adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Zło i dobro, rewolucja i kontrrewolucja

magazine cover

unsplash.com

Jeśli, zrywając maskę z jej twarzy, zapytasz ją: »Kim jesteś?«, odpowie ci: »Nie jestem tym, za co mnie bierzesz. Wielu o mnie mówi, lecz niewielu mnie zna. […] Jestem nienawiścią wobec każdego porządku nieustanowionego przez człowieka, w którym nie jest on zarazem królem i bogiem […]. Jestem filozofią buntu, polityką buntu, religią buntu. Jestem zbrojnym zaprzeczeniem […]. Słowem: jestem anarchią, bo zdetronizowałam Boga, by postawić w jego miejsce człowieka«”. Słowa ks. Jeana-Josepha Gaume z traktatu La Revolution zachęcają do zastanowienia się, czym tak naprawdę jest rewolucja.

Jaki jest świat: dobry czy zły? Pozornie dla katolika sprawa jest prosta: Bóg stworzył świat i człowieka z miłości, a przy kreacji poszczególnych elementów „widział, że były dobre” (Rdz 1, 12). I faktycznie, na co dzień widzimy w świecie wiele dobra, piękna i porządku. Ale przecież dostrzegamy także zło, brzydotę i zniszczenie. Może nawet widzimy je częściej, bo bardziej zwracają one naszą uwagę. Dlaczego jednak zło w ogóle istnieje w dobrym, stworzonym przez Boga świecie? Ktoś powie: z powodu grzechu. To grzech pierwszych ludzi był powodem ich wygnania z raju. To nasze codzienne grzechy oddalają nas od Boga. To wina szatana, który najpierw sam wypowiedział Bogu posłuszeństwo, a teraz kusi nas, byśmy robili to samo, w mniejszych i większych sprawach. Czy rzeczywiście tak jest? Tak. Ale nie oznacza to, że wystarczy się z tym pogodzić i spokojnie patrzeć, jak zło rozlewa się po świecie.

A we mnie samym wilki dwa

Walka dobra ze złem to temat niezwykle nośny. Oczywiście teraz – w okresie Świąt Paschalnych – powraca on w kontekście religijnym, ale nie jest to jedyny kontekst. O zmaganiach dobra ze złem w skali globalnej – czyli wzajemnej relacji najogólniej pojętej idei dobra z najogólniej pojętą ideą zła – napisano wiele tomów traktatów i opowieści, nakręcono setki filmów, stworzono wręcz całe systemy filozoficzne czy religijne. A przecież sprawa jest dość prosta. Istnieje jeden Bóg wszechmogący, który jest dobrem. Zło jest brakiem dobra, czyli nieposłuszeństwem wobec Boga. Źródłem odrzucenia Bożych praw jest szatan, który jako pierwszy podjął taką decyzję. Nie jest on jednak w niczym równy Bogu. Jako upadły anioł jest tylko jedną z istot stworzonych przez Boga, nie jest bytem wszechmogącym ani kreatorem czegokolwiek. W końcu zło jest tylko odrzuceniem dobra – tak więc szatan niczego nie tworzy, a jedynie próbuje niszczyć to, co jest dobre. Nie istnieje więc, w skali najwyższej, coś takiego jak „równa walka” dobra ze złem. Nie ma racji manichejski dualizm, według którego świat jest areną zmagań dwóch „bogów” – dobrego i złego. Dobro jest budulcem naszego świata, a zło próbą jego niszczenia, skazaną z góry na porażkę.

Jednak szatan, zło, grzech, zniszczenie – to wszystko w naszym świecie istnieje. Istnieją więc też pola, na których dobro i zło faktycznie ze sobą walczą. Ta walka dokonuje się w skali najmniejszej – w nas samych. To właśnie w naszych sercach ściera się głos Boga – pragnienie dobra i piękna, nasz rozum i sumienie – z pokusami szatana, obecnymi pod tak wieloma postaciami. Codziennie podejmujemy setki decyzji, wybierając dobro lub zło. Opowiadamy się za Bogiem lub odwracamy się od Niego, ponieważ umożliwia nam to nasza wolna wola. I pewnie właśnie dlatego Bóg pozwala na istnienie szatana i całe dokonywane przezeń zniszczenie. Jak bowiem piękna jest dusza świadomie wybierająca dobro i odrzucająca realnie istniejące zło? O ile piękniejsza jest od tej, która – w hipotetycznym świecie, w którym Bóg nie dopuściłby do buntu szatana – byłaby skazana na dobro, nie mając innego wyboru? Czyż nie fakt, iż mamy wybór i wolną wolę, czyni dobro naprawdę dobrym? Z tego punktu widzenia ciągłe wybieranie dobra i odrzucanie zła, będące w istocie walką o to dobro, jest treścią naszego życia, którego celem jest zbawienie w Chrystusie.

Czy to wszystko? Nie. Jest jeszcze jedna skala, o której współcześnie – również w Kościele – mówi się niechętnie, wokół której narosły pewne przekonania, bardzo silne, choć nie zawsze trafne. To skala społeczna, cywilizacyjna, obejmująca społeczność ludzką z wszystkimi jej przymiotami. I nie chodzi tu o politykę, stanowiącą tylko jeden ze składników; ta skala dotyczy całej cywilizacji, na którą – oprócz sposobu sprawowania rządów i instytucji – składają się stojące u jej podstaw wartości, prawo, kultura i sztuka, pewna ogólna mentalność, nauka czy religia (religijność w jakiejkolwiek formie). I choć wydawać by się mogło, że w odniesieniu do masy ludzkiej trudno mówić o moralnym dobru tudzież złu, tak przecież tworzą ją ludzie, którzy – jako jednostki – wybierają dobro lub zło. Ta moralna wartość dotyczy nie tylko decyzji związanych z życiem prywatnym, ale również społecznym, czyli tworzeniem cywilizacji. W społeczeństwie może rozprzestrzeniać się błąd, prowadzący do zła. Może dojść do wytworzenia niesprawiedliwego prawa czy wręcz niesprawiedliwego systemu politycznego. Może zdarzyć się nawet, że cywilizacja za swoje podstawy przyjmie moralnie złe wartości. I oczywiście – z punktu widzenia każdego z nas najważniejsze jest to, czy sami wybierzemy dobro i czy osiągniemy zbawienie. Nie należy jednak zapominać o tym, że cywilizacja jest miejscem, w którym przeżywamy nasze ziemskie życie, a tworząc na ziemi wspólnotę mamy dbać nie tylko o zbawienie samych siebie, ale także innych. Zdrowa, sprawiedliwa cywilizacja rozwija się intelektualnie i moralnie, podczas gdy cywilizacja zła cierpi i stopniowo umiera. Jako katolicy powinniśmy dbać o naszą cywilizację.

Civitas Dei, Civitas Terrana

W tym miejscu nasuwa się kilka pytań. Po pierwsze – czym właściwie jest zdrowa cywilizacja, czym się takowa charakteryzuje? Po drugie – jak taką cywilizację zbudować i czy w ogóle jest to możliwe? Nad problemami cywilizacji pochylały się z uwagą najtęższe głowy w historii ludzkości, nie ulega jednak wątpliwości, że żadna z historycznych cywilizacji nie była doskonała. Co jednak znaczy w tym przypadku doskonałość lub chociaż dążenie do doskonałości? Jako katolicy wierzymy, że „nasza ojczyzna jest w Niebie” (Flp 3, 20), a każda ziemska cywilizacja jest jedynie przystankiem na drodze ku niej. Królestwo Niebieskie – Nowa Jerozolima – jest miejscem wiecznej szczęśliwości, dlatego powinniśmy traktować je jako wzór podczas budowy naszej ziemskiej cywilizacji. Najpełniej pogląd ten wyraził św. Augustyn w dziele O Państwie Bożym.

Koncepcje św. Augustyna, a szczególnie nauka o Civitas Dei i Civitas Terrana, stanęły u podstaw chrześcijańskiej cywilizacji europejskiej, wyłonionej po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Okres ten, nazywany pogardliwie średniowieczem, jest obecnie uważany za czas, w którym europejska cywilizacja najbardziej zbliżyła się w stronę Civitas Dei. Niewątpliwie była to cywilizacja bardzo niedoskonała, w której pojawiało się wiele niesprawiedliwości czy wojen, niemniej współcześnie obraz tamtych czasów jest mocno zniekształcony. Przede wszystkim mamy tendencję do oceniania średniowiecza naszą dwudziestopierwszowieczną miarą, a to już samo w sobie wypacza jego obraz. Zżymamy się na inkwizycję, zapominając, że to ona wprowadziła takie „nowinki” jak chociażby prawo do adwokata, apelacje czy osobne cele dla kobiet i mężczyzn (źródło: 19 nieznanych faktów na temat Inkwizycji, dostępny: http://sredniowieczny.pl/19-nieznanych-faktow-na-temat-inkwizycji/ (dostęp z: 03.2020). Patrzymy na wieki średnie przez pryzmat późniejszych osiągnięć naukowych, nie pamiętając, że to w średniowieczu powstały uniwersytety, bez których późniejszy rozwój nie byłby w ogóle możliwy. Często w ferworze dyskusji nagle zapominamy nawet o tak rzucającym się w oczy osiągnięciu średniowiecza, jak wspaniała architektura gotyku. Przede wszystkim nie pamiętamy jednak o tym, że to właśnie wówczas, na bazie dziedzictwa cywilizacji starożytnych, szczególnie rzymskiej i greckiej, uzupełnionych o filozofię i moralność chrześcijańską, mozolnie budowano w Europie cywilizację Christianitas. Że wytworzone wówczas instytucje i zasady – zasada pomocniczości, relacje pomiędzy Kościołem a władzą świecką, hierarchiczna struktura społeczeństwa, inkwizycyjny model procesu sądowego, system rodowy i silna rola rodziny, własność prywatna, etos rycerski – stanowiły solidną podstawę cywilizacji chrześcijańskiej.

Współcześnie nie możemy jednak powiedzieć, żeby cywilizacja, w której żyjemy, była rzeczywiście cywilizacją chrześcijańską. Co się więc stało ze średniowieczną Christianitas na przestrzeni ostatnich kilkuset lat? Zagłębiając się w historię Europy, a nawet całego świata, zauważymy różnorakie procesy, zmiany mentalności i struktury społecznej, przemiany w religijności społeczeństw, a także gwałtowne przewroty, które stopniowo zmieniały kształt cywilizacji, sięgając aż do jej podstaw. Na te wszystkie wydarzenia można spojrzeć całościowo, jako na długoletni proces w istocie obliczony na niszczenie krok po kroku cywilizacji Christianitas. Takie przełomowe spojrzenie, systematyzujące bieg historii i pozwalające zrozumieć wiele z pozoru nielogicznych wydarzeń, zaprezentował brazylijski myśliciel prof. Plinio Correa de Oliveira, który w swojej pracy „Rewolucja i Kontrrewolucja” określił proces niszczenia Christianitas właśnie słowem „rewolucja”.

Cztery schody w ciemność

„Przez słowo »Rewolucja« rozumiemy ruch, który zmierza do zniszczenia prawowitej władzy lub porządku i zastąpienia ich nieprawowitą władzą lub stanem rzeczy” (Correa de Oliveira P., Rewolucja i Kontrrewolucja, cz. 1, rozdział VII 2A). W rozumieniu prof. de Oliveiry, rewolucja jest czymś więcej niż przewrotem, gwałtowną zmianą – rozumienie to nie pokrywa się więc w stu procentach z powszechnie przyjmowaną definicją „rewolucji”. Oczywiście głębszej analizie prof. de Oliveira poddaje historię od czasów schyłkowego średniowiecza, której bieg miały nadawać procesy i wydarzenia mające na celu destrukcję poszczególnych przejawów Christianitas, a więc właśnie rewolucyjne. Rewolucję tę w myśli oliveirańskiej dzieli się najczęściej na trzy bądź cztery etapy, powiązane z konkretnymi sferami cywilizacji, stanowiącymi w danej epoce główny cel ataku rewolucji. Nie znaczy to jednak, że poszczególne sfery działania rewolucji w żaden sposób się nie przenikają.

Etapem pierwszym była rewolucja protestancka, czyli reformacja. Była to rewolucja religijna, która miała na celu zachwianie autorytetem najważniejszej z podstaw Christianitas, czyli Kościoła katolickiego. Protestantyzm uderzał w hierarchiczną strukturę Kościoła i jego nadprzyrodzony charakter, a także jedność doktryny. Poszczególne odłamy zaczęły spłycać religijność, odrzucając sakramenty, obcowanie świętych czy hierarchiczność stanu kapłańskiego, a przede wszystkim sukcesję apostolską i Tradycję. Skutkiem rewolucji protestanckiej była również seria krwawych wojen religijnych, które miały miejsce w Europie w XVI i XVII wieku.

Etap drugi to rewolucja polityczna, kiełkująca przez cały XVIII wiek w postaci różnych prądów filozofii oświeceniowej, dokonana w praktyce podczas tzw. rewolucji francuskiej, rozniesiona po świecie na bagnetach armii Napoleona i przypieczętowana w dalszych wydarzeniach XIX wieku aż po I wojnę światową. Rozwój filozofii deistycznej czy ateistycznej doprowadził do przewartościowania pojęcia godności człowieka, która nie wynikała już z bycia stworzeniem Boga i uczestnictwa w Bożym planie zbawienia. Skutkiem tego była eskalacja napięć i wybuch rewolucji, której celem były konkretne instytucje – monarchia, szlachta, stan duchowny, przywileje stanowe. Rewolucja, którą lepiej byłoby nazwać „antyfrancuską”, zapoczątkowała jednak proces znacznie głębszy, prowadzący do całkowitego przewartościowania i zmiany myślenia o państwie. To właśnie ówczesne hasła są podwaliną współczesnego postrzegania roli państwa, jego instytucji, relacji państwo-Kościół czy praw człowieka. Oczywiście nie można też zapomnieć, że to na fali rewolucji antyfrancuskiej doszło do pierwszego w historii zaplanowanego i przeprowadzonego przez państwo ludobójstwa, którego ofiarą padły setki tysięcy mieszkańców zbuntowanej Wandei. Liczba ofiar tej fazy rewolucji jest jednak znacznie większa – obejmuje poległych w wojnach napoleońskich, rozruchach związanych z Wiosną Ludów czy późniejszymi wojnami o zjednoczenie Włoch i Niemiec.

Etap trzeci, kontynuując destrukcję sfery religijnej i politycznej, skupił się na nietkniętej dotąd sferze ekonomicznej. Pojawiła się myśl Karola Marksa, w której miejsce Boga i rozumu zajmuje stan posiadania, a historia świata jest odwieczną historią walki klas: posiadającej i pracującej. Drogą do powszechnej szczęśliwości miała być ogólnoświatowa rewolucja, która zgniecie klasę posiadającą i wprowadzi komunizm. Sama koncepcja walki klas nie była czymś nowym, wszak antagonizowanie społeczeństwa było paliwem rewolucji od samego jej początku (w rewolucji protestanckiej naprzeciw siebie stawiano duchowieństwo i świeckich, w rewolucji antyfrancuskiej „zwykłych” ludzi i arystokrację). Marks był jednak pierwszym, który głośno mówił o konieczności i powszechności konfrontacji. Na koncie jego i jego zwolenników należy więc zapisać nie tylko ofiary rewolucji bolszewickiej, leninizmu, stalinizmu, licznych wojen prowadzonych przez Związek Radziecki czy komunistycznych rządów w Chinach, Kambodży czy na Kubie. Przecież osią II wojny światowej – najpotężniejszego konfliktu w dziejach ludzkości – był konflikt pomiędzy dwiema wersjami socjalizmu: nazizmem i komunizmem. Filozofia marksistowska stała się również podwaliną dla kolejnej fazy rewolucji.

Zobacz też:   Redukcje misyjne, czyli o czym opowiada film Misja?

Etap czwarty bywa określany jako rewolucja kulturowa bądź obyczajowa. Jej celem jest sięgnięcie głębiej niż wszystkie poprzednie fazy rewolucji i zniszczenie tradycyjnej moralności, kultury i obyczajowości. Historycznie punktem przełomowym tego etapu była rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych XX wieku i postępujący w drugiej połowie ubiegłego stulecia tzw. „wolny marsz przez instytucje”, polegający na stopniowym przejmowaniu przez zwolenników rewolucji wszystkich możliwych stanowisk w instytucjach państwowych, naukowych, społecznych, mediach, a docelowo – co byłoby szczytem marzeń rewolucjonistów – także w Kościele. Dodajmy jeszcze, że ta rewolucja jest paradoksalnie najbardziej krwawą ze wszystkich, ponieważ to ona doprowadziła do niewyobrażalnej liczby aborcji, a także rozpowszechnienia eutanazji czy in vitro, nie mówiąc o rosnącej liczbie samobójstw spowodowanych postępującym nihilizmem.

Od Marksa do LGBT

Jak już wspomniałem, czwarty etap rewolucji – który, choć już zdążył spowodować olbrzymie zniszczenia, wciąż dokonuje się na naszych oczach – ma korzenie marksistowskie. Ba, spojrzenie na jej historię pokazuje wręcz, że rewolucja obyczajowa jest w swej istocie neomarksistowska. Źródłem większości rewolucyjnych haseł była tzw. szkoła frankfurcka, czyli grupa marksistowskich myślicieli, którzy skupili się w okresie międzywojennym wokół Instytutu Badań Społecznych przy Uniwersytecie we Frankfurcie. „Frankfurtczycy” zrozumieli, że tradycyjny marksizm-komunizm jest skazany na porażkę, więc, chcąc kontynuować rewolucję, należy go przedefiniować i dostosować przekaz do zmieniających się czasów. Istotą nowego marksizmu – określanego czasem jako „marksizm kulturowy” – miała być zmiana pola walki klas, a co za tym idzie – zmiana definicji „proletariatu”, klasy walczącej o wyzwolenie. Miejsce robotników, którzy nie wywołali (cóż za zaskoczenie) ogólnoświatowej rewolucji, miały zająć tzw. „mniejszości seksualne”. Cała reszta – ucisk „proletariatu” przez uciskających, walka (oczywiście – odwieczna) klas oraz nieuchronność konfrontacji, po której na zgliszczach starego świata powstanie nowy, wspaniały, utopijny – pozostawała bez zmian. Ten sam schemat doprowadził do powstania całego szeregu neomarksistowskich ideologii, wokół których ogniskuje się współczesna debata publiczna. Najgłośniejsze z nich to:

  • feminizm, uzasadniany sztucznie wywołanym antagonizmem pomiędzy kobietami a mężczyznami. Neomarksistowski feminizm nie ma wiele wspólnego z dziewiętnastowiecznymi ruchami sufrażystek, walczącymi o zrównanie praw politycznych obu płci. Nowym „proletariatem” są po prostu kobiety, rzekomo uciskane przez mężczyzn (słowem-kluczem jest tu „patriarchalizm”). Celem feminizmu nie jest więc usuwanie niesprawiedliwości związanych z byciem kobietą, ale obalenie „patriarchalnej” struktury i ustanowienie nowego stanu rzeczy. Na sztandarach walki o „prawa kobiet” jest wypisana m.in. legalizacja aborcji (następstwem feminizmu jest więc ruch pro-choice), antykoncepcji czy rozwodów; pochodną tej ideologii są także postulaty dotyczące kapłaństwa kobiet. Warto skonfrontować ten zestaw z katalogiem praw kobiety w tradycyjnym społeczeństwie i nauczaniu Kościoła, obejmującym przede wszystkim prawo do szacunku, realizacji swojego powołania, opieki i bezpieczeństwa, piękna i wrażliwości. Niestety, wartości te nie leżą w obszarze zainteresowań neomarksistowskiego feminizmu.
  • ideologia gender, w której nowym proletariatem są osoby mające problem z identyfikacją płciową. Kościół nakazuje otoczyć takie osoby opieką i wsparciem, pomagającym im rozwiązać trudności z samoakceptacją. Złem jest szydzenie z takich osób i społeczny ostracyzm, tak samo jak złem jest umożliwianie im chirurgicznej zmiany płci czy „akceptowanie” samoidentyfikacji niezgodnej ze stanem faktycznym. Powód jest prosty – zaakceptowanie „faktu”, iż pewien mężczyzna jest od dziś „kobietą” wcale nie rozwiązuje jego problemu z samoakceptacją. Na sztandarach ideologii gender znajdziemy ponadto postulaty m.in. obowiązkowej edukacji seksualnej i przyzwolenia na obecność obscenicznych treści w przestrzeni publicznej, wymierzone w rodzinę i tradycyjny model wychowania.
  • bardzo podobnie działa ideologia LGBT, w której rolę nowego proletariatu pełnią osoby mające skłonności homoseksualne czy inne zaburzenia seksualności. Znów – Kościół nakazuje takich ludzi szanować i wspierać w dążeniu do ujarzmienia grzesznej skłonności. Sama skłonność nie jest bowiem grzechem – grzechem jest jej rozwijanie, grzechem jest współżycie z osobami tej samej płci (czy w innej konfiguracji z szerokiego wachlarza LGBT), ale tak samo grzechem jest wyzywanie od „pedałów” czy rzucanie w nich kamieniami. Tymczasem neomarksistowska ideologia LGBT dąży do odrzucenia tradycyjnego modelu seksualności i rodziny, przyznania parom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci i zrównania ich w prawach z normalnymi rodzinami, a koniec końców zaprowadzenia totalnej swobody seksualnej.
  • szczególnie głośny jest ostatnimi czasy ekologizm. Cóż, trudno w to uwierzyć, ale neomarksiści byli w stanie zdeformować nawet tak szlachetną ideę, jak ochrona przyrody. Prawda jest jednak taka, że jeśli przeanalizujemy niektóre z postulatów – zakaz spożycia mięsa, ograniczenie ilości posiadanych dzieci czy inne formy zmniejszania populacji ludzkości – okazują się one z gruntu neomarksistowskie. Rolę nowego proletariatu przyjmuje środowisko naturalne i zwierzęta, a nową klasą uciskającą są ludzie. To właśnie odróżnia neomarksistowski ekologizm od rzeczywistej troski o przyrodę. Według ekologizmu człowiek jest wrogiem przyrody, więc żeby ocalić przyrodę należy niszczyć człowieka. Prawdziwa ochrona przyrody opiera się zaś o zasady, które Kościół głosi niezmiennie od Księgi Rodzaju po encyklikę Laudato Si: człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, od którego otrzymał na własność ziemię wraz z bogactwem przyrody, za które jest odpowiedzialny. Rozsądne korzystanie z zasobów ziemi jest naszym obowiązkiem wobec Boga-Stwórcy oraz przyszłych pokoleń, dziedziczących ją po nas.
  • neomarksizm dostarczył również nowego paliwa antyklerykalizmowi. Oczywiście sprzeciw wobec Kościoła dostrzegamy w każdym przejawie rewolucji i nie ma w tym nic dziwnego, bo leży to w jej istocie. Neomarksizm, skupiony na wynajdywaniu i podsycaniu podziałów tam, gdzie ich nie ma, wpisał się w ten trend idealnie. Nowa walka klas jest umiejscowiona z jednej strony na linii Kościół-reszta świata (ten sztuczny antagonizm najczęściej jest obrazowany za pomocą nieistniejących sprzeczności na poziomie idei, np. Kościół-nauka, Kościół-postęp, Kościół-tolerancja itp.), a z drugiej strony na linii duchowieństwo-wierni. W ten sposób truciznę neomarksizmu próbuje się sączyć do Kościoła zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Oczywiście również i w tym przypadku Kościół daje neomarksistom odpór głosząc przykazanie miłości bliźniego oraz powszechne powołanie do świętości. Niekatolicy nie są dla katolików wrogami, ale braćmi, którzy pobłądzili i należy im pomóc w powrocie do Winnicy Pańskiej.

Przywracanie porządku

Nakreślony powyżej obraz nie napawa optymizmem. Wynika z niego, że znajdujemy się w epicentrum czwartej fali rewolucji, która sieje spustoszenie w najbardziej intymnych sferach naszego życia, a z cywilizacji chrześcijańskiej pozostały w zasadzie tylko zgliszcza. Nie jest to jednak obraz pełny. Skupiając wzrok na ruinach często zapominamy o podniesieniu go w górę – w kierunku Boga, który zwyciężył zło i śmierć i bez przerwy umacnia swój Kościół Święty, aby zwalczał zło na ziemi i prowadził ludzi do zbawienia. Rewolucja nie jest więc nieskrępowana: na całym świecie podejmowane są działania mające jej zapobiec, naprawiać pozostawione przez nią zniszczenia, przywracać porządek. Plinio Correa de Oliveira nazwał ogół tych działań „kontrrewolucją”. „Skoro Rewolucja jest nieporządkiem, to Kontrrewolucja jest przywracaniem porządku. A przez porządek rozumiemy pokój Chrystusa pod panowaniem Chrystusa, a więc cywilizację chrześcijańską, surową i hierarchiczną, sakralną od podstaw, antyegalitarną i antyliberalną” (cyt. Correa de Oliveira P., Rewolucja i Kontrrewolucja, cz. 2, rozdział II 1).

Jak już wspomniano, podstawowy wybór między dobrem a złem dokonuje się wewnątrz człowieka, a wszystkie jego działania są konsekwencją tych właśnie wyborów. Pierwszym źródłem kontrrewolucji jest więc właściwie ukształtowane sumienie, które prowadzi do wyboru dobra zamiast zła, ale także piękna zamiast brzydoty, porządku zamiast chaosu, opanowania zamiast emocji, intelektu zamiast powierzchowności i prawdy zamiast fałszu. Sam prof. de Oliveira za główne motory rewolucji uważał pychę i zmysłowość, przysłaniające rozum i zagłuszające głos sumienia. Myślę, że listę tę można poszerzyć o pozostałe grzechy główne – jak pokazaliśmy, równie silnym motorem neomarksizmu jak zmysłowość jest chociażby gniew czy zazdrość, chciwością kierują się przykładowo wielkie korporacje i koncerny medialne robiące na postępach rewolucji świetny biznes, a łakomstwo (wzrost konsumpcji) i lenistwo (otępienie duchowe, nihilizm) stanowią idealne warunki do rozprzestrzeniania się rewolucyjnej gangreny. Kontrrewolucja powinna więc być w pierwszym szeregu walką z przyczynami rewolucji, a więc z grzechem. Podstawową kontrrewolucją jest zatem głębokie życie duchowe. Wzorami postawy kontrrewolucyjnej są święci.

To jednak nie wszystko. Kontrrewolucja jest przywracaniem Christianitas, odbudowywaniem zniszczeń – jako taka musi więc być aktywna, przemyślana i szczera. Prawdziwa kontrrewolucja nie jest grupą rekonstrukcji historycznej. Jej celem nie jest odtwarzanie średniowiecznych praw i instytucji na zasadzie „kiedyś to, kurła, było” ani walka z wiatrakami i dawno przebrzmiałymi hasłami. Kontrrewolucja dokonuje się tu i teraz, jest zwalczaniem tych rewolucyjnych haseł, które akurat zbierają największe żniwo i przywracaniem porządku chrześcijańskiego tam, gdzie jest to najbardziej pilne, bez lekceważenia postępu naukowego, technicznego czy filozoficznego.

Tu należy podkreślić jeszcze jedną ważną rzecz: wrogiem kontrrewolucjonisty nie jest nigdy żaden „pedał”, pro-aborcjonista, transseksualista, protestant, komunista, faszysta, jakobin, Stalin, Hitler, Luter, Soros, Robespierre, Rousseau, Che Guevara czy jakikolwiek inny rewolucjonista. Jedynym wrogiem kontrrewolucjonisty jest szatan. Ba, szatan jest wrogiem każdego człowieka, niezależnie od tego, czy niektórzy go za wroga nie uznają bądź nie wierzą w jego istnienie. Każdy rewolucjonista jest człowiekiem, tak jak każdy kontrrewolucjonista jest człowiekiem. Jest tak samo dzieckiem Boga, tak samo powołanym do świętości, obdarzonym wolną wolą i wystawionym na pokusy szatana. Zwycięstwem kontrrewolucji nie jest pokonanie tego człowieka – zabicie, upokorzenie, pojmanie – ale wyzwolenie go z sideł szatana, pokonanie zniewalającego go błędu. Skuteczną kontrrewolucją do rewolucji obyczajowej nie byłoby wtrącenie do więzień wszystkich dewiantów, feministek, pro-aborcyjnych polityków i celebrytów etc., ale powszechne odrzucenie neomarksistowskich ideologii i przywrócenie akceptacji tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, również w prawie. Oczywiście jest to bardzo trudne, ponieważ strona rewolucyjna myśli w sposób zupełnie odwrotny i widzi w kontrrewolucjonistach swoich wrogów, stojących na drodze do ich szczęścia i budowy lepszego świata. Oczywiście trudno jest trafić do rewolucjonistów naszymi argumentami, ponieważ rewolucyjna mentalność opiera się bardziej na emocjach niż na rozumie, a eskalacja złych emocji tylko sprawę pogarsza. Niemniej jednak powtórzmy raz jeszcze: nienawiść wobec dowolnego człowieka jest grzechem i nie służy kontrrewolucji. W zasadzie, w świetle powyższych rozważań, nienawiść do drugiego człowieka należałoby uznać za przejaw myślenia marksistowskiego. Tymczasem kontrrewolucja nie jest walką uciskanych kontrrewolucjonistów z uciskającymi rewolucjonistami, ale odbudową, przywracaniem porządku, zwalczaniem błędu, zwalczaniem grzechu.
Oczywiście cała złożoność procesów rewolucji i kontrrewolucji jest tematem zbyt szerokim, aby wyczerpać go na łamach artykułu – nawet tak przydługiego. Zdaję sobie sprawę, że jest wiele zagadnień, których nie udało mi się poruszyć, a stanowią one istotny kontekst całości. Nie chciałem jednak napisać traktatu, a jedynie wskazać pewne koncepcje i usystematyzować nieco wiedzę historyczną. Wiem, że na świecie – również wśród naszych czytelników – jest wielu ludzi, którzy bardziej lub mniej świadomie sprzeciwiają się rewolucji bądź pewnym jej przejawom. Wiem również, że wielu z nich czuje się zagubionych, ponieważ nie miało okazji poznać tradycyjnego światopoglądu i nauczania Kościoła, bo przedstawiono im je w zniekształconej bądź całkiem zakłamanej formie, której nie byli w stanie zaakceptować. Mam świadomość, że kontrrewolucja musi się dokonywać w nas, że naszym obowiązkiem jest nazywanie zła złem i błędu błędem, że musimy stać na straży tradycyjnych wartości i popularyzować je w świecie. Że w tym celu musimy się dokształcać, czerpiąc jak najwięcej ze skarbca chrześcijańskiej myśli filozoficznej, moralnej i duchowej. Że musimy podejmować tę walkę codziennie na nowo, wytrwale kroczyć drogą modlitwy, cnoty, mądrości, miłości i dokładać wszelkich starań, aby pomóc wejść na tę drogę naszym bliźnim. Że – jak pisał abp Fulton Sheen – „realnym sposobem zniesienia podziałów klasowych nie jest nienawiść i walka klas, lecz miłość i komunia” (abp Sheen F., Świat Marnotrawny, s. 70).

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.