Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj
Miesięcznik luty 2020, Społeczeństwo

Dobry bieg katolika

magazine cover

pixabay.com

Każdy sezon zimowy to dla fanów sportu nad Wisłą kolejna okazja do podziwiania jednych z najlepszych sportowców na świecie, czyli polskich skoczków narciarskich. Nic dziwnego. Obecna kadra to drużynowi i indywidualni medaliści igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i mistrzostw świata w lotach, zdobywcy Pucharu Świata oraz triumfatorzy Turnieju Czterech Skoczni.

Gdy jednak któryś z naszych zawodników stanie przed kamerą telewizyjną bądź mikrofonem radiowym, nie usłyszymy od niego podobnych słów: to był skok idealny, lepiej nie da się skoczyć. Nawet po bardzo dobrych, perfekcyjnych wręcz skokach dających radość skoczkom i kibicom. Dlaczego?

Skoczkowie nie są tu oczywiście wyjątkiem. Podobne opinie można usłyszeć np. od naszych siatkarzy (notabene również mistrzów świata), którzy także po dobrym meczu przyznają, że wciąż są jakieś rezerwy. Że wciąż jest pole, na którym w danym momencie można się poprawić.

Krew, pot i łzy

Sport to jedna z tych dziedzin życia, które wymagają nieustannej pracy nad sobą. Pracy pełnej wyrzeczeń, samodyscypliny i poświęceń. Niezależnie od uprawianej dyscypliny, nie da się osiągać sukcesów samym talentem czy naturalnymi predyspozycjami. Na każdy wielki i mały sukces składa się wiele godzin żmudnej harówki, pomyłek i upadków. Dlatego przez analogię do sportu można pokazywać, jak powinno wyglądać nasze życie: życie chrześcijan.

Porównanie sportu do postępowania według nauki Kościoła nie jest bynajmniej pomysłem ani współczesnym, ani naciąganym. Podobne zestawienia pojawiały się już dwa tysiące lat temu, w czasach pierwszych apostołów. Mowa tu przede wszystkim o świętym Pawle, który w liście do Tymoteusza, niedługo przed swoją męczeńską śmiercią, napisał: „w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7), choć dosłowne tłumaczenie słów Apostoła Narodów mówi raczej o „dobrym boju/walce”. Niemniej wciąż jest to nawiązanie do rywalizacji, co podkreśla wspomniany później „wieniec sprawiedliwości”, jakże bliski wieńcom przyznawanym zwycięskim sportowcom lub triumfującym wodzom. A zatem: co ma wspólnego katolik ze sportowcem?

Człowiek ma to do siebie, że lubi szukać wymówek, a przyczyn wszystkich niedogodności upatruje w czynnikach zewnętrznych lub otoczeniu. To się nie udało, bo ktoś w czymś przeszkodził. Tamto zrobiłem, bo ktoś inny zaczął. I tak dalej, i tak dalej. Jednocześnie cały czas istnieje w nas potrzeba czynienia dobra i unikania zła.

Tymczasem Kościół wyraźnie naucza, że każdy człowiek, wyjąwszy Najświętszą Maryję Pannę, popełnia grzechy. Upada. Częściej lub rzadziej, z większym lub mniejszym hukiem. Po świecie nie chodzą same ideały. Ba! Nawet święci nie mieli nieskazitelnie czystych życiorysów. A jednak zostali świętymi. Dlaczego?

Katolik, podobnie jak sportowiec, powinien mieć świadomość tego, co robi dobrze, a co źle. Nawet jeśli przyjęcie krytyki miałoby być bolesne, nie należy od tego uciekać. Stąd wskazany jest regularny rachunek sumienia, a czasem dobry przewodnik duchowy, który jasno potrafi wskazać, w którym miejscu możemy się jeszcze podciągnąć. A podobnie jak w sporcie, zawsze są jakieś rezerwy.

To, że nie zabijam lub nie kradnę, nie oznacza, że jestem doskonały. Wręcz przeciwnie. Takie podejście może nie tyle usypiać czujność, co budować fałszywe wyobrażenie na temat samego siebie. Może za mało czasu poświęcam na modlitwę? Pomagam potrzebującym tylko po to, żeby poczuć się lepiej lub zyskać poklask? W sporcie nieświadomość własnych niedociągnięć kończy się porażką w starciu z pierwszym lepszym od siebie przeciwnikiem. I zazwyczaj jest ona o tyle boleśniejsza, im wyżej cenił siebie zawodnik.

Obserwując swoje mankamenty, nie należy także pomijać tego, w czym jest się dobrym. Zdecydowane wskazywanie własnych wad nie może stać się objawem zakompleksienia ani zwykłym (samo)krytykanctwem. Nie powinno też prowadzić do tzw. skrupulanctwa, gdy uznamy za błędy rzeczy całkowicie neutralne. Stąd też konieczny jest w tym wszystkim zdrowy rozsądek.

Medal czy udział?

No, ale cały czas mowa o poświęceniu, bólu i innych takich mało przyjemnych rzeczach, tak jakby świat sportowca kręcił się tylko wokół tego. A przecież nie można powiedzieć, że owa praca nie sprawia im przyjemności. W innym wypadku raczej zmieniliby zajęcie.

Odpowiedź jest prosta: wszystkie te procesy to tylko metody osiągnięcia celu. Może i mało przyjemne, ale z pewnością konieczne. Gdyby sportowcy trenowali dla samych treningów, ich kariery skończyłyby się szybciej, niż się zaczęły. Sport to nie masochizm, a zawodnicy, jeśli wszystko układa się tak jak trzeba, czerpią ze swej pracy radość.

A czy inaczej jest z katolikami? Przecież wszystko, co robimy na ziemi, ma służyć jednemu, konkretnemu celowi: zbawieniu. Nic i nikt nie liczy się bardziej niż perspektywa wieczności. A skoro prowadzi do niego wyraźnie określona droga, to czemu mielibyśmy się smucić z powodu podążania nią? W końcu „ci, którzy sieją we łzach, w radości żąć będą” (Ps 126, 5). Nie smucimy się dla smutku, nie pościmy po to, by nie jeść mięsa i nie walczymy z nałogami dla samej walki. Robimy to, by na mecie czekał na nas ten wspominany przez św. Pawła laur zwycięstwa. Nawet jeśli w Królestwie Niebieskim mamy zajmować ostatnie, najmniej chwalebne miejsce.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus opowiadała kiedyś, jak dziwiła się temu, że „Bóg nie udziela równej chwały w niebie wszystkim wybranym”. Wszak pomimo faktu, że przebywający tam są zbawieni, to jednak śmiało można doszukać się pewnego zróżnicowania. Zrozumienie przyszło dopiero w momencie, gdy święta porównała kilka naczyń napełnionych po brzegi wodą. Pomimo różnych rozmiarów każde z nich było pełne tak, że nie dało się do nich dolać ani kropli. Podobnie jest z duszami w niebie.

My, ludzie żyjący w świecie nastawionym na odnoszenie sukcesów, nie jesteśmy w stanie zrozumieć radości z rzeczy mniejszych. Gdy oglądamy igrzyska olimpijskie, zastanawiamy się, dlaczego biegaczka z Półwyspu Arabskiego cieszy się z zajęcia ósmego, ostatniego miejsca w biegu.

Dla wielu sportowców sam start w tak elitarnej imprezie jak igrzyska jest wystarczającą nagrodą za lata treningów i poświęceń. Oczywiście im ambitniejszy zawodnik, tym wyżej zawiesza sobie poprzeczkę i tym większe cele sobie stawia. Ale w żaden sposób nie powinno to umniejszać sportowców, którzy nie odnoszą aż tak spektakularnych sukcesów. Oni też wiele poświęcają, by pokonywać własne słabości w drodze do upragnionego celu.

Czy zatem bieg w półfinale igrzysk olimpijskich jest mniej chwalebny niż zdobycie złotego medalu? Owszem. Czy zawodnik nie ma prawa cieszyć się pomimo braku awansu do elitarnej czołówki? Bynajmniej. On i tak wie, że zrobił wszystko, co się da. I że w tym miejscu leży granica jego możliwości.

Droga na skróty

Są jednak sytuacje, w których mamy dosyć tych wszystkich wyrzeczeń, trudów i innych niezbyt przyjemnych, acz wymagających obowiązków. Albo pojawia się chęć pójścia na skróty, sięgnięcia po niekoniecznie dozwolone metody.

Najczęściej skutki są opłakane. Odpuszczanie regularnych treningów zazwyczaj prowadzi do określonego miejsca w stawce – tego ostatniego. Cóż, taka jest już kolej rzeczy. Kto nie chce pracować, niech też nie je.

Inaczej ma się rzecz w przypadku sięgania po niedozwolone środki, zwane potocznie dopingiem. Tutaj dla postronnego, nieświadomego całej sytuacji obserwatora, sportowiec jest faktycznym zwycięzcą. Triumfuje w zawodach, czasem z dużą przewagą nad konkurencją. Zbiera laury i złote medale. Zyskuje sławę i pieniądze.

Co prawda zdarza się, nawet po wielu latach, że taki fałszywy mistrz zostaje zdemaskowany, traci medale i inne zdobyte tytuły. Ale mimo wszystko to organizacje antydopingowe pozostają kilka kroków za nieuczciwymi sportowcami. Czy zatem lepiej zezwolić na stosowanie niedozwolonych dotąd środków i niech wygra „najlepszy”? Tylko dlaczego w takiej sytuacji pokrzywdzeni mieliby być ci, którzy nie próbują chodzić na skróty?

W życiu codziennym też jest wielu ludzi, którzy osiągają sukcesy różnymi drogami. Jednocześnie świat konsekwentnie próbuje ustalać nowe wzorce moralne, czasami diametralnie różne od tych przekazywanych przez Kościół. Nawet u katolików pojawia się pokusa, by pójść właśnie tą drogą: łatwiejszą, szybszą, pozwalającą zdobyć poklask innych. Do tego stopnia, że wolimy dostosować się do nowych zasad, nawet jeśli krzywdzą one tych, którzy dotąd wiernie trwali przy Ewangelii.

Moralność chrześcijańska nie jest układanką, która może być przez nas przestawiana wedle własnego uznania, ani supermarketem, z którego bierzemy tylko to, co chcemy. Świętości nie da się osiągnąć drogą na skróty. Prędzej czy później każde oszustwo wyjdzie na jaw. I biada temu, który do końca będzie szedł w zaparte. Bo w przeciwieństwie do komisji antydopingowych, kontrola dokonana na Sądzie Ostatecznym będzie w pełni sprawiedliwa, analizująca wszystkie ukryte i jawne decyzje, a także podjęte działania.

Lepiej próbować dojść do celu uczciwymi metodami. Życie w zgodzie z Bogiem to dobre zawody. I chyba nie warto dać się w nich zdyskwalifikować.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.