adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

W krainie wysp uroczych

Filipiny. Jeden z najbardziej katolickich krajów świata, rządzony przez jednego z najbardziej antykatolickich przywódców. Miejsce egzotyczne i ciekawe, na które wielu z nas pewnie chętnie udało by się na wakacje. Ale Polacy jeżdżą tam nie tylko na wypoczynek – na Filipinach posługują bowiem polscy misjonarze. Jak wyglądają takie misje, i jakie naprawdę są Filipiny?

Z państwem Agatą i Krzysztofem Jankowiak, którzy w ramach Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie wzięli udział w misjach na Filipinach, rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Na początku chciałbym zapytać, skąd tak właściwie wziął się Ruch Światło-Życie na Filipinach?

AiKJ: Początki to oazy… w Chinach. W pierwszej oazie, która odbyła się w Chinach uczestniczyły dwie osoby z Filipin. Jedna z nich, Loreen, przeżyła w kolejnych latach w Polsce oazy II i III stopnia. Później na Filipiny udał się dwukrotnie ówczesny moderator generalny Ruchu Światło-Życie ks. Adam Wodarczyk (obecnie biskup pomocniczy w Katowicach). Jego wizyta zaowocowała spotkaniem z ks. Gregiem Patiño z Bacolod na wyspie Negros i zaproszeniem go na oazę. W efekcie od 2014 roku do Polski przyjeżdżają na oazy uczestnicy z Filipin. W oazach uczestniczyło dotąd 17 osób – 9 księży i 8 osób świeckich, z tego 7 osób przeżyło trzy stopnie oazy. Pochodzą z czterech diecezji ale starają się regularnie spotykać. Nasz wyjazd miał na celu otwarcie nowego etapu – przeprowadzenia rekolekcji na miejscu na Filipinach i rozeznania możliwości powstania wspólnot Ruchu w tym kraju.

KM: Jak w ogóle doszło do tego wyjazdu?

AiKJ: Tak się złożyło, że byliśmy obecni praktycznie od początku przyjazdów Filipińczyków na oazy do Polski. Najpierw tylko pomagaliśmy w organizowaniu przyjazdów i ich pobytu, z biegiem czasu stało się to naszą odpowiedzialnością. Nawiązaliśmy z „naszymi” Filipińczykami serdeczne relacje, prowadziliśmy rekolekcje, w których uczestniczyli księża z Filipin, byliśmy animatorami grupy filipińskiej na oazie III stopnia. Gdy więc w gronie odpowiedzialnych Ruchu rozeznano, że czas pojechać na Filipiny, w naturalny sposób podjęliśmy się tego zadania.

KM: Jakie miejsce zajmuje misyjność w charyzmacie Ruchu Światło-Życie?

AiKJ: Już za życia ks. Blachnickiego zaczęły się pierwsze oazy w krajach misyjnych – wtedy była to Boliwia. Ks. Blachnicki odwiedził wspólnoty oazowe w Boliwii, a jego list stamtąd stanowi jeden z najważniejszych tekstów określających charyzmat Ruchu Światło-Życie. Ostatnie lata życia ks. Blachnickiego to budowanie wspólnot oazowych poza granicami Polski. Ks. Blachnicki odkrywał, że charyzmat oazowy nie jest darem tylko dla Kościoła w Polsce, ale jest darem dla Kościoła powszechnego. My doświadczyliśmy namacalnie, że naprawdę tak jest. Oczywiście świadczy też o tym rozwój Ruchu Światło-Życie w wielu krajach poza Polską, i to czasem już od lat 70. i 80. XX w.

KM: Co trzeba zrobić, żeby pojechać na takie misje?

AiJK: Ruch Światło-Życie prowadzi w tej chwili kilka kierunków misyjnych. Dla osób z Ruchu, które chcą podjąć tę posługę organizowane są kilka razy w ciągu roku weekendowe przygotowania. Trzeba w nich uczestniczyć, by móc pojechać. Oczywiście podstawową sprawą jest przynależność do wspólnoty Ruchu w swoim miejscu zamieszkania, przejście formacji podstawowej, rozeznanie swojej drogi w Kościele, zaangażowanie w wspólnotę potwierdzone zgodą moderatora diecezjalnego na wyjazd na misję.

Zasadniczo zaś przede wszystkim trzeba być otwartym na Boże wezwanie. Motywacją do wyjazdu na misje nie może być pragnienie przeżycia super przygody czy zobaczenia jakiegoś, zwłaszcza egzotycznego, kraju. Misje to nie wakacje. Do tego warto pracować nad odpowiednią postawą – świadka, a nie nauczyciela. Na misje jedziemy dzielić się wiarą i służyć. I uczyć się. Z rzeczy bardziej prozaicznych – potrzebna jest znajomość języka. Nie zawsze jest możliwa znajomość języka danego kraju – my niestety ciągle znamy jedynie kilka słów w hiligaynon, a w języku cebuańskim umiemy się tylko przywitać – ale wtedy konieczna jest (dobra) znajomość języka, w którym rzeczywiście można się porozumieć w danym kraju. W naszym przypadku był to angielski, jak już wspomnieliśmy gdyż prawie wszyscy na Filipinach ten język znają. Tylko raz się zdarzyło, że byliśmy w miejscu, w którym nasze świadectwo było tłumaczone na język lokalny, ale zdarzało się, że trzeba było mówić prosto, wyraźnie i powoli, aby nas zebrani zrozumieli. W ramach przygotowania warto też poznać nauczanie Kościoła dotyczące misji – to pomaga w pracy nad właściwą postawą i uczy pokory.

KM: I pojechali Państwo na Filipiny… jaki to jest kraj?

AiKJ: Zacznijmy od tego, że byliśmy głównie na wyspie Negros i zasadniczo do tej wyspy ogranicza się nasze doświadczenie. Filipiny to przede wszystkim mnóstwo języków. Na wyspie Negros są dwa miejscowe języki – hiligaynon (ilongo) i cebuański. Jest język ogólnofilipiński, sztucznie stworzony na bazie tagalogu, języka z wyspy Luzon, ale na Negros nie jest on szczególnie lubiany. W związku z tym w powszechnym użyciu jest język angielski. Większość osób lepiej lub gorzej mówi po angielsku. Wszystkie szyldy sklepów, napisy na ulicach, reklamy, też napisy w kościołach są w języku angielskim, bardzo rzadko zdarzają się napisy w miejscowych językach. Msze święte odprawiane są w miejscowych językach, ale są również msze po angielsku – w miastach chyba w każdym kościele zarówno w niedzielę jak i w dzień powszedni przynajmniej jedna msza jest po angielsku.

Społeczeństwo filipińskie jest bardzo rozwarstwione. Są ludzie bogaci, nawet bardzo bogaci (choć jest ich niewielu), jest klasa średnia i jest spora sfera ubóstwa. W miastach są dzielnice, które spokojnie mogłyby się znajdować w którymś z miast europejskich, są jednak też dzielnice bardzo ubogie. Większe ubóstwo jest w górach, oglądaliśmy z zewnątrz budowle, co do których zastanawialiśmy się, czy tam na pewno mieszkają ludzie. Okazywało się, że mieszkają.

Normalną rzeczą jest, że nieco bogatsze rodziny mają służbę – „helpers”, jak ich nazywają. Ale tu też bywa tak, że ktoś, kto wydaje się być służącym, jest na przykład pomagającym w domu wychowankiem rodziny, mogącym ukończyć college dzięki temu, że ktoś dał mu dom i opłacił naukę. Kulturowo jest to kraj inny niż Polska, ale jednocześnie pod wieloma względami bardzo zachodni. Odmienności i podobieństwa bardzo się przeplatają.

Oczywiście jest tu zupełnie inny klimat i roślinność niż w Polsce – jest ciepło, nie potrzeba ogrzewania, woda w kranach nie jest ogrzewana, a mimo to wcale nie jest zimna. Domy są przewiewne, jeżeli nie ma gdzieś klimatyzacji to są wentylatory, inaczej są budowane budynki i kościoły (a kościoły są piękne)…

KM: Na czym dokładnie polegała Państwa posługa?

AiKJ: Razem z ks. Maciejem, który przyjechał na Filipiny na dwa tygodnie, przeprowadziliśmy dwie tury rekolekcji ewangelizacyjnych – jedną dla małżeństw, drugą dla młodzieży i dorosłych. Uczestniczyło w nich w sumie ponad sto osób. Animatorami małych grup były osoby z Filipin, które przeżyły rekolekcje w Polsce. Oprócz tego mieliśmy najrozmaitsze spotkania, w których mówiliśmy o Ruchu Światło-Życie albo po prostu dzieliliśmy się swoją wiarą. Spotkaliśmy się z biskupami wszystkich diecezji na wyspie Negros, były spotkania z księżmi, seminarzystami, przedstawicielami tamtejszych ruchów i wspólnot, doradcami życia rodzinnego oraz z osobami zaangażowanymi w życia parafialne. A do tego mnóstwo rozmów ot tak po drodze, przy okazji…. Oazowicze z Filipin, którzy organizowali nasz pobyt chcieli maksymalnie wykorzystać naszą obecność i rzeczywiście praktycznie prawie w każdym dniu odbywało się jakieś spotkanie.

KM: Jakie były największe przeszkody, a jakie błogosławieństwa w pracy misyjnej?

AiKJ: Na pewno żal, że nie dało się porozmawiać w ich językach lokalnych. My byliśmy wewnętrznie nastawieni na to, że przyjmujemy co będzie i dlatego nie były dla nas problemem ani warunki, czasem naprawdę bardzo skromne, ani odmienne jedzenie (ale nasi filipińscy przyjaciele nie dawali nam najbardziej szokujących dań). Dobra szkoła oazowa z dawnych lat, doświadczenia wędrówek po górach – to wszystko się w tych prozaicznych sprawach przydało. Nie było łatwo przestawić się na inny rytm dnia – na Filipinach wstaje się bardzo wcześnie, czasem o 6 rano zaczynają się lekcje w szkole. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni (ale też często jest czas na popołudniową sjestę).

Błogosławieństwa – dla nas cały ten czas był błogosławieństwem. Pytano nas nieraz, zwłaszcza bliżej końca pobytu, co nam się najbardziej podoba na Filipinach – odpowiedź brzmiała zawsze tak samo: ludzie. Spotkani ludzie, zarówno ci, których już znaliśmy wcześniej i z którymi mogliśmy pogłębić relację, jak i ci poznani w czasie pobytu, z którymi zaczęliśmy budować bliższe relacje, to największy dar.

Zobacz też:   336 lat po Odsieczy Sobieskiego… | Polonia Zawsze Wierna

Ważne było to, że byliśmy tam wśród przyjaciół. Współpracowaliśmy z ludźmi, których znaliśmy już wcześniej – to była ogromna pomoc. I mówię tu zarówno o ks. Macieju, z którym już wiele razy prowadziliśmy rekolekcje i współpracowaliśmy w Polsce, jak i o „naszych” Filipińczykach. Można powiedzieć, że nie musieliśmy się uczyć siebie i współpracy tam na miejscu, wskoczyliśmy od razu w wir działania.

KM: Czy mogą się Państwo podzielić jakąś szczególnie interesującą historią, związaną z czasem misji?

AJ: Przytoczę opis, jaki zamieściłam 27 lutego wieczorem na facebookowej grupie Diakonii Misyjnej:

Uświadomiłam sobie, że dziś jest rocznica śmierci ks. Blachnickiego. I taka historia:

Wracamy z objazdu parafii ks. Alwena, po mszy św. w jednej z kaplic i nieco bardziej turystycznych doświadczeniach. Idziemy do kultowej tutaj kawiarenki na czekoladę ;). W drzwiach spotykamy – tzn. ks. Alwen spotyka – znajomego z grupką gości z USA. Powitania, przedstawianie etc. Oni już wychodzili, ale postanawiają przysiąść się do naszej czwórki. Od słowa do słowa, po grzecznościowych początkach, zaczynamy opowiadać o tym dlaczego tu jesteśmy, o rekolekcjach, o doświadczeniu Ruchu, o dniach wspólnoty (jako inspiracji do ŚDM)… Kończy się na tym, że pani zabiera karteczkę ze spisanymi adresami stron Ruchu – angielskich z Polski, ale także strony Domestic Church w Luizjanie – ogromnie zainteresowana i poruszona naszym świadectwem. Zastanawiamy się, jaka będzie mina jej proboszcza w Illinois (on pochodzi z Warszawy), gdy zacznie go pytać o ruch oazowy i powie, że słyszała o nim na Filipinach… Powiedzieliśmy im, że jak następny raz będą w Krakowie (bo byli) muszą przyjechać do Krościenka….

A tylko weszliśmy na czekoladę…

KM: Wiele razy wspomnieli już Państwo o lokalnym Kościele. Filipiny są – przynajmniej w Polsce – postrzegane jako kraj mocno katolicki. Czy jest to obraz zgodny z rzeczywistością?

AiKJ: Tak, Filipiny to katolicki kraj. W przyszłym roku będzie przeżywał 500 lat chrześcijaństwa. Zdecydowana większość społeczeństwa jest ochrzczona w Kościele katolickim – podobnie jak w Polsce. I, podobnie jak w Polsce, nie zawsze się to przekłada na faktycznie zaangażowanie w życie Kościoła.

Jednak – może dlatego, że księży jest naprawdę niewielu, na przykład w jednej z negroskich diecezji pięćdziesięciu paru, w innej siedemdziesięciu paru – Kościół jest w znacznej mierze oparty o zaangażowanie świeckich. Widać to chociażby podczas liturgii. Każda msza św. jest starannie przygotowana, przy możliwie pełnym zaangażowaniu wspólnoty. Oczywistą rzeczą jest tutaj procesja z darami, nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, by czytania czy modlitwę wiernych czytał ksiądz. Nawet na porannej mszy w dzień powszedni były osoby, które podejmowały posługę. Parafie bardzo często mają oprócz parafialnego kościoła dojazdowe kaplice – nawet kilkadziesiąt w jednej parafii (jeden z naszych znajomych księży ma ich w parafii 72 – czyli codziennie i on, i wikary jadą gdzieś w teren – a może to być pewnie i dwadzieścia kilometrów, czasem jeszcze trzeba dojść kawałek pieszo). Przy każdej takiej kaplicy istnieje wspólnota podstawowa, którą tworzą i za którą są odpowiedzialni świeccy.

KM: W obliczu dużych różnic społecznych i biedy podejrzewam, że Kościół nie pozostaje obojętny na los potrzebujących?

AiKJ: Zaangażowanie społeczne Kościoła, szczególnie w służbę dla najuboższych jest ogromne – na rozmaitych płaszczyznach. Przykładowo – w tej chwili Filipiny zmagają się z epidemią, podobnie jak u nas. Tylko tam wiele rodzin z dnia na dzień straciło dochody, bo często się zdarza, że zarabia się tylko tyle, aby przeżyć kolejny dzień. Kościół, czyli ludzie z parafii i księża, często we współpracy z lokalnymi władzami, wykonują ogromną pracę pomocową. Przygotowywane i rozwożone są paczki żywnościowe. Obserwujemy to na Facebooku z ogromnym podziwem.

Niemniej zaangażowanie społeczne Kościoła na Filipinach znacznie wykracza poza pomoc jedynie – nazwijmy to – dobroczynną.

KM: A jak religijność jest odbierana w społeczeństwie? Czy jest to dla Filipińczyków ważny obszar życia?

AiKJ: Dużym problemem na Filipinach są sekty. W każdym mieście widać liczne świątynie rozmaitych sekt.

Ale też powszechną rzeczą są chrześcijańskie hasła – na samochodach, na ulicach, w lokalach. Byliśmy na przykład w jednej lodziarni, w której na ścianach wypisane były rozmaite biblijne cytaty i religijne wezwania. Nikt nie ma do nikogo pretensji o hasła religijne (również powszechnie noszone na koszulkach), nikt nikogo nie wyśmiewa z tego powodu. W przestrzeni publicznej bywa obecna modlitwa i jest to coś naturalnego (co nie znaczy, że wszyscy się modlą). Filipińczycy wydają się bardzo tolerancyjni w tym zakresie.

KM: A co z władzami państwowymi? W polskich mediach natknąłem się na kilka wzmianek, że od czasu objęcia władzy przez prezydenta Rodrigo Duterte mocno nasiliła się walka z chrześcijaństwem.

AiKJ: Też o tym słyszeliśmy – ale jeszcze będąc w Polsce. Podczas naszego pobytu nikt nie poruszył tematu prezydenta, nie widzieliśmy, by praktycznie sytuacja chrześcijan się pogorszyła. Trudno więc nam cokolwiek na ten temat powiedzieć.

KM: Jak wyjazd na misje zmienił Państwa życie? Czego się Państwo nauczyli, w jaki sposób ubogacili?

AiKJ: Wyjazd misyjny to czas, kiedy jest się posłanym przez Kościół. Bardzo mocno tego doświadczyliśmy. Byliśmy wysłani przez wspólnotę Ruchu. W ostatnią niedzielę grudnia przyjęliśmy błogosławieństwo i krzyże misyjne z rąk księdza biskupa Szymona Stułkowskiego. Przez cały czas trwania naszej misji codziennie ktoś się modlił w naszej intencji i w intencji tych, do których byliśmy posłani. Oczywiście sami modliliśmy się w tych intencjach już od podjęcia decyzji o wyjeździe. To jest coś, co wymyka się rozumowemu poznaniu, bo naprawdę doświadczyliśmy tego, że przez ten czas działał Pan Bóg, nie my. Doświadczyliśmy tego, że potrafimy przekraczać siebie, robić rzeczy nieprawdopodobne. I że to dzieje się nie naszą mocą. Ot choćby sytuacje, kiedy zostajemy całkiem niespodziewanie wyrwani do zawrócenia się do jakiejś grupy ludzi a czasu na modlitwę do Ducha Świętego i zebranie myśli jest tyle, co przejścia od krzesła do mikrofonu. Oczywiście trzeba mówić w obcym języku, i to jeszcze tak, by jednak było to w pełni zrozumiałe dla ludzi innej kultury (może nie drastycznie innej ale jednak innej). I po takim wyzwaniu ktoś mówi, że tak, to było bardzo dobre i potrzebne. Albo taki wieczór po intensywnym dniu, kiedy dowiadujemy się, że za kwadrans spotykamy się z małżeństwami. A my najchętniej położylibyśmy się spać. I po tym wieczorze, kiedy ja miałam poczucie, że jakaś część mnie zasypia na siedząco podczas rozmowy, jeden z naszych księży mówi z uznaniem i podziwem, że tyle mam siły i werwy. I takie ważne rzeczy mówię. Te wszystkie rozmowy, również z księżmi biskupami, kiedy znajdywały się odpowiednie słowa, reakcje.

AJ: Dla mnie ten czas był też bardzo przemieniający wewnętrznie. Stawiał pytania o to, czy naprawdę żyję tym, o czym mówię. I kazał dokonywać weryfikacji. No i był to czas spędzony z cudownymi ludźmi, ludźmi wielkiego formatu, wielkiej wiary, wielkiej wiedzy i wielkiej pokory. Bardzo do nich tęsknię.

Takie doświadczenie na pewno zmienia myślenie. Pomaga docenić to, co mamy. Poszerza horyzonty. Uczy, że nie jesteśmy pępkiem świata. Uczy dostrzegać wartości innej kultury. Nie oceniać. Wzbogaca sposób myślenia. Uczy precyzji wypowiedzi….

KM: Czy czytelnicy Adeste mogą w jakiś sposób wesprzeć działalność misyjną Ruchu Światło-Życie? W jaki?

AiKJ: Będziemy ogromnie wdzięczni za każdą chwilę modlitwy za misje oazowe. Kierunków jest wiele: Afryka (Kenia, Tanzania, Rwanda, Zambia), Filipiny, Boliwia, Kazachstan, Ukraina, inne kraje europejskie… Za misjonarzy i za tych, do których się udają. Aby Duch Święty mógł działać bez przeszkód z naszej strony.

Zapraszamy na stronę www.misje.oaza.pl i na profil Centralnej Diakonii Misyjnej na Facebooku (swoje profile mają też niektóre diakonie diecezjalne). Jeżeli kogoś zainteresowałyby nasze spisywane na gorąco doświadczenia, zapraszamy również na ogólnopolską stronę Ruchu: http://www.oaza.pl/misja-filipiny/

Jest oczywiście i strona materialna. Można włączyć się w adopcję na odległość – wesprzeć edukację konkretnych dzieci z Kenii (http://www.misje.oaza.pl/index.php/2019/12/13/adopcja-na-odleglosc). Można po prostu wesprzeć nasze misje finansowo. Numer kontra podany jest na stronie CDMis.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.