adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Bóg wciąż panuje nad światem: na marginesie Hioba Josepha Rotha

magazine cover

unsplash.com

W gruncie rzeczy nie wyróżniał się niczym. „Był pobożny, bogobojny, prosty – ot, całkiem zwyczajny Żyd” – powiada o nim narrator. Nauczał dzieci na niewielkiej rosyjskiej wsi. Nie należał wcale do najmędrszych, lecz jego wiedza wystarczała, by wykładać Prawo i Proroków.

„Prostotliwej jego pobożności nie trzeba było żadnych pośredniczących mocy między Bogiem a ludźmi” (Roth J., Hiob, 1996, s. 17; dalsze cytaty, jeśli nie podano inaczej, również pochodzą z tego wydania). Jego żona przeciwnie, „wierzyła w rabina” i w razie potrzeby gotowa była prosić go o radę. Taka właśnie potrzeba nadarzyła się, gdy na świat przyszło czwarte z ich dzieci. „Bóg lędźwiom [Mendla] użyczył płodności” (s. 7), dał mu dwóch zdrowych, silnych synów oraz piękną córkę. Trzeci syn, Menuchim, urodził się jednak chory i przez lata pozostawał niemową. Potem nauczył się mówić „mama”. Gdy „głową dosięgał już stołu, ciekawie i głupkowato wysuwał brodę, bełkocząc bezustannie [to] jedyne słowo, jakie umiał” (s. 44). Dla Mendla było to nieszczęście, owszem, ale do przyjęcia. Nie tak wielkie jak te, które miały dopiero nadejść.

Judeo-Galicja

Tak w powieści o dosyć prostej fabule Joseph Roth rysuje figurę współczesnego Hioba. Sam Hiob to jednak za mało. Mendel skupia w sobie cały tragizm Starego Przymierza, wszystkie boleści patriarchów. Bo czy wiszący pośrodku izby wiklinowy kosz Menuchima nie przypomina nam kosza, który niósł Mojżesza po wodach Nilu? Czy miłość ojca do najsłabszego wśród synów nie przywodzi na myśl Józefa, syna Jakuba? Wreszcie czy decyzja o wyjeździe do Ameryki i pozostawieniu Menuchima w Rosji nie odsyła nas do postaci Abrahama i do jego ofiary?

Wśród austriackich Żydów okresu międzywojnia, do których należał Roth, poczucie tragizmu i rozgoryczenia było jak najbardziej zrozumiałe. Dawna galicyjska wielokulturowość ustąpiła miejsca dążeniom patriotycznym. Za własnym państwem tęsknili także syjoniści. O ile bowiem przed rozpadem c.k. monarchii nikogo nie dziwił żyd urodzony we Lwowie, mówiący po polsku, a sam nazywający siebie Austriakiem, o tyle ówcześnie sytuacja była skrajnie różna. Brak jasnej deklaracji narodowościowej doskwierał boleśnie.

Drogi ucieczki

Naród żydowski, zwłaszcza jego młode pokolenie, stał więc przed poważnym wyzwaniem: jak zachować własną tożsamość w tej nowej rzeczywistości? Być może właśnie dlatego Roth kolejnych członków rodziny Singerów sportretował jako ludzi o konkretnych postawach, deklarujących konkretne odpowiedzi. Ojciec to, rzecz jasna, ortodoks. Studiuje Torę i zachowuje szabat – jego pobożność nie jest w żaden sposób wyjątkowa, ale pozostaje czysta. Matka, Debora, wraz ze swoim rabinem (cadykiem) idealnie wpasowuje się w mentalność chasydzką. Czeka na cud, wszędzie dopatruje się znaków, ale boleśnie niezmienna rzeczywistość prowadzi ją w końcu do zwątpienia.

Dzieci szukają kolejnych dróg ucieczki. Synowie powoli wtapiają się w obce kultury: rosyjską i amerykańską. Córka wchodzi w wolne związki, chce się zupełnie odciąć od krępujących ją więzów tradycji. Do ojca odnosi się bez krzty szacunku, z jeszcze większą pogardą traktuje Menuchima. Z kolei ten ostatni przez bardzo długi czas milczy, jest zupełnie zamknięty na świat. Pierwsze ludzkie słowa przechodzą mu przez gardło dopiero wtedy, gdy bezpośrednio zagrożony jest śmiercią. A potem spod jego palców wychodzi muzyka – ta sama, która od zawsze grała w jego sercu.

Brak rozwiązania

Gdyby w tym miejscu postawić kropkę, można dojrzeć u Rotha pewną konkretną wizję polityczną. W kultywowaniu żydowskiej kultury, w twórczości artystycznej, która nie odcina się od swoich korzeni, upatrywałby on drogę dla prześladowanej społeczności. Przecież to Menuchim pozostaje ostatnim prawym spośród młodego pokolenia. Jego utworów słuchają Żydzi i niewierni na całym świecie. Praca w kulturze – której w istocie podejmowało się wielu Żydów – rysuje się jako sposób nie tylko na przetrwanie, ale wręcz na trwałe zapisanie się w historii.

Być może na pierwszy rzut oka taka interpretacja wydaje się pociągająca. Kropki jednak postawić nie można. Utwór Rotha, choć może wydaje się jednoznaczną przypowieścią, wcale nie zawiera prostych rozwiązań. Tym bardziej nie można ograniczać go do ram problematyki politycznej. Czytelnik musi bowiem wiedzieć, że Joseph Roth (właściwie Moses Roth) co prawda urodził się w żydowskiej rodzinie, ale w czasach wydania Hioba (1930) coraz chętniej przedstawiał się już jako katolik. Naród żydowski w swojej masie budził w nim wstręt. Do swego przyjaciela i rodaka, Stefana Zweiga, pisał w roku 1933 o Żydach jako „durnych zwierzętach”, których „tragicznego losu nigdy nie przeceniał, a już najmniej teraz, gdy tragedią jest być człowiekiem poczciwym” (list z 26 marca 1933, [w:] Roth J., Life in Letters, 2012).

Sfabrykowany katolicyzm

Wątpliwe, czy konwersja faktycznie miała miejsce – potwierdzających to dokumentów bezskutecznie szukano przy pogrzebie. Równie dobrze mogła pozostawać jedną z wielu mistyfikacji w życiu pisarza. O swoim ojcu, w rzeczywistości jak najbardziej prawowitym Żydzie, pisał, że „napatoczył się pewnego dnia” i porwał jego matkę na Zachód (list z 10 czerwca 1930 do Gustava Kiepenheuera, [w:] Roth J., Life in Letters, 2012). Innym razem przedstawiał go jako polskiego hrabię, z którym ta miała romans, w jeszcze innych wypadkach jako artystę bądź wiedeńskiego fabrykanta broni.

Zobacz też:   Dobry bieg katolika

Podobnie sfabrykowana mogła być bajka o przejściu na katolicyzm. Roth, widząc budzące się nastroje nacjonalistyczne i z roku na rok coraz mniej ufając demokracji parlamentarnej, widział w monarchii oraz Kościele katolickim jedyne siły zdolne utrzymać społeczeństwo w ryzach. Zupełnie wyraźnie widać to w wydanym dwa lata później (a więc w roku 1932, na kilka miesięcy przed dojściem Hitlera do władzy) Marszu Radetzky’ego. Pisarz nie oszczędza tam państwa austro-węgierskiego, podobnie jak w innych swoich pismach nie oszczędza katolików. Kościół i monarchia jawią mu się jako instytucje oparte na śmiesznych konwenansach i absurdalnych ideach, które jednak wydają się dobrotliwe w porównaniu z klimatem politycznym międzywojnia.

Warstwy ironii

Pozostawiając na boku pytanie, czy „konwersja” Rotha był wyrazem jego autentycznych przekonań, czy wyłącznie sympatii politycznych, trzeba zmienić nieco optykę patrzenia na jego dzieła. Skoro bowiem dystansował się od tragiczności żydowskiego losu, trudno, by jednocześnie uważał tę nację za „naród Hiobów”. Zresztą nawet gdyby tak było, nie miałby dla niego za grosz współczucia. Dlatego pisarz snuje nić gęstej ironii, której pierwszym węzłem mogłoby być wybranie na bohaterów właśnie Mendla i jego rodziny.

Kolejne supełki przewijają się przez całą subtelnie utkaną fabułę. W pewien sposób autor testuje uwagę czytelnika. Sprawdza, czy zauważy, że Debora po długich targach wraca do domu zadowolona, że musi zapłacić przemytnikowi tylko dwadzieścia pięć rubli – choć była to przecież cena wywoławcza. Niby mimochodem wkłada w usta Singera skargi, że Bóg pokarał go „najpierw chorym Menuchimem, a teraz zdrowymi dziećmi”. Przecież „biedakowi źle, gdy grzeszy i źle, gdy jest chory” (s. 36).

Innym węzłem – z jednej strony niweczącym polityczną interpretację utworu, a z drugiej nadającym jej prorocki rys – jest historia „uzdrowienia” Menuchima. Pierwsze słowa, które wypowiada chłopiec, to okrzyk przerażenia, który wydał z siebie, cudem jedynie unikając śmierci. Pożar! „Pali się!” (s. 166). Oczyszczenie przez ogień – chciałoby się rzec, ofiara całopalna – jest ceną, jaką naród żydowski musi zapłacić za uratowanie i uzdrowienie swojej kultury.

Naiwność

Podobnie jak Menuchim ledwo uchodzi śmierci, tak Mendel „Boga chce spalić” (s. 130). W chwili rozpaczy, mimo wszystko bardzo świadomej, roznieca ogień i tylko krok dzieli go od wrzucenia weń zwojów Tory i modlitewnego szala. „Chcę spalić więcej niż jeden dom i więcej niż jednego człowieka” – krzyczy (s. 130). Ale ostatecznie nie ma siły na wykonanie ostatniego gestu. „Ja się nie modlę – mówił sobie Mendel. Ale bolało go to, że się nie modlił. Bolał go własny gniew i bezsilność tego gniewu. Jakkolwiek bowiem Mendel gniewał się z Panem Bogiem, mimo to Bóg wciąż jeszcze panował nad światem” (s. 136-137).

Tak naprawdę, gdyby nie wiara Mendla, perspektywa tej powieści mogłaby być zupełnie ateistyczna. Bóg nie pojawia się tam w żadnym momencie, nigdy nie interweniuje. Jedyne, co przekonuje nas o jego istnieniu, to sam poczciwy Singer, który nie potrafi przezwyciężyć swojej wiary. Jest on człowiekiem prostym, a przez to momentami i naiwnym. Jednak naiwni są wszyscy bohaterowie, każdy z osobna wraz ze swoją wizją świata. Jego zasługą jest zaś to, że jako jedyny nie popada w zadufanie. Jego cnotą jest przywyknięcie do rzeczywistości. Nie prosi o nic więcej, jak tylko o spokojne życie.

Gdy kończy się bieg akcji i gdy narrator wreszcie zwalnia go z obowiązku bycia ostatnim sprawiedliwym, musi zasnąć i odpocząć „od powagi szczęścia i wielkości cudów” (s. 170). Jako jedyną nagrodę Bóg pozwoli mu dożyć swoich dni u boku szczęśliwego syna. Nie przypadnie mu w udziale „czternaście tysięcy owiec, sześć tysięcy wielbłądów, tysiąc jarzm wołów i tysiąc oślic” (Hi 42, 12). Nie będzie „żył jeszcze sto czterdzieści lat” (Hi 42, 16). A jednak dla Mendla spełniło się wszystko, czego mógł pragnąć. Jest teraz szczęśliwy. Możemy więc spojrzeć na niego z pobłażaniem – bo na co zdał mu się jego Bóg? Ale przecież czy nie tak właśnie patrzy na nas, naiwnych ludzi, Ten, który wciąż panuje nad światem? To kolejny z supełków pozostawionych nam przez Rotha.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.