adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Mam horom curke – czyli moralność obrazkowa w sztyfcie

magazine cover

unsplash.com

Co łączy hore curki, małe zwierzaczki i protestujących, których rozpędza milicja? Bezbronność i słabość? Z pewnością! Lecz również to, jak znakomicie nadają się do manipulowania ludźmi.

To mechanizm, na który każdy jest podatny. Słabi, chorzy i biedni wzbudzają w nas współczucie oraz popychają do działania. To, że chcemy wspierać „najsłabsze ogniwa”, jest jednak zupełnie naturalne i pomaga nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Ważne jest jednak, aby te odruchy nie dyktowały nam moralnych nakazów – bo nie mają do tego najmniejszego prawa.

Jak kanonizować męczennika?

Taką postawę nazywam na własny użytek moralnością obrazkową (albo symboliczną). Dlaczego? Obraz ma to do siebie, że można w nim zawrzeć silny ładunek emocjonalny, pozbawiony jakiejkolwiek treści. Potrafi wzbudzić empatię, gniew czy nawet uczucia tak silne jak nienawiść. Jednocześnie zwykle nie daje nam realnego pojęcia o tym, co naprawdę się wydarzyło. Przez to odciąga naszą uwagę od słowa i odpowiedzialnej dyskusji. Właśnie dlatego zwolenników obrazkowej interpretacji rzeczywistości nikt nie przekona, że mogą się mylić.

Obrazki szczególnie skutecznie oddziałują tam, gdzie mogą wykorzystać czyjeś cierpienie, ból czy jakąkolwiek inną formę marginalizacji. W ten klucz, oprócz horych curek i Bogu ducha winnych afrykańskich dzieci, wpisała się aż zbyt dobrze śmierć George’a Floyda. Wraz z nagraniem w świat popłynęła informacja o jasnym, mogłoby się wydawać, przesłaniu moralnym: biały policjant zabił czarnego mężczyznę.

Słowa „I can’t breathe” obiegły świat, stając się symbolem nierówności amerykańskiego systemu. Tysiące akcji protestacyjnych, zamieszki, obelgi rzucane pod adresem policji… Floyd stał się męczennikiem, gdy nikt nie wiedział jeszcze o obecności w jego krwi substancji psychoaktywnych. Nikt nie wnikał w motywy policji. Czy stało się słusznie – każdy może ocenić sam.

Dlaczego altruizm nie ma sensu?

Taką bezkrytyczną ocenę wobec cierpienia możemy dostrzec w wielu narracjach: u obrońców praw zwierząt, u rodziców, którzy zbierają pieniądze na operację dla dziecka, albo nawet u zwolenników humanitaryzmu. Czasem posługiwanie się nią przynosi nawet dobre owoce – gdy na przykład uda się zebrać wspomniane pieniądze. Nie można więc z góry się jej wyrzekać – w żadnym wypadku! Jednak warto być świadomym mechanizmów, które nią rządzą.

Na warsztat weźmiemy humanitaryzm – jako że wiele osób uznaje ten ruch za coś naturalnie dobrego, o czym nie warto nawet dyskutować. Okazuje się jednak, że nie jest to aż tak oczywiste.

Krytyczny wobec humanitaryzmu pozostawał choćby Max Scheler. Twierdził, że ruch ten narodził się ze źle pojętej miłości bliźniego: miłości nie wobec konkretnego człowieka, ale wobec całej ludzkości. Taki altruizm być może w założeniach jest szczytny, ale w praktyce nie ma najmniejszego sensu. Każde uczucie, a tym bardziej etyczna postawa (a nią przecież jest miłość), koniecznie musi być ukierunkowane na konkretną osobę. Może zaistnieć wyłącznie w relacji z nią. Usilne próby kochania wszystkich ludzi naraz Scheler określa nawet jako perwersję. W jego opinii jest to postawa tak nienaturalna, że wręcz nieludzka.

Zobacz też:   Listy pielgrzyma #3

Moralne i zbyt moralne

Nieco inne spojrzenie, oparte raczej na filozofii społecznej, reprezentował Arnold Gehlen. Wychodził z założenia, że życiem moralnym człowieka kieruje kilka osobnych etosów, których w żadnym wypadku nie należy ze sobą mieszać. Normy pochodzące z różnych etosów lubią bowiem wchodzić ze sobą w konflikt. Dlatego w relacjach z państwem należy, jego zdaniem, kierować się innymi wartościami niż w rodzinie.

Stosunki w tej ostatniej powinny opierać się na takich cnotach jak tolerancja, lojalność, wzajemna życzliwość czy pomoc. Wszystkie z nich pierwotnie miały służyć do utrzymania przy życiu stosunkowo niewielkiej grupy jednostek. Ich przerost, przełożenie na ogół relacji społecznych, nosi właśnie nazwę humanitaryzmu.

Jest on niebezpieczny przede wszystkim dlatego, że w etosie rodowym najważniejsza jest przecież ochrona najsłabszych jednostek. Na świecie zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto będzie bardziej potrzebujący niż nasi bliscy. Humanitaryzm nakazuje więc poświęcić swoją miłość i opiekę tym, którzy są nam dalecy – co z kolei skutkuje zaniedbywaniem najbliższego otoczenia. Taka postawa jest szkodliwa również dla państwa: zdaniem Gehlena nie da się nim skutecznie rządzić, kierując się zasadami opiekuńczości.

Powołując się na obserwacje biologów, Gehlen zauważa również, że relacje w rodzinie czy w stadzie polegają w dużej mierze na „przekierowywaniu agresji”. Jednostki powstrzymują się od negatywnych zachowań wobec tego, co bliskie i znajome, na rzecz walki z tym, co obce. W sytuacji, w której etos rodowy ma obejmować wszystkich ludzi na świecie, naturalny wróg znika – to natomiast może prowadzić do rozpowszechnienia agresji w najbliższym gronie.

Bliźnim staje się w relacji

Tyle, jeżeli chodzi o filozofię. Swoje trzy grosze wtrącają także psychologowie. Wskazują mianowicie, że popularyzacja emocjonalnych obrazów niesie za sobą jeszcze jedno zagrożenie: znieczulenie. Już w latach siedemdziesiątych wykazano, że regularne oglądanie brutalnych zachowań prowadzi do obniżenia poziomu empatii i do bierności wobec nich. Widząc fotografię cierpiących ludzi, podświadomie oswajamy się z faktem, że zawsze komuś na świecie dzieje się krzywda, że i tak nie pomożemy każdemu głodnemu dziecku. To z kolei prowadzi do postawy rezygnacji i do pewnego fatalizmu. Rodzi przekonanie, że świata nie możemy zmienić na lepsze, albo że nieuchronnie dąży on ku gorszemu.

Podsumowując: przed negatywnymi skutkami kierowania się moralnością obrazkową może nas ochronić przede wszystkim świadome podejście do niej. Moralność ta opiera się bowiem na argumentach emocjonalnych, a te zawsze najlepiej konfrontować z chłodnym osądem. Chrześcijańska idea miłości bliźniego opiera się przecież nie na emocjach, ale na woli. Zamieniona w altruizm może więc łatwo stać się karykaturą samej siebie. Ostatecznie przecież nawet Jezus, pytany o to, kto jest naszym bliźnim, wskazał – w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie – na sytuację realnego spotkania. Tego też należałoby się trzymać.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.