adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Z ziemi polskiej do włoskiej

Italia. Kraj o przebogatej kulturze i historii, dzięki któremu mamy pizzę, ferrari czy piosenki Al Bano i Rominy Power. To również ziemia, która dała światu wielu świętych, choć – podobnie jak w wielu innych miejscach – Kościół przeżywa tam obecnie kryzys. O wiarę, życie i młodzież we Włoszech spytałem mojego kolejnego rozmówcę.

Z bratem Karolem Łukaszczykiem CSsR, który odbywał praktykę pastoralną we Włoszech, rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Pyszne jedzenie, piękna muzyka, historia na każdym kroku… Jak wspomina Brat życie we Włoszech?

KŁ: Włosi żyją zdecydowanie innym trybem niż Polacy, ich życie toczy się wolniej. Wstają znacznie później, a po obiedzie mają tak zwaną „sjestę”. Wszelkie aktywności rozpoczynają dopiero po godzinie szesnastej. W związku z wyższą temperaturą (przynajmniej jeśli chodzi o południe kraju, gdzie miałem okazję być) życie toczy się w licznych barach i knajpach do późnych godzin nocnych. Inne są także nawyki żywieniowe: we Włoszech nie do pomyślenia jest wędlina czy ser na śniadanie. Poranny posiłek, jeśli w ogóle się odbywa, jest zazwyczaj lekki: podaje się biszkopty lub coś innego na słodko.

KM: Za to później można sobie przypomnieć, dlaczego włoska kuchnia jest jedną z najpopularniejszych na świecie?

KŁ: Tak, stół jest jednak dla miejscowych ważnym miejscem, a obiad czy kolacja trwają zdecydowanie dłużej niż u nas; to czas budowania wspólnoty i wzajemnych relacji. Doskonałym przykładem może być okres świąt Bożego Narodzenia – posiłki trwają po kilka godzin, składają się z co najmniej trzech dań, a wszystkiemu towarzyszą mniej lub bardziej poważne rozmowy. Czas na konieczny dla Włochów deser (coś słodkiego lub świeże owoce) uprzyjemnia popularna tam gra – tombola.

Mieszkańcy Italii mają także zupełnie inny styl bycia: są bezpośredni i żywiołowi, szczególnie ci mieszkający na południu. Nie przywiązują za to wagi do wielu rzeczy, które u nas muszą być bardzo dobrze zaplanowane.

KM: Czy zdarzało się Bratu spotykać we Włoszech rodaków?

KŁ: Niezbyt często, jednak zdarzały się poszczególne przypadki osób, które ze względu na swoją „drugą połówkę” wyjechały do Włoch. Ludzie ci bardzo się cieszyli, kiedy mogli spotkać rodaka. Co ciekawe, jedną z takich par spotkałem bezpośrednio po ich ślubie. Przyjechali do sanktuarium św. Gerarda, żeby prosić o potomstwo. Było to tuż przed moim odnowieniem ślubów zakonnych, które miało się odbyć tam, na miejscu. Obiecałem pomodlić się za nich, a oni zobowiązali się do modlitwy w mojej intencji.

Innym małżeństwem polsko-włoskim, które miałem okazję spotykać częściej, byli pewien pan i jego żona Polka z pobliskiej miejscowości. Kiedy dowiedzieli się, że pochodzę z Polski, bardzo często mnie odwiedzali. We Włoszech jesteśmy kojarzeni głównie z Janem Pawłem II. Kiedy mówiłem, że mam z nim wspólne nie tylko imię, ale i narodowość, bardzo często moi rozmówcy przywoływali swoje wspomnienia dotyczące Karola Wojtyły.

Bazylika z grobem św. Gerarda (fot. br. Karol Łukaszczyk)
Sala wotywna przy grobie św. Gerarda (fot. br. Karol Łukaszczyk)
Grób św. Gerarda (fot. br. Karol Łukaszczyk)
Br. Karol podczas wystawienia do kultu urny św. Gerarda (fot. br. Karol Łukaszczyk)

KM: Jak we Włoszech działa Kościół katolicki?

KŁ: Podobnie jak w Polsce, większość Włochów to ludzie ochrzczeni. Statystyki pokazują, że ponad 70% ludności to katolicy. Kościół tam jednak nie ma tak silnego związku z ojczyzną jak nasz. Z racji tego, że Italia to kolebka chrześcijaństwa w Europie, jest tam bardzo dużo diecezji.

Jeden z problemów tamtejszego Kościoła to starzejące się duchowieństwo. Bardzo mało jest miejscowych powołań. Spotkałem wielu księży Polaków, którzy przyjechali, by pracować we Włoszech. Ludzie, mimo iż ochrzczeni, w kościołach pojawiają się raczej okazyjnie. Ich aktywność religijna związana jest głównie z kultem świętych – uczestniczą w uroczystościach na ich cześć i pielgrzymują do różnych sanktuariów.

Kościół włoski bardzo mocno angażuje się w Caritas. Istnieje wiele organizacji przykościelnych pomagających ubogim. Ten wymiar oraz powstające małe wspólnoty żywej wiary są bez wątpienia nadzieją dla wspólnoty katolików we Włoszech.

KM: A co z młodzieżą? Chyba nie może narzekać na brak zainteresowania ze strony pasterzy?

KŁ: We Włoszech jest prowadzona katecheza parafialna. Przy sanktuarium św. Gerarda Majelli, gdzie miałem swoje praktyki, funkcjonuje również parafia. Katecheza odbywała się tam co sobotę. Co ciekawe, była prowadzona nie tylko przez ojca proboszcza, ale także przez grupę młodych ludzi, którzy po przyjęciu sakramentu bierzmowania zdecydowali się na to, by pozostać jako katechiści przy młodzieżowej wspólnocie parafialnej. Przekazywanie przez nich żywej wiary swoim młodszym kolegom często jest bardzo owocne.

Redemptoryści we Włoszech prowadzą też wspólne spotkania grup dla młodych, które działają przy naszych ośrodkach. Ich członkowie często są zaangażowani w różne dzieła w naszych parafiach: prowadzą katechezę, udzielają się w grupach charytatywnych, uczą dzieci śpiewu czy gry na instrumentach. Ich spotkania stają się okazją do podzielenia się swoją wiarą, a dzięki naszej pomocy odkrywają też swoje życiowe powołania. Wśród tych młodych ludzi jest też kilku chłopaków, którzy mieszkają w naszych domach zakonnych i przeżywają swój prepostulat, czas intensywnego rozeznawania przed podjęciem ostatecznej decyzji o wstąpieniu do zgromadzenia.

Zobacz też:   A każdy chciał tu przecież normalnie żyć | Polonia Zawsze Wierna

KM: Skoro już doszliśmy do redemptorystów – jak w ogóle trafił Brat na praktyki do Italii?

KŁ: Wyjechałem do Włoch w ramach praktyk pastoralnych w naszym seminarium. Byłem w miejscu, gdzie znajduje się sanktuarium św. Gerarda Majelli – naszego brata zakonnego. Jest to jeden z najbardziej znanych świętych na Półwyspie Apenińskim – patron rodziców proszących o dar potomstwa oraz matek i dzieci. Jego życie było wypełnione wieloma cudami i działaniem łaski Bożej. Dzisiaj do sanktuarium przyjeżdża wiele osób nie tylko prosić, ale również dziękować. Do wyobraźni bardzo przemawia sala wotów, jakie rodzice składają po narodzinach dzieci, które, jak wierzą, otrzymali za wstawiennictwem św. Gerarda.

KM: Czym zajmował się Brat na co dzień?

KŁ: Moja posługa w sanktuarium polegała na prostym byciu dla pielgrzymów. Wszystkie dni spędzałem w zakrystii, która służyła nie tylko kapłanom przygotowującym się do odprawiania Eucharystii, ale również pielgrzymom, którzy przychodzili powierzać swoje intencje, zamawiać msze święte czy dziękować za otrzymane łaski. Taki rodzaj posługi sprawił, że bardzo szybko nauczyłem się języka, który w momencie wyjazdu znałem jedynie na poziomie początkującym.

Oprócz pracy w sanktuarium nawiązałem także relacje z wieloma osobami, które z nami współpracują w dziele misji: wolontariuszami, pracownikami oraz parafianami, którzy w małej liczbie, ale regularnie przychodzili do „swojego” świętego.

Br. Karol z br. Gerge z Madagaskaru (fot. br. Karol Łukaszczyk)
Widok z bazyliki św. Gerarda (fot. br. Karol Łukaszczyk)
(fot. br. Karol Łukaszczyk)
Stół wigilijny u włoskich redemptorystów (fot. br. Karol Łukaszczyk)

KM: Dlaczego akurat Włochy?

KŁ: Początki naszego zgromadzenia to właśnie Italia. Święty Alfons de Liguori, założyciel redemptorystów, był neapolitańczykiem. W związku z tym rejony, do których pojechałem, są nierozerwalnie złączone z historią naszej wspólnoty zakonnej. To miejsca kultu naszych świętych: św. Alfonsa, bł. Januarego Sarnellego i właśnie św. Gerarda.

Materdomini (gdzie znajduje się jego grób) to nie tylko sanktuarium związane z pielgrzymami przejeżdżającymi po to, aby wyprosić sobie dar potomstwa, ale także miejsce, w którym bardzo wielu ludzi przeżywa swoje nawrócenie. Kaplica pod bazyliką jest nawiedzana przez rzesze osób pragnących skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania. Święty Gerard jest bowiem także, ze względu na dary, którymi obdarzył go Pan Bóg, patronem ludzi przygotowujących się do spowiedzi. Miał niesamowity dar wnikania w serce człowieka.

KM: Jak rozwijają się redemptoryści we Włoszech?

KŁ: Choć włoscy redemptoryści mają dużo mniej powołań niż dawniej, to jednak oddają się pracy nie tylko przy sanktuariach, ale także tej duszpasterskiej w parafiach. Posługują grupom zaangażowanych świeckich, którzy oddają się różnym dziełom.

Ze względu na małą liczebność nasi współbracia z Italii są coraz częściej wspomagani przez tych pochodzących z innych części świata. Do Materdomini przyjeżdżają ojcowie z domu generalnego w Rzymie, aby pomagać w odprawianiu Eucharystii i spowiadaniu. Redemptoryści neapolitańscy założyli kiedyś misje na Madagaskarze. Dzisiaj niektórzy Malgasze przyjeżdżają do Włoch, by pomagać tym, którzy kiedyś przynieśli im Chrystusa. Oprócz pracy duszpasterskiej w parafii Włosi dalej, choć już w znacznie mniejszym wymiarze, posługują, wyjeżdżając do pobliskich miejscowości i głosząc misje parafialne, kazania okolicznościowe, czy organizując rekolekcje. Mimo kurczącej się liczby włoskich redemptorystów jest pewna nadzieja, że wśród osób związanych z nami w grupach młodzieżowych znajdą się nowi gorliwi współbracia. Potomkowie tych, którym kiedyś Ewangelię głosił św. Alfons, oraz te miejsca tak mocno związane z naszą historią domagają się bowiem naszej obecności.

KM: Każde praktyki czegoś uczą – jak było w przypadku Brata?

KŁ: W seminarium nasze życie jest bardzo zorganizowane i czasu do własnego zagospodarowania pozostaje niewiele. Okres praktyk pastoralnych był bardzo dobry, aby zorientować się, jak mocno zakorzenione jest we mnie życie powołaniem zakonnym. Wspólnota, która zajmowała się posługą w sanktuarium, nie zbierała się tak często na modlitwy, jak my tutaj. W związku z tym był to dobry moment na to, żeby zobaczyć, jak bardzo konieczne jest na naszej drodze trwanie przy Jezusie.

Ten czas dał mi także możliwość poznania różnych kultur. Pomimo iż do sanktuarium przyjeżdżali głównie Włosi, to jednak ze względu na dużą liczbę osób potrzebujących sakramentu pokuty i pojednania do pomocy, jak już wspomniałem, przyjeżdżali nasi ojcowie z domu generalnego w Rzymie, którzy byli różnych narodowości. Miałem więc niesamowitą okazję do spojrzenia na to, jak bardzo zróżnicowane jest nasze zgromadzenie. Czas praktyk nauczył mnie także, oprócz znajomości języka włoskiego, organizacji oraz umiejętności wsłuchiwania się w ludzi pielgrzymujących do św. Gerarda.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.