Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Filozofia na czas kryzysu

magazine cover

pixabay.com

W sierpniowym numerze „Adeste” szukamy źródeł obecnego kryzysu Kościoła. W tych poszukiwaniach chciałbym choć na chwilę pochylić się nad filozofią chrześcijańską. Jaki jest jej wpływ na nasze postrzeganie Kościoła i wiary? Jaką strategię powinni przyjąć katoliccy filozofowie i teologowie, aby poprzez poznanie prawdy prowadzić ludzi do Chrystusa?

Temat jest niezwykle szeroki, dlatego nie mam złudzeń, że w jednym, pewnie nieco nudnawym artykule uda się go omówić dogłębnie i bez uproszczeń. Chciałbym jedynie pokrótce zarysować obecną sytuację i zastanowić się, co można zrobić, aby było lepiej. Nie trzeba przecież powtarzać, że filozofia była obecna w Kościele od zawsze, że wpływała na jego kształt i stanowiła pewnego rodzaju podporę prawd wiary. Przez kryzysy przechodziła nie raz, nie dwa, lecz zawsze jakoś się z nich wydostawała.

Dobra rada papieża Leona

Jeden z takich kryzysów przypadł na wiek XIX. Spowodowany był, opisując z grubsza, panoszącymi się w Kościele rzymskim modernizmem i wszechobecną filozofią świecką. Jak zauważają historycy, od czasu wybuchu rewolucji francuskiej papieże bardzo wiele uwagi poświęcali tępieniu nowoczesnych prądów myślowych, nie wskazując jednak dla nich atrakcyjnej alternatywy. Potrzeba było niemal wieku, aby w duchu I Soboru Watykańskiego problem rozważył Leon XIII. Receptą na wyjście z kryzysu, jego zdaniem, miał być tomizm. „Was wszystkich, Czcigodni Bracia, wytrwale zachęcamy, abyście dla ochrony i ozdoby wiary katolickiej, dla dobra społeczeństwa, dla rozwoju wszystkich dyscyplin naukowych przywrócili do dawnej świetności złotą mądrość świętego Tomasza i jak najszerzej ją rozpropagowali” – brzmią słowa papieskiej encykliki Aeterni Patris (1879). Założeniem papieża było więc odnowienie scholastyki, dostosowanie jej do warunków współczesnego świata.

Oczekiwania kontra rzeczywistość

Cel był szczytny, oczekiwania ogromne. Efekty – w gruncie rzeczy nie najgorsze. Trzeba uznać niebagatelny wkład neotomistów w rozwój myśli chrześcijańskiej. Wiele problemów zdołali oni rozwiązać z dobrym skutkiem, w zamian pojawiły się jednak kolejne. Narastały one stopniowo, a grono przeciwników neotomizmu poszerzało się. Wśród nich znalazł się ks. Józef Tischner. Polak, filozof, w eseju Schyłek chrześcijaństwa tomistycznego (1970) nie wahał się obarczyć tego stanowiska filozoficznego odpowiedzialnością za większość problemów doktrynalnych Kościoła. Współczesna filozofia „śmierci Boga” miała być, jego zdaniem, reakcją na definicję natury Stwórcy autorstwa św. Tomasza. Spór o istnienie i granice prawa naturalnego wiąże się z koncepcją podstaw etyki wg Akwinaty. Nowoczesne przyrodoznawstwo – od Galileusza i Darwina począwszy – atakuje antropocentryczną wizję przyrody, przy której uparcie trwa teologia chrześcijańska. Definicja substancji zaproponowana przez doktora anielskiego jest natomiast przestarzała i nie najlepiej sprawdza się w teologicznych zawiłościach, dotyczących na przykład Eucharystii. I tak dalej, i tak dalej…

Pojmowanie Niepoznawalnego

Choć praca Tischnera miała charakter raczej luźnego opracowania, zapoczątkowała całkiem poważny spór między nim a środowiskiem katolickich filozofów skupionych wkoło KUL-u (z o. Mieczysławem Krąpcem na czele). Prawda leżała zapewne gdzieś pomiędzy. W niektórych punktach nie sposób jednak nie przyznać racji krakowskiemu myślicielowi. Jak zauważa, wskutek syntezy chrześcijaństwa z tomizmem „w pewnym momencie dziejów teologia stała się służebnicą filozofii” – dokładnie na odwrót niż chciał św. Tomasz (Myślenie według wartości, 2002, s. 213). Role się odwróciły.

Zdaniem Tischnera był to skutek konieczny. Tomizm dążył bowiem do stworzenia systemu obejmującego całość chrześcijaństwa. Wiecznych prawd wiary chciał dowieść za pomocą przemijającego i ograniczonego rozsądku. Nieskończonego Stwórcę – opisać ludzkimi słowami. „Jak w łonie każdej filozofii ukryta jest negacja samej siebie, tak w chrześcijaństwie ukryta jest cicha negacja każdej filozofii chcącej jego treść wyczerpać bez reszty” – pisze dalej ks. Tischner (tamże, s. 223). Pojawia się tutaj kolejne pytanie: do jakiego stopnia Boga można poznać rozumowo? Czy możliwe jest w ogóle stworzenie filozofii chrześcijańskiej?

Krótka dygresja o słomie

By odpowiedzieć na te pytania, wrócimy na chwilę do postaci samego Akwinaty. Na jakiś czas przed śmiercią miał on ponoć wizję Chrystusa. Wizję, która podziałała na niego tak dogłębnie, że dorobek swojego życia nazwał słomą, a Summę pozostawił niedokończoną. Zajął się natomiast interpretacją Pieśni nad Pieśniami, zwanej najbardziej mistyczną księgą Starego Testamentu. Komentarz, który do niej napisał, nie zachował się niestety do czasów współczesnych. Pozostała jednak ta prosta anegdota, nad którą warto nieco pomyśleć. Filozof Tertulian w III wieku po Chrystusie stwierdził, że wierzy, dlatego że to absurdalne – credo quia absurdum. Paradoks, a jednak dający pewien wgląd w istotę chrześcijaństwa. Główne prawdy wiary, jak prawda o wcieleniu czy o Trójcy Świętej, wykraczają poza granice ludzkiego poznania. Sama istota Boga jest niepoznawalna i nieopisywalna. Jak bowiem ten, który jest wszystkim, miałby dać się zamknąć w marnym ludzkim umyśle? W czasach, gdy nawet nauka coraz jaśniej dostrzega swoje granice, nie sposób dążyć do pełnego i systematycznego opisu Stwórcy. Dlatego wcale rozsądne wydaje się podejście mistyczne – pokora przed niepoznawalnym. I choć filozofowie i teologowie spoglądają nierzadko na myślicieli pokroju Mistrza Eckharta z delikatnym ironicznym uśmiechem, trzeba przecież przyznać, że w ostatecznym rozrachunku to oni lepiej poznali i opisali naturę Boga – właśnie przez nazwanie Go niepoznawalnym.

A jednak filozofii potrzeba

Do pewnego stopnia Bóg daje się nam jednak poznawać. Całe Objawienie zawarte w Piśmie Świętym przekazuje prawdę o Nim. Na tej podstawie zbudowano potem dogmaty i Tradycję. A dogmaty naturalnie potrzebują pewnego wytłumaczenia – to właśnie rola teologii. Filozofia od teologii różni się tym, że unika wszelkich założeń, jest niezależna od jakiegokolwiek systemu wierzeń. Opiera się wyłącznie na tym, co rozum może poznać sam z siebie. Tego rozróżnienia dokonał zresztą sam św. Tomasz – choć jego zdaniem na mocy samego tylko rozumu człowiek może upewnić się co do istnienia Boga, co jest tezą dość dyskusyjną. Gdy zajmiemy się rozważeniem podanej tu definicji, bardzo wątpliwe okaże się to, czy może w ogóle istnieć tak zwana filozofia chrześcijańska. Z jednej strony widzimy, że pod tym szyldem działa całkiem spora grupa filozofów i że mają się oni dobrze. Z drugiej, chcąc być wiernym definicji, wypadałoby nazwać ich raczej teologami. Mniejsza jednak o nazwy. Tym, do czego nawoływał papież Leon, jest godzenie Objawienia z rozsądkiem. Jeżeli tylko nie popadamy w zbytnie zadufanie i zadowalamy się niecałościowym opisem Boga, pogodzenie fides (wiary) i ratio (rozumu) jest jak najbardziej możliwe.

Pogodzić teologię z filozofią

Kłopot jednak w tym, że teologia i filozofia zaczynają pracę od dwóch różnych stron. Dobrze byłoby, gdyby obie spotkały się w połowie drogi, dochodząc do tych samych wniosków. Tak się jednak często nie dzieje. Niekoniecznie błąd musi wówczas leżeć po stronie filozofii. Teologia, spekulując na podstawie Objawienia, także może dojść do wniosków błędnych – jak było chociażby ze wspomnianym antropocentryzmem. Papież Leon ostrzegał przed tym w swej encyklice, zaznaczając, że jeśli „coś zostało przez uczonych scholastycznych przebadane ze zbytnią prostotą, bądź za mało rozważnie przekazane, jeśli jest niezbyt przystające do osiągnięć naukowych późniejszych stuleci, lub wreszcie z jakiegokolwiek innego powodu jest nie do przyjęcia, tego oczywiście nie należy pod żadnym zobowiązaniem podawać naszym współczesnym”. Punktem zbieżnym obu tych dyscyplin jest prawda – może nawet pisana wielką literą. Gdy różnymi drogami dążymy do Prawdy, mamy pewność, że wyjdziemy w jednym, tym samym miejscu. Jest bowiem jedna Prawda. Dlatego na pochwałę zasługuje każdy, kto swymi rozważaniami prowadzi ludzi do jej poznania. Być może nawet większe zasługi mają ci, którzy robią to bez odwoływania się do dogmatów, ponieważ ich przekaz nie jest ograniczony wyłącznie do ludzi wierzących. Jeżeli chcemy więc pogodzić teologię z filozofią, nie osiągniemy tego raczej przez czynienie z tej drugiej służebnicy pierwszej. Zupełnie różne podejścia badawcze sprawiają, że te dwie dyscypliny są niejako nieprzystające. Mówią innym językiem, co sprawia, że próby scalania ich obu wychodzą im na szkodę. Najlepszą drogą wydaje się więc niezależność – niepodporządkowane i swobodne dążenie do Prawdy.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.