewierzącymi, więc chrześcijanie powinni zawierać małżeństwa między sobą. W sytuacji powszechnego odchodzenia od Kościoła myślę, że należy przykładać większą wagę do tego, aby od samego początku budować małżeństwa na Chrystusie jako wspólnym dla obojga małżonków fundamencie. Jest pewnym złudzeniem, że zakochawszy się w kimś, kto nie jest chrześcijaninem, przyciągnie się go do Pana Boga po ślubie. Do Chrystusa trzeba przyciągnąć takiego kandydata przed ślubem, trzeba pokazać mu Chrystusa tak, aby się Nim zachwycił i wtedy wstąpić z nim w związek małżeński. Wejście w związek z osobą niewierzącą daje tym samym sygnał, że ta relacja jest ważniejsza od Boga. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to uogólnienie i wielu ludzi się ze mną nie zgodzi, jednak w moim odczuciu tak to wygląda. Nie stawiamy wymagań w tym względzie, choć prawo kanoniczne tego wymaga. Doświadczenie pokazuje, że w tzw. małżeństwach mieszanych jest więcej odejść od Chrystusa przez osobę wierzącą niż konwersji przez niewierzącą. Żyjemy w trudnych czasach i myślę, że kwestia nastawienia konsumpcyjnego jest tylko jednym z elementów składowych. W istocie problem jest poważniejszy i dotyczy ogromnego kryzysu wiary, nadziei i miłości, ponieważ zgubiliśmy gdzieś Pana Boga. Powstałą pustkę usiłujemy zapełnić czymś innym. Myślenie konsumpcyjne pojmowałbym zatem raczej jako efekt tego procesu, a nie jego przyczynę. U podstaw leżą jednak rany, które sobie zadaliśmy: katastrofy wojen, nienawiści, podziałów, odejścia od Boga. Bez nawrócenia nie ocalimy ani siebie, ani naszej ojczyzny, ani Europy, ani świata. Może jednak tak ma być i jest to rzeczywiście nasza ostatnia bitwa.

Ks. dr hab. Piotr Kieniewicz MIC – marianin, teolog moralista, bioetyk. Absolwent KUL i pracownik tamtejszej uczelni w latach 1998–⁠2014. Członek Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych oraz Rady Naukowej Ordo Iuris. Autor książek i artykułów naukowych oraz popularnonaukowych z zakresu bioetyki i teologii małżeństwa.

WYWIAD AUTORYZOWANY

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.