Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Artysta ponad prawem

magazine cover

pixabay.com

Przyzwyczailiśmy się już, że sztuka może, czy nawet powinna szokować. Panuje także względna zgoda co do tego, że artysta, szukając odpowiednich środków wyrazu, ma prawo przekraczać pewne normy. Z jednej strony twórcy przyzwala się na łamanie konwenansów, a nawet bulwersowanie dla osiągnięcia wyższego celu; z drugiej – prace nazbyt kontrowersyjne, zwłaszcza uderzające w sferę religii i wartości, spotykają się z oburzeniem i oskarżeniami o obrazę uczuć. Czy aby na pewno słusznie?

Przede wszystkim, aby zrozumieć ten problem, trzeba zauważyć pewną rozbieżność interesów. Artysta, tworząc, skupia się głównie na treści, którą pragnie przekazać. Dla niego zamysł i autentyczność wyrazu są wartościami najwyższymi, przed którymi muszą ustąpić wszystkie inne. Najczęściej jednak nie ma on wpływu na to, kto zetknie się z jego dziełem. Kultura masowa sprawia, że nawet jeśli dzieło kierowane jest do pewnego określonego grona odbiorców, nie sposób uniknąć zetknięcia się z nim innych osób, które niekoniecznie muszą podzielać system wartości autora ani zgadzać się z jego przekazem.

Hierarchie

Nietrudno się zatem domyślić, że taki stan rzeczy będzie prowadził do sytuacji konfliktowych, w których ktoś zawsze musi być poszkodowany. Albo ogranicza się wolność sztuki, albo znieważa cudzy system wartości. Całe szczęście nie jest to sytuacja patowa – da się znaleźć złoty środek. Konieczne jest w tym miejscu zrozumienie, że każdy z nas ma nieco inaczej ukształtowaną drabinę wartości. Oczywiście między ludźmi z podobnych środowisk, na przykład między katolikami, te różnice będą mniejsze, ale trudno znaleźć na świecie dwoje ludzi, którzy zgadzaliby się w każdej kwestii etycznej.

Niektórzy sądzą, że jest to naturalne oraz że tak być powinno. Gdyby jednak tak faktycznie było, w każdym konflikcie wartości ktoś musiałby zostać skrzywdzony – nie istniałby bowiem system wartości lepszy ani gorszy. Tymczasem wybór jednego z dwóch jest czasem konieczny. Subiektywne spojrzenie na wartości krępuje ręce i knebluje usta. Praktycznie uniemożliwia racjonalny wybór. Jeżeli zatem chcemy dojść w tych rozważaniach do jakichkolwiek konstruktywnych wniosków, przyjmijmy, że jeden system wartości może być od drugiego doskonalszy. Czyli albo wolność sztuki odgrywa istotniejszą rolę niż wartości, dajmy na to, religijne, albo jest zupełnie na odwrót.

Prymat autentyczności

Wolność sztuki nierozerwalnie wiąże się z wolnością słowa. Ta zaś w naszym liberalnym społeczeństwie odgrywa zasadniczą rolę – jeśli nie w rzeczywistości, to przynajmniej w sloganach. Taki stan rzeczy nie utrzymywał się jednak odwiecznie. Cofnijmy się na moment do wieku XVIII, kiedy na gruncie przygotowanym przez coraz bardziej demokratyzujące się nastroje intelektualne Europy żył i działał Jean-Jacques Rousseau. W jego filozofii korzenie ma tak dziś powszechna kultura autentyczności.

Dla Rousseau moralność jest pójściem za wewnętrznym głosem, wołaniem, które każdy człowiek ma w sobie, a które zagłuszają normy społeczne czy miłość własna. Ocalić prawdziwą etykę – tę wypływającą z natury – może wyłącznie autentyczny kontakt z własnym wnętrzem. Co więcej, na to, kim człowiek jest, nie mają wpływu siły zewnętrzne (jak społeczeństwo i jego prawa). Każdy sam stanowi o tym, kim ostatecznie będzie – i dobrze, jeśli czyni to na podstawie owego głosu. Kolejne pokolenie filozofów wydało Johanna Herdera. W swej myśli poszedł on jeszcze dalej, przede wszystkim zaznaczając, że każdy żyje na własny, wyjątkowy sposób, każdy ma „własną miarę”. Istnieje zatem pewien indywidualny styl bycia człowiekiem. Jeżeli go nie dostrzegę, przegapię sens mojego życia. Być może spostrzeżenia te brzmią dziś nieco trywialnie, coachingowo. Ówcześnie nie był to jednak powszechny sposób myślenia, a wręcz można zaryzykować stwierdzenie, że okazał się on rewolucyjny.

Autentyczność skrzywiona

Herder umarł w roku 1803, lecz jego myśl oddziaływała żywo na twórców rozpoczynającej się właśnie epoki romantyzmu. Stała się właściwie podwaliną pod nowoczesną wizję artysty. Sztuka od tego czasu zaczęła być czymś więcej – twórczością, a nie, jak dotychczas, jedynie odwzorowywaniem zastanej rzeczywistości. Niestety nie trzeba było długo czekać na pojawienie się przeróżnych wypaczeń tego „ideału autentyczności”. Głównym, a aktualnym niestety do dziś, było przeciwstawianie samookreślenia i moralności. Zdaniem niektórych wewnętrzna autentyczność musi stoczyć walkę z narzuconymi normami i ideami, aby oczyścić się z ich wpływu.

Takie pojmowanie autentyczności prowadzi jednak do indywidualizmu i anarchii, a w konsekwencji do chaosu. Jeżeli wyznacznikiem mojej moralnej normy jest moje wnętrze, to dla każdego norma ta jest inna. To zaś, jak powiedzieliśmy już na wstępie, nieuchronnie prowadzi do nierozwiązywalnych konfliktów. Co za tym idzie, czyjaś prywatna opinia nie może mieć wartości z tego tylko względu, że wypływa z jego wnętrza i jego własnych przekonań. To za mało. Wartościowy głos w jakiejś sprawie, czy to zwykła wypowiedź, czy dzieło artystyczne, nie może być zwykłym bełkotem. Musi być zdatny do dyskusji, poparty racjonalnymi przesłankami i mieć pewien cel. Wolność opinii, rozumiana jako przyzwolenie na bełkot, tak naprawdę nie powinna mieć racji bytu. Prawdziwie wartościowa jest wolność dyskusji, gdzie każdy wyrażający swoją opinię jest gotów przedstawić argumenty na jej obronę, a ewentualnie także przyznać się do błędu.

Dyskurs ze sztuką w tle

W praktyce nie tak łatwo jest jednak rozpoznać, kiedy do dyskusji wkrada się bezsens, albo kiedy adwersarz zupełnie nie dąży do wymiany poglądów, a skupia się na biciu piany. Szczególnie, gdy środkiem wyrazu są nie słowa, a inne formy sztuki. Pole do interpretacji poszerza się, więcej zależy od dobrej woli obu stron i chęci do ugody. Zrozumiałe jest także, że sztuka to idealne medium, by wskazywać na problemy, przy których zwyczajny dyskurs zawodzi. Jasne, że sztuka ma prawo istnieć dla samej siebie, nie wnosząc żadnej treści do dyskursu, opierając swą wartość wyłącznie na walorach estetycznych. Język sztuki i język werbalny są więc pod niektórymi względami kompletnie różne, a normy odnoszące się do nich niekoniecznie muszą być identyczne. Z pewnością jednak sztuka nie może przeradzać się w bełkot, ani też służyć odwracaniu uwagi od istotnych kwestii.

Kolejną rzeczą, której artysta zdecydowanie powinien się wystrzegać, jest zgorszenie. Z katolickiego punktu widzenia powinno to być naturalne. Na kartach Ewangelii Jezus wielokrotnie ostrzegał przed grzechem siania zgorszenia – szczególnie wśród dzieci i słabych w wierze. Lecz także w perspektywie niereligijnej wydaje się oczywiste, że takie postępowanie jest co najmniej niekorzystne – człowiek zrażony zamyka się bowiem na nasze argumenty, nie chce nas dłużej słuchać. W przyszłości będzie w najlepszym wypadku omijać nas z daleka, jeżeli nie stanie do walki przeciw nam. Nie ma w tym dla nas żadnej korzyści.

Zawsze pomocny złoty środek

Trzeba więc znaleźć wyważone granice. Bulwersowanie do pewnego stopnia jest dopuszczalne – o niektórych kwestiach wręcz nie da się mówić tak, aby nikt nie poczuł się obrażony. Odrobina zdrowego rozsądku jest wystarczająca do skutecznego osądzenia, jak daleko wolno się posunąć. Istnieje wszakże granica między bulwersowaniem w słusznej sprawie a perfidną obrazą. Artysta nie może być tutaj traktowany na innych zasadach niż ogół. Co prawda, sztuka w swym przekazie faktycznie różni się od zwykłej dyskusji. Jednak twórca z samego tylko faktu, że pokazuje światu swoje prace, nie zasługuje na nadzwyczajne traktowanie, nawet jeżeli są one udane. Wolność sztuki nie jest przyzwoleniem na wszystko. Tak samo jak opinię ogranicza jej zdatność do dyskusji, tak i wartość sztuki nie może być niepodważalna – choć tu margines jest szerszy. Z samego tylko faktu, że dzieło jest efektem pracy twórczej, nie wynika przecież jego istotność.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.