adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Kultura

#musicasacra: „Z chorałem jest trochę jak z wiarą” – rozmowa z o. Karolem Cetwińskim OSB

Nie wyobrażam sobie, aby cykl rozmów o muzyce liturgicznej rozpocząć innym tematem. Chorał gregoriański, jak głosi Konstytucja o Liturgii Świętej Sacrosanctum Concilium, „Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej”. O tym, dlaczego warto go wykonywać oraz co musi się zmienić, żeby chorał zagościł w naszych parafiach, rozmawiałem z o. Karolem Cetwińskim OSB.

O. Karol Cetwiński OSB – benedyktyn tyniecki. Do 2020 roku magister chóru opactwa w Tyńcu. Po święceniach kapłańskich rozpoczął w Rzymie studia śpiewu gregoriańskiego.

Piotr Ulrich: Od kiedy Ojciec ma styczność z chorałem? Kiedy zaczęła się ta przygoda?

o. Karol Cetwiński OSB: W moim życiu były dwa, może nawet trzy takie „pierwsze” momenty. Pierwszy – zaraz po wydaniu motu proprio Summorum Pontificum przez Benedykta XVI – trzynaście lat temu. Proboszcz mojej rodzinnej parafii (św. Anny w Grodzisku Mazowieckim) wprowadził na jednej mszy części stałe w języku łacińskim. To była, z tego, co pamiętam, Msza VIII i Credo III. Potem – druga styczność – w chórze. W ramach warsztatów, oprócz zajęć z emisji głosu albo dyrygentury, był też śpiew gregoriański. Natomiast po raz trzeci – a po raz pierwszy z własnego wyboru, gdy świadomie pojechałem, aby spotkać się z chorałem, dokładnie dziesięć lat temu, w XXX Niedzielę zwykłą. Były to warsztaty chorału w Katowicach.

PU: Mam do ojca pytanie: czy warto, czy też może nie – śpiewać chorał w czasie liturgii? Oraz, rozszerzając to pytanie: czy rzeczywiście „w chorale jest wszystko” – jak pisze ojca współbrat, o. Bernard Sawicki OSB?

oKC: Zacznę może od końca. Czy w chorale jest wszystko? I tak, i nie. Wszystko, gdy spojrzymy na teksty. To są w dużej mierze teksty z Pisma Świętego, które wyraża bardzo wiele: w psalmach – emocje, przez księgi dydaktyczne czegoś nas uczy. Na tym opierają się teksty chorałowe. W tym sensie jest w chorale wielość uczuć, myśli. Jest to zatem wielka treść, która później staje się modlitwą – nie tylko w momencie wykonania, ale też może być modlitwą na dalszą część dnia i na całe życie. W tym sensie rzeczywiście powiedzieć można, że w chorale jest wszystko. Patrząc natomiast od strony muzycznej, w zakresie historii muzyki – chorał w kulturze zachodniej stoi u samego początku. Potem stawał się głosem wiodącym w pierwszych kompozycjach polifonicznych, co dzieje się nawet teraz, gdy wiele nowych kompozycji czasami opiera się jeszcze na chorale – w tym sensie również można byłoby powtórzyć tę tezę, że „w chorale jest wszystko”. Odpowiadając natomiast na pierwsze pytanie – czy warto śpiewać chorał? Odpowiem na to subiektywnie. Dla mnie chorał jest najpiękniejszym rodzajem sztuki muzycznej, jaka tylko może być. Chorałowi oddaję swoje życie, powiedzmy „zawodowo-studenckie”. Oczywiście, śpiew gregoriański może być źle wykonany, natomiast jako rodzaj muzyki jest czymś bardzo pięknym. Nawet studiując to tak długo, co chwilę odkrywam w sobie nowe poziomy zachwytu – czy to dla jakiejś melodii, wykonania, czy samego tekstu. Jest to dla mnie kopalnia piękna. Czy warto śpiewać chorał? Oczywiście! Może są takie osoby jak ja, które to jakoś porusza i przybliża do Pana Boga.

PU: Przejdźmy zatem z teorii do praktyki. Również bardzo kocham chorał i oddaję mu ogromną część swojej muzycznej aktywności, ale mam wrażenie, że śpiew gregoriański w Kościele traktowany jest jako coś egzotycznego. Gdy jest wykonywany, to w bardzo „radykalnych” ośrodkach. Osobiście mogę śpiewać chorał w sposób praktycznie nieograniczony tylko dlatego, że wykonuję go na tzw. mszy trydenckiej – tutaj wszyscy są przyzwyczajeni do łaciny, nikt nie ma z tym większego problemu. Gdy przejdziemy jednak do szarej rzeczywistości: student kierunku Muzyka kościelna na jednej z polskich uczelni muzycznych poświęca dziesięć semestrów na naukę chorału – w bardzo różnej formie: zarówno od strony teorii, jak i praktyki. Gdy taka osoba po studiach zdobędzie posadę organisty w zwykłej parafii, jedyne, co może zrobić, to raz w miesiącu zaśpiewać Anima Christi M. Frisiny, co samo w sobie chorałem nie jest, ale proboszcz już uważa to za śpiew gregoriański. Czy chorał w kościele nie jest traktowany egzotycznie, wbrew temu, co określono na Soborze Watykańskim II, że jest to „własny śpiew liturgii rzymskiej”?

oKC: Głównym problemem naszych parafii w tym zakresie jest strach przed łaciną. Można w tej materii znaleźć wiele rozwiązań. Niektórzy próbują wprowadzać antyfony po polsku – nie potępiam tego, ale nie jest to dla mnie idealne wyjście z tej sytuacji. Zacznę od swojego doświadczenia, które jest też na pewno doświadczeniem wielu innych osób. Byłem kilkakrotnie na spotkaniach Taize, które skupiają społeczność międzynarodową. Śpiewa się tam proste antyfony w przeróżnych językach, które raczej nie są znane wszystkim młodym ludziom. Antyfony te jednak mają wielką siłę modlitewną przez to, że są krótkie, proste, tekst także często zaczerpnięty jest z Pisma Świętego czy dzieł świętych, np. św. Teresy. W istocie tak samo jest z chorałem: rzeczywiście, śpiewamy w języku łacińskim, ale nie jest to bardzo trudna łacina, często jest to jedno lub dwa zdania z psalmu. Psalmy należą raczej do tekstów powszechnie znanych. Kantor śpiewa je prawie z pamięci. Należałoby odważyć się wprowadzić je mimo tej bariery językowej. Z chorałem jest trochę jak z wiarą – te dziesięć semestrów studiów lub słuchanie go z płyty nie jest w żadnym stopniu porównywalne z jego wykonaniem liturgicznym, gdzie dopiero dostrzegamy jego „siłę”. W takich parafiach trzeba po prostu zaprosić scholę, która wykona śpiew gregoriański w czasie liturgii, a dla wiernych przygotuje się tłumaczenia na kartkach – żeby nie było już argumentu, że jest to zupełnie niezrozumiałe.

Zobacz też:   Polityka historyczna Kościoła?

PU: No właśnie – mam takie doświadczenie z wykonywaniem chorału podczas „nowej” liturgii, że zazwyczaj ma to miejsce, gdy po mszy jesteśmy z naszą scholą zaproszeni do wykonania koncertu – wówczas bardzo nalegam na wykonanie śpiewu gregoriańskiego także podczas mszy, bo wydaje mi się absurdem, żeby chorał wykonywano tylko na koncertach, co mija się z celem. Jak to określił jeden ksiądz przed koncertem naszej scholi – trudno o bardziej katolicki i liturgiczny śpiew. Często gdy o to proszę, słyszę: „Dobrze, ale nie za dużo tego chorału”. Powtarzam często, że nie pozna chorału ten, kto słucha go tylko na koncertach. To nie jest tylko doświadczenie artystyczne, ale przede wszystkim na poziomie wiary. Co zrobić, aby wykonawstwo śpiewu gregoriańskiego i jego popularyzacja skupiły się na liturgii?

oKC: Niestety wymaga to zmiany myślenia – o muzyce w ogóle. Mamy problem z wprowadzeniem chorału do liturgii, ale prawdopodobnie podobny problem pojawiłby się, gdyby proboszcz chciał wprowadzić jakąś wysoką polifonię. Dotykamy tutaj soborowego sformułowania o participatio actuosa (popularnie rozumianego jako aktywne uczestnictwo). Bardzo lubię sformułowanie Benedykta XVI, który napisał kiedyś artykuł o teologicznych podstawach muzyki liturgicznej. Gdybym miał sparafrazować jego tezę, powiedziałbym, że muzyka może rozśpiewać serce człowieka. Jeśli dopuścimy do tego, że będziemy śpiewać rzeczy proste (w znaczeniu nie proste-piękne, tylko proste-prostackie) i zawsze będziemy zmuszać wszystkich do śpiewania, to możemy paradoksalnie doprowadzić do tego, że serca będą się zamykać. Natomiast wykonanie pięknej muzyki, nawet przez grupę wyspecjalizowanych muzyków, może doprowadzić do tego, że serca się rozśpiewają – nawet w przypadku wiernych nie posiadających umiejętności śpiewu. O tym pisze Benedykt XVI, a ja w pełni się z tym zgadzam. Musimy zmienić nasze myślenie właśnie w tym kierunku: przyznać, że na liturgii jest miejsce, aby nawet jakaś grupa zaśpiewała coś pięknego. Tak jest też z chorałem. Części stałych jeszcze jakoś można nauczyć wiernych, ale w przypadku części zmiennych, np. introitu – raczej nie ma już takiej możliwości. Wymaga to zatem zmiany mentalności.

PU: Mowa o wyspecjalizowanej grupie muzyków, ale jak mówiliśmy wcześniej, nie jest też tak, że brak jest podstaw merytorycznych wśród śpiewaków. Osobiście bardzo popieram to pierwotne założenie w odniesieniu do chorału – że jest to, w istocie rzeczy, śpiew bardzo prosty. Jednogłosowy, oparty o powtarzalne tony (modusy). Nie potrzeba nawet, żeby każdy członek scholi miał bardzo dużą wiedzę. Zatem śpiew gregoriański w parafiach mógłby istnieć i w odniesieniu do tego chciałbym spytać ojca o kolejną kwestię: jak założyć scholę gregoriańską w parafii? Widziałem na transmisjach, że w Tyńcu także do waszej benedyktyńskiej scholi dołączają osoby spoza zakonu. Co jednak w sytuacji przeciętnej parafii, w której funkcjonują również „scholki” gitarowe, bardziej rozrywkowe niż liturgiczne. Jak w takiej parafii założyć scholę gregoriańską?

oKC: Gdybym robił to od początku, zaprosiłbym najpierw jakiś zespół gregoriański, który wykonałby chorał – oczywiście nie na koncercie, ale właśnie podczas liturgii, aby obudzić w sercach parafian pragnienie dołączenia do takiej scholi, ponieważ najzwyczajniej w świecie wierni mogą nie mieć wiedzy o tym, czym w ogóle jest śpiew gregoriański. Natomiast – idąc dalej – rozumiem że mówimy o sytuacji, gdy proboszcza da się przekonać i ta pierwsza, mentalna bariera została już przełamana. Licząc na to, że znalazły się osoby poruszone pięknem chorału, zaprosiłbym do współpracy znajomego gregorianistę, który pomógłby pierwszym osobom wejść w to coraz bardziej – chociażby przez poprowadzenie jakichś warsztatów. Zatem: najpierw nabór, potem warsztaty z kimś z zewnątrz. Uważam, że zbieranie się przez rok i ćwiczenie wciąż jednej antyfony może być dla nowych osób bardzo zniechęcające. Po zaproszeniu dobrej scholi i organizacji naboru dostrzegam potrzebę „mocnego uderzenia” z warsztatami, które także mogą zachęcić nowe osoby do dołączenia.

o. Karol Cetwiński OSB (pierwszy z prawej) prowadzący scholę opactwa tynieckiego

PU: Mam pewne spostrzeżenie – w odniesieniu do muzyki liturgicznej w ogóle, że wierni w styczności z bardziej skomplikowaną i nieznaną formą muzyczną, która wymaga słuchania i skupienia, traktują ją jako koncert. Czy dostrzega ojciec takie niebezpieczeństwo w przypadku spotkania wiernych z chorałem?

oKC: Jak wspomniałem wcześniej, odwołując się do tego, jakie zagrożenia widzi dla muzyki liturgicznej Benedykt XVI, na muzykę patrzymy niestety w perspektywie formy użytkowej. Szukamy takiej formy, aby wszyscy mogli się w nią włączyć. Taka jest np. muzyka ludowa, ale nawet ona w swojej „użytkowości” nie była powszechna. Inaczej śpiewano na Mazowszu, inaczej na Podlasiu. Obecnie natomiast wielu ludzi mieszka w dużych miastach i często oderwani są od tych „ludowych” korzeni. Szukamy zatem czegoś wspólnego, ale te poszukiwania często kończą się tym, że wykonywana muzyka staje się zbyt prosta – inspirowana tylko tym, co słyszymy w radio, na ulicy, staje się bardzo spłycona, nie jest ona w stanie poruszyć serca. Do tego niestety prowadzi użytkowe podejście do muzyki. My mówimy jednak o formach pięknych, wyższych, spoglądając na muzykę jako integralną część liturgii, która ma prowadzić nas do Boga. Muzyka nie ma za zadanie tylko nas jednoczyć, prowadzić do wspólnego uczestnictwa przez zaangażowanie, ale też kierować ku czemuś wyższemu – ku spotkaniu i kontemplowaniu Boga, który ukazuje się nam przez piękno. I taka jest istota chorału.

Kolejny odcinek cyklu #musicasacra już w środę, 11 listopada na naszym portalu!

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.