adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie | Polonia Zawsze Wierna

W szkole

Kenia to kraj, który w Polsce kojarzy się przede wszystkim z końcowymi fragmentami powieści W pustyni i w puszczy. Na tym jednak związki Polski z Kenią się nie kończą. Jak w wielu afrykańskich krajach, tak i w tym posługuje bowiem grupa polskich misjonarzy.

Osoby pracujące na misjach w krajach takich jak Kenia nie mają łatwego życia. Grożą im rozmaite choroby, nietypowe warunki atmosferyczne, a wielu sytuacjach także niektórzy wrogo nastawieni tubylcy. Żadna jednak siła nie jest w stanie oderwać ich od tego chwalebnego poświęcenia, które staje się ich całym życiem. Właśnie o tym rozmawiamy w następnym wpisie z serii Polonia Zawsze Wierna.

Z siostrą Katarzyną Jakubczak MSF, posługującą na misjach w Kenii, rozmawia Konrad Myszkowski.

Konrad Myszkowski: Jak wygląda codzienne życie w Kenii? Czym różni się od życia w Polsce?

S. Katarzyna Jakubczak: Kenia i Polska to dwie zupełnie różne rzeczywistości. To inna kultura, mentalność, życie. To kraj kontrastów: jest bardzo duża różnica pomiędzy tymi, którzy są bardzo bogaci a ludźmi żyjącymi w skrajnej nędzy – biednymi, którzy nie mają nic i każdego dnia myślą o tym, jak trochę zarobić, aby mieć posiłek na dany dzień. W Polsce rodzice zabiegają o dobrą szkołę dla dziecka i chcą je wyprawić jak najlepiej; w Kenii nie wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Wprawdzie szkoły państwowe są bezpłatne, ale rodziców często nie stać na zakup mundurka (który jest obowiązkowy), przyborów do szkoły czy różne opłaty, szczególnie, gdy jest to rodzina wielodzietna albo sama matka z dziećmi.

Przy naszych misjach prowadzimy Adopcję Serca (zaadoptowanie na odległość dziecka z Afryki) i w miarę możliwości pomagamy tym najbardziej potrzebującym opłacić szkołę. Pamiętam, jak pewnego dnia przyszła dziewczynka ze szkoły (klasa VIII), która miała osobę z Polski wspierającą finansowo jej edukację. Przyszła, bo nie opłaciła jakichś dodatkowych zajęć, na które powinna chodzić cała klasa. Wraz z nią było jeszcze kilkanaścioro uczniów, którzy zostali wysłani przez nauczyciela do domu, ponieważ nie opłacili składek. To dla nich normalne, że do czasu, aż nie zdobędą pieniędzy, nie uczęszczają do szkoły lub chodzą w kratkę (niektórzy nauczyciele pozwalają być na lekcjach).

Wiele sytuacji może zadziwiać i trudno to zrozumieć, ale taka jest tam rzeczywistość. Czasami dziecko skończy szkołę, ale nie może odebrać świadectwa, bo nie uregulowało wszystkich opłat. Ciężko jest zwłaszcza rodzinom, które nie mają pola. Częstym widokiem we wioskach jest szukanie przez kobiety pracy u kogoś na roli, aby coś zarobić na dany dzień. Niejednokrotnie chodzą one pracować wraz z małymi dziećmi, bo w domu nie ma kto zostać z maleństwem. W wielu miejscach kobiety i dzieci z daleka muszą przynosić wodę z rzeki, jeziora czy innego źródła. Często wodę ktoś dowozi motorem do dalekich wiosek, ale mieszkańcy muszą za nią płacić. Tak też jest i w miastach – nawet w stolicy (Nairobi) wiele osób kupuje wodę z cysterny.

KM: A jednak nawet w tak egzotycznym i odległym kraju żyją Polacy.

S. KJ: Rzeczywiście, znam kilka rodzin, które są na stałe w Kenii. Są to zazwyczaj małżeństwa mieszane. To był ich wybór, żeby zamieszkać w tym kraju i widzę, że się tu zadomowili, mają tu już dzieci, pracę, dom, czują się dobrze. Część Polaków mieszka tu jakiś czas – są to osoby pracujące w ambasadzie czy różnych firmach. Mamy okazję spotkać się przy okazji świąt i uroczystości w Nairobi, gdzie odprawiane są polskie msze święte. Kenia bardzo przyciąga swoim klimatem i naturą – jest kilka pustyni, są rzeki, jeziora, ocean, góry, dzikie zwierzęta, lasy, sawanna, stepy. Afryka Wschodnia zachwyca pod tym względem.

KM: A co na to miejscowi?

S. KJ: Miejscowi do nas jako misjonarzy odnoszą się z szacunkiem. Doceniają bardzo to, że z nimi mieszkamy i staramy się im pomóc. Będąc Polakiem w Kenii, trzeba tez pamiętać o różnicach kulturowych. Podczas gdy na innych kontynentach tradycje lokalne albo funkcjonują w bardzo niewielkim stopniu, albo już nie istnieją, tutaj widać je na każdym kroku. Każde plemię w Kenii (a jest ich około czterdziestu) ma swoją kulturę i tradycje, które czasami są bardziej przestrzegane niż prawo. Zdecydowanie największą różnicą kulturową jest pojmowanie czasu. W Kenii bardzo często używa się słów: „rano”, „popołudniu” czy „wieczorem”, zamiast określonej godziny. Miejscowe busy wyruszają w trasę, kiedy miejsca siedzące będą zajęte. Trudno przewidzieć godzinę odjazdu czy dojazdu do planowanego miejsca.

Dom Dziecka
W szkolnej stołówce
Posiłek na polu
W szkole
Międzyszkolne zawody sportowe
Zakupy do szkoły
Z prezentami na Boże Narodzenie
Z prezentami na Boże Narodzenie
Podczas zabawy

KM: A co z Kościołem? Czy w Kenii jest dużo chrześcijan, katolików?

S. KJ: Generalnie Kenia jest krajem chrześcijańskim (w 85%), ale zaledwie 22% ludności to katolicy. Jest bardzo wiele różnych wspólnot protestanckich (ok. 60%, w tym Afrykański Kościół Krajowy, Kościół Anglikański Kenii, adwentyści, baptyści) oraz wiele różnych sekt. Ludzie często sami nie wiedzą, które wyznanie wybrać. Idą tam, gdzie ktoś ich bardziej zachęci. Ponadto często nadal praktykują swoje plemienne tradycyjne wierzenia.

Nasze misje są zazwyczaj przy parafiach. Siostry przygotowują do sakramentów świętych przy kościele. Przy każdej parafii są chóry i grupy, które tańczą podczas niedzielnych mszy świętych i uroczystości. Generalnie Kościół afrykański jest bardzo żywy i radosny. Nie wszyscy katolicy mogą jednak uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii z powodu odległości od kościoła parafialnego. Jeden ksiądz na parafii ma jeszcze kilkanaście stacji dojazdowych, co nie daje możliwości dotarcia wszędzie ze mszą świętą. Tam, gdzie kapłan nie dojedzie, katecheci przygotowują nabożeństwa, dlatego Kenia nadal potrzebuje kapłanów misjonarzy.

Na wybrzeżu, gdzie mamy dwie misje, katolików jest mało. Wiele jest tam tradycyjnych wierzeń oraz islamu, który przychodzi z Somali, północnego sąsiada Kenii. Siostry z tamtych okolic posługują przy parafiach, uczą i przygotowując dzieci do sakramentów.

KM: Skoro już doszliśmy do tematu sióstr – czym siostry zajmują się na co dzień? Jak wygląda posługa misjonarza w Kenii?

S. KJ: Jako Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny mamy misje w trzech krajach: Kenii, Zambii i Tanzanii. Razem to sześćdziesiąt sióstr, w tym dwanaście to Polki.

Żeby do człowieka mówić o Panu Bogu, trzeba go najpierw przyjąć, przyodziać i nakarmić. Na tym polega nasza posługa misyjna – na pełnieniu uczynków miłosierdzia. W Kenii mamy sześć placówek misyjnych. Jest nas pięć Polek. Pozostałe (około trzydziestu sióstr) to Kenijki. Większość naszych misji to placówki buszowe, tylko jedna znajduje się w mieście – w Nairobi. Tu mamy dom formacyjny postulatu, czyli dla dziewcząt, które zaczynają życie zakonne. Ponieważ to stolica kraju, mamy tu też siostry studiujące czy robiące jakiś kurs przygotowujący je do pracy. Oprócz tego prowadzimy tu nieduży dom rekolekcyjny, który służy też jako dom dla gości i turystów odwiedzających Kenię – jest to dla nas m.in. źródło utrzymania.

Zobacz też:   Chrześcijańska szkoła dla elit

U podnóża Góry Kenii mamy dwie misje. Jedna z nich to Misja Kithatu. Mamy tam szkołę podstawową dla trzystu osiemdziesięciu dzieci i żłobek dla maluchów (do 4 roku życia), a od stycznia tego roku prowadzimy dom dziecka, w którym mamy dwadzieścioro pięcioro dzieci, (najmłodsza – Stella – liczy 4 latka). Prowadzimy też ośrodek zdrowia, w którym mamy dwadzieścia dwa łóżka dla pacjentów. Od niedawna mamy oddział dla kobiet rodzących. Na tę misję najczęściej przyjeżdżają wolontariusze z Polski (ostatnio głównie z Redemptoris Missio), aby w czasie wakacji popracować i zdobyć doświadczenie pracy misyjnej (idą do wiosek wraz z siostrą i prowadzą szczepienia dla dzieci).

U wybrzeży Oceanu Indyjskiego mamy dwie misje wśród ludzi z plemienia Giriama. Siostry pracują w szkole oraz przy parafii. Jest tam bardzo mało katolików, chociaż w kościele widujemy sporo dzieci i młodych, bo siostry zawsze coś organizują (prowadzą katechezy, przygotowują do sakramentów). Starsi nadal trwają w swoich tradycyjnych wierzeniach albo przychodzą do kościoła, jednocześnie praktykując swoje rytuały.

Naszą ostatnią misją, jaką otworzyłyśmy jest Subukia (tzw. Wioska Maryi). Jest tam budowane Narodowe Sanktuarium Maryjne w Kenii. Od początku, gdy nasze siostry przybyły na to miejsce, wokół misji zaczęły gromadzić się dzieci i młodzież. Jedna z sióstr rozpoczęła z nimi spotkania. Po każdej niedzielnej mszy świętej przychodziło dużo dzieci, dlatego też otworzyłyśmy tam przedszkole – w starym, zaadaptowanym do tego celu budynku. Później, dzięki wsparciu Caritas z Polski i wielu ludzi dobrej woli, wybudowałyśmy sale szkolne. Obecnie mamy dwa oddziały przedszkolne oraz szkołę podstawową (do czwartej klasy włącznie) – razem już ponad setkę dzieci. Do nowego roku szkolnego (w styczniu) mamy nadzieję, że uda nam się wybudować następna klasę i stołówkę dla dzieci, gdyż teraz jedzą one posiłki na zewnątrz, a gdy jest pora deszczowa – w klasach.

S. Irene w przychodni
S. Dariana w przychodni
Nowe życie
W przychodni
S. Katarzyna Jakubczak z wizytą u kenijskiej rodziny
S. Katarzyna Jakubczak z wizytą u kenijskiej rodziny
Przygotowując różańce
Z młodzieżą przygotowującą różańce
Msza Święta dziękczynna za dobroczyńców
Dzieci tańczą podczas Mszy Świętej
Dzieci tańczą podczas Mszy Świętej
Dzieci tańczą podczas Mszy Świętej

KM: Pewnie jednak nie wszystko wygląda tak różowo, jak mogłoby to wynikać z tych opowieści? Jakie są największe trudności na misjach w Kenii?

S. KJ: Wyzwaniem dla nas jest troska o rozwój naszych placówek misyjnych. Obecnie jest wielka potrzeba wybudowania następnych klas w szkole podstawowej w Subuki oraz kuchni i jadalni dla dzieci. Kiedy jest pora deszczowa, dzieci jedzą w klasach. Nie jest to dobre. Staramy się i piszemy różne projekty, aby otrzymać jakieś wsparcie, ale nie jest łatwo. Liczymy głównie na ofiarność ludzi z Polski. W czasie wypoczynku w ojczyźnie jeździmy po różnych parafiach i zbieramy ofiary na nasze misje. Cieszymy się i stale zachęcamy pojedyncze osoby, klasy i całe szkoły do podjęcia adopcji na odległość. Jest to konkretna i bezpośrednia pomoc, która umożliwia afrykańskim dzieciom ukończenie szkoły, a edukacja, jak wiemy, jest nadzieją na lepszą przyszłość.

Wielkim wyzwaniem dla obcokrajowców, którzy mieszkają w Kenii, jest niewyobrażalna biurokracja. Każdy, kto przybywa na dłużej niż trzy miesiące, musi wyrabiać pozwolenie na pobyt i dowód osobisty. Jako zgromadzenie potrzebujemy też innych pozwoleń, co często jest bardzo skomplikowane i kosztowne. Opieka medyczna, paliwo i część żywności kosztują tyle, co w Europie, a niejednokrotnie więcej.

KM: Chyba jednak czują siostry, że warto się w ten sposób poświęcać?

S. KJ: Miejscowi są zazwyczaj bardzo pozytywnie nastawieni do nas „białych” i do naszych misji. Doceniają to, co dla nich robimy. Są bardzo otwarci i potrafią się dzielić z nami tym, co mają. Tam, gdzie jesteśmy, staramy się współpracować z miejscową ludnością i pomagać jej. Sytuacja trudna jest tam, gdzie rodzina nie ma żadnego pola, na którym mogłaby coś uprawiać. W Subukii, na naszej ostatniej misji, jest dużo takich rodzin…Wiąże się to z wydarzeniami, jakie miały miejsce po wyborach prezydenckich w 2007 roku, gdy plemiona walczyły ze sobą. Walki toczyły się w całym kraju i na tych terenach dużo jest rodzin, które uciekały, szukając schronienia.

Jedna z naszych sióstr, Kenijka, która uczy w szkole państwowej, na co dzień spotyka dzieci przychodzące na lekcje głodne, w bardzo zniszczonych mundurkach lub takie, które przerywają szkołę. Jak później się dowiaduje, dzieci są tylko z babcią lub tylko z jednym z rodziców. Wtedy staramy się objąć takie dziecko adopcją na odległość – bez pomocy z Polski też nie byłybyśmy w stanie im pomóc. W czasie wakacji grupka młodzieży przychodzi do nas i robi z materiałów przez nas zakupionych różance na rękę, które później sprzedajemy lub przywozimy do Polski i rozprowadzamy za dowolną ofiarę. Dzięki temu już pod koniec wakacji idziemy z dziećmi do miasta i kupujemy im rzeczy, których najbardziej potrzebują do szkoły. Jest to nie tylko zajęcie dla nich na czas wakacji, ale także możliwość zjedzenia posiłku.

KM: Chciałbym jeszcze zapytać, czy nasi czytelnicy mogą w jakiś sposób wesprzeć działalność sióstr?

S. KJ: Każdy misjonarz bardzo ceni sobie modlitwę. Nasze prace i głoszone słowo nic by nie znaczyły, gdyby nie miały Ducha Bożego, a tego ducha dają modlitwy – własne. ale i Wasze, a także ofiarowanie cierpień w intencji misji. Kto wie, czy udział osób szczególnie cierpiących nie jest większy niż tych, którzy na misje wyjeżdżają.

Wszystkich zachęcam, by być misjonarzem tam, gdzie się jest, aby przyczyniać się do wzrostu Królestwa Bożego na ziemi. Zachęcam też do podjęcia się duchowej adopcji konkretnego misjonarza w formie tzw. patronatu misyjnego, do czego zaprasza nas już od kilku lat Komisja Episkopatu do spraw Misji.

Jeśli ktoś chciałby wesprzeć nasze dzieła misyjne, może to uczynić, składając ofiarę na podane konto:

Alior Bank

Elżbieta Kowiel

57 2490 0005 0000 4000 4303 2483

Chętnych do podjęcia się Adopcji Serca prosimy o pisanie na adres: [email protected] Za każdą ofiarę składam serdeczne „Bóg zapłać”. Za wszystkich dobroczyńców codziennie płynie modlitwa, zanoszona przez nasze siostry w każdym domu Zgromadzenia.

Pozdrawiam serdecznie, z modlitwą – s. Katarzyna Jakubczak MSF

<a href="http://adeste.org/c

ategory/polonia/”>

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.