adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Świętość zaczyna się w głowie

magazine cover

unsplash.com

W poprzednim numerze „Adeste”, pisząc o ks. Jerzym Popiełuszce, stwierdziłem, że świętość może być trudna, ale nie jest nie do zdobycia i powinna stać się celem każdego z nas”. Tak rozumiem nauczanie Kościoła o powszechnym powołaniu do świętości. Tylko czy współcześnie potrafimy jeszcze w taki sposób myśleć?

Kult świętych i błogosławionych to jeden z najpiękniejszych elementów katolicyzmu. W ogóle cała nauka o świętości jest czymś niesamowitym. Świadomość tego, że wszechmogący Bóg stworzył nas z miłości i powołał do zjednoczenia z samym sobą poprzez świętość jest czymś, czego nie znajdziemy w żadnej innej religii czy systemie filozoficznym. A przecież jako katolicy otrzymujemy dużo więcej – Kościół wskazuje nam bowiem liczne przykłady świętych, czyli wzorów do naśladowania. Tak naprawdę Kościół otwiera przed nami wielki skarbiec różnorodnych dróg do świętości, pokazujących, że jest ona możliwa w każdej epoce, każdym miejscu świata, dowolnych warunkach społecznych, ekonomicznych czy politycznych. W zasadzie każdy z nas może w tym bogactwie znaleźć coś dla siebie. Tylko czy umiemy z niego czerpać?

Burza pod kapeluszem

I tu wróćmy do pierwszego pytania. W jaki sposób myślimy o świętości? A przede wszystkim – jak często o niej myślimy? Czy w ogóle o niej myślimy? Z perspektywy katolika świętość jest rzeczą bardzo ważną, może nawet najważniejszą. Teoretycznie powinna więc ona często zajmować nasze myśli. Przecież jak coś jest dla nas naprawdę ważne, to stale o tym myślimy. Nawet wtedy, kiedy tego nie chcemy, myśli potrafią nam uciekać do tej jednej, niezwykle istotnej kwestii. W głowie pojawiają się liczne scenariusze i pomysły. Co mam zrobić? Jaką podjąć decyzję? Co może pójść nie tak? Tak działa nasz mózg. I w sumie to dobrze, bo po to go mamy, żeby go wykorzystywać w ważnych życiowych sprawach. Tylko jak często za taką ważną sprawę uznajemy naszą osobistą świętość?

Mam wrażenie, że współczesny człowiek ucieka od myślenia o rzeczach najważniejszych. Zamiast tego koncentruje się na tych bardziej lub mniej ważnych, które wkrótce stają się dla niego najważniejsze. Polityka, praca, sport, różne kwestie społeczne – to wszystko są istotne rzeczy, ale nie na tyle, żeby zajmowały całość naszego intelektu. Tymczasem wielu ludzi wręcz zatruwa sobie nimi życie.

Taka na przykład polityka: piszę ten tekst kilka dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, więc naturalnie ten temat przewija się obecnie przez moją codzienność i przez moje myśli. Jakby na to nie spojrzeć, od wyniku tych wyborów zależy kształt sceny politycznej, a co za tym idzie: funkcjonowanie państwa i kierunek jego rozwoju przez najbliższe kilka lat. Jest to więc temat ważny, i to dla bardzo dużej grupy ludzi. Z drugiej jednak strony – wynik wyborów nie ma najmniejszego wpływu na to, co jest dla mnie najważniejsze, czyli zbawienie: moje, moich bliskich, przyjaciół, wszystkich ludzi. Tak samo, jak nie ma na to wpływu to, kto wygra Ligę Mistrzów ani to, czy Wisła Kraków utrzyma się w lidze. Warto więc zastanowić się, czy na pewno poświęcamy różnym sprawom w naszym życiu odpowiednią ilość uwagi.

Albo taka na przykład przyszłość. Czyż nie myślimy o niej na co dzień? Czy przy większych lub mniejszych decyzjach nie zastanawiamy się, jak wpłyną one na naszą przyszłość? Lubimy mówić o przyszłości i uważamy myślenie o niej za przejaw odpowiedzialności. I rzeczywiście tak jest, ale pod jednym warunkiem. Jakim? Ano takim, że nie tracimy z oczu naszej prawdziwej przyszłości. A prawdziwa przyszłość jest w wieczności. Dobrze więc, że myślimy o naszej ziemskiej przyszłości, rozwoju kariery, różnych umiejętności itp., ale nie możemy tego wszystkiego stawiać powyżej świętości. To nieodpowiedzialne. Mogę mieć piękne i świetnie dopracowane plany na przyszłość, ale jeśli jutro umrę, to one przestaną mieć znaczenie. Będzie się liczyć tylko świętość lub jej brak. Pozostanie pytanie, czy, przygotowując się na różne scenariusze, pomyślałem również o tym najmniej oczekiwanym.

Zobacz też:   A najciszej mówi w powołaniu

A przeszłość? Wielu ludzi robi sobie bożka z przyszłości, ale przecież wielu postępuje tak samo z przeszłością. Lubimy się usprawiedliwiać nie tylko tym, co będzie, ale i tym, co było. W jaki sposób? Ot, chociażby, pozostając zamkniętymi w dawnych sentymentach. Lubimy sobie wyobrażać, że żyjąc w dawnych, lepszych czasach, bylibyśmy lepszymi ludźmi, że to wina owych mitycznych czasów, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Serio? Co z tego, że kiedyś więcej ludzi chodziło do Kościoła, skoro Kościół zawsze miał wrogów i Szatan zawsze działał wśród ludzi, tylko na inne sposoby? Czy lepiej byłoby nam żyć w czasie wojny, rewolucji, niskiego poziomu rozwoju medycyny albo epid… dobra, to akurat zły przykład. Rozumiecie jednak, o co mi chodzi, prawda?

Bóg w każdym czasie, miejscu i uwarunkowaniach powołuje świętych, powołuje każdego człowieka do świętości. Nie ma lepszych czy gorszych momentów historii, aby ją osiągnąć. To, że nie grozi nam śmierć na arenie Nerona albo w niemieckim obozie koncentracyjnym, nie zwalnia nas z obowiązku dążenia do świętości. Dziękujmy za to, co mamy, a łatwiej będzie nam nie tęsknić do tego, czego nie mamy.

Świętymi bądźcie

No dobra. Świętość jest ważna i powinniśmy stale o niej pamiętać. Ameryki nie odkryliśmy. Czy to jednak wszystko? Otóż nie. Możemy bowiem przedstawić sobie świętość jako rzecz tak wielkiej wagi, że nie będziemy w stanie pomieścić jej w naszej codzienności. A tymczasem właśnie tam jest jej miejsce. Świętości nie zdobywa się od wielkiego dzwonu, oczekując na szczególne chwile próby, aby się nią wykazać. Świętość polega na uświęcaniu codzienności. Jest z nią trochę tak, jak z nauką gry na instrumencie, odchudzaniem czy rzucaniem palenia – tylko wytrwała i systematyczna, codzienna praca daje szansę na osiągnięcie wspaniałych efektów. I tylko człowiek kształtujący swoją świętość poprzez codzienną modlitwę i pracę nad sobą nie załamie się w chwili ciężkiej próby. Czyż nie o tym mówił Jezus w przypowieści o talentach?

Warto mieć to na uwadze również podczas studiowania żywotów świętych. Święci i błogosławieni, jak już wspomniałem, są nam dani jako wzory do naśladowania. Żeby ich jednak efektywnie naśladować, trzeba zagłębić się w ich codzienność. Jak żyli na co dzień? Jak się zachowywali? Jak wypełniali swoje codzienne obowiązki? Jakie wartości kierowały ich codziennymi wyborami? Czego ja mogę się od nich nauczyć, jak zmienić swoje życie? Wiecie: można stawiać za wzór, przykładowo, wielkiego świętego Jana Pawła II. Czy jednak da się to efektywnie robić, znając tylko historię jego pontyfikatu i anegdotę o kremówkach? Byłoby ciężko, gdyż raczej niewielu z czytających ten tekst jest (lub kiedyś będzie) papieżem. Żeby efektywnie brać wzór z polskiego papieża i czegoś się od niego nauczyć, trzeba poznać jego nauczanie, zrozumieć duchowość i zagłębić się w biografię.

Na tym polega wspomniane bogactwo hagiografii. Da się brać przykład ze świętych papieży, męczenników czy misjonarzy, nie będąc papieżem, męczennikiem czy misjonarzem. Z drugiej strony warto pamiętać również o innych świętych – prostych ludziach, którzy nie zapisali się niczym wielkim w historii świata, ale Bóg zapisał ich imiona złotymi zgłoskami w Księdze Życia. Bo świętość nie jest zarezerwowana dla ludzi wielkich, ale czyni zwykłych ludzi wielkimi.

Na koniec – zamiast podsumowania tego luźnego zbioru refleksji – nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej oczywistości. O świętości nie wystarczy myśleć – przede wszystkim trzeba ją zdobywać. A to już temat na zupełnie inne rozważania, zgłębiany przez dwa tysiące lat historii chrześcijaństwa przez najtęższe umysły i największych mistrzów życia duchowego. Świętość zaczyna się w głowie, ale się w niej nie kończy. Myślenie o świętości, częste i mądre, jest podstawą, ale nie ma sensu, jeśli nie prowadzi do konkretów. To banał, ale bez niego cały ten tekst nie miałby najmniejszego sensu.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.