Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Serialowa katecheza dla najmłodszych

magazine cover

pixabay.com

Kilkanaście miesięcy temu, przeglądając zawartość programu telewizyjnego, natrafiłem na pewien religijny serial animowany dla dzieci. Ku swojej ciekawości włączyłem telewizor, by zapoznać się z tą produkcją. Gdy tylko znalazłem odpowiedni kanał, zobaczyłem animację 3D, w której główni bohaterowie przenoszą się za pomocą inteligentnego robota (sic!) do lat 30. I wieku i są świadkami wydarzeń decydujących o zbawieniu świata. Całość sprawiała wrażenie produkcji skierowanej do najwyżej pięcio-, sześciolatków.

Ten krótki seans utwierdził mnie w przekonaniu, że współczesne kino religijne, a zwłaszcza to skierowane do dzieci, przeżywa obecnie kryzys. Z jednej strony twórcy próbują ugryźć poważny temat, z drugiej strony nie mają pomysłu na jego realizację. Przy jednoczesnej próbie pójścia po linii najmniejszego oporu w sferze technicznej, powstają takie potworki, jak ten wspomniany w pierwszym akapicie, gdzie infantylizm miesza się z brakiem jakiegokolwiek zmysłu artystycznego.

A szkoda, bo w czasach, gdy dzieci spędzają dużo czasu przed ekranami telewizorów i komputerów, przez przyzwoity serial animowany można próbować dotrzeć do najmłodszych z religijną treścią. Tak jak w czasach średniowiecza witraże pełniły rolę edukacyjną, tak teraz ich obowiązek przejęły kino i telewizja. A że wbrew współczesnym trendom da się zrobić niegłupią, religijną produkcję dla dzieci, udowodnił pewien serial sprzed około dwudziestu lat.

Bohaterowie dla każdego

„Rzym. Rok 64. (…) Uciekając w panice przed pożarem i przed okrutnymi żołnierzami Nerona, grupa dzieci znajduje schronienie u chrześcijanina, rzymskiego piekarza Bena i jego żony Heleny. W ich domu dzieci odkrywają tajemniczy świat odważnych mężczyzn i kobiet, którzy sobie pomagają i opowiadają o życiu nauczyciela dobrej nowiny imieniem Jezus”. Tymi słowami narrator wprowadza widza w świat wydarzeń w serialu Strażnicy Dobrej Nowiny. Ta animacja z lat 90. XX wieku to w mojej opinii serial zapomniany. A szkoda. W dobie infantylnych produkcji religijnych dla dzieci czy wręcz w okresie kryzysu kina religijnego, powrót do tej animacji mógłby stanowić powiew orzeźwienia.

Czy jednak warto zachwycać się serialem religijnym skierowanym do dzieci? Przyjrzyjmy się poszczególnym elementom tej animacji. Przede wszystkim należy jasno stwierdzić, że Strażnicy Dobrej Nowiny nie są produkcją skierowaną wyłącznie do najmłodszych. Owszem – głównym odbiorcą pozostają dzieci, ale nie jest to dzieło w stylu Boba budowniczego lub innych Domisiów.

Widać to już po doborze głównych bohaterów. Celowo użyłem tu liczby mnogiej, gdyż twórcy zrezygnowali z jednej, głównej postaci na rzecz kilku protagonistów. Grupa dzieci: Markus, Cyrus, Hanna, Justyn i Zachariasz to osoby w różnym wieku i o diametralnie różnym charakterze. Markus, jako czterolatek, pojmuje świat w bardzo dziecinny, prosty sposób. Siedemnastoletni Zachariasz to z kolei porywczy chłopak, który swoją nadmierną pewnością siebie oraz walecznym usposobieniem często pakuje się w kłopoty. A przecież ta gromadka dzieci to nie jedyne ważne postacie w tym serialu. Obok nich występuje Ben i Helena, rzymski oficer Tacticus czy służąca Miriam. Każde z nich ma swoją własną, unikalną historię, co sprawia, że przygody bohaterów, pomimo uproszczonej konwencji, są po prostu wiarygodne. Dlatego też każdy z widzów, niezależnie od wieku, znajdzie postać, z którą może się w pewnym utożsamiać.

Zresztą także postacie epizodyczne oraz szwarccharaktery mają swój urok. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwają się tu dwaj oficerowie rzymskiej armii: Capella i Nihilus. O ile ten drugi to główny bohater negatywny, lubujący się w zadawaniu bólu wierny sługa Nerona, o tyle Capella to postać w pewnym sensie tragiczna i na przestrzeni kilku odcinków jej wizerunek zmienia się diametralnie. W zasadzie najmniej wiarygodną postacią w całym serialu jest cesarz Neron, który wydaje się być zbyt groteskowy na tle innych osób.

Czymże by jednak byli bohaterowie, gdyby nie mieli żadnych przygód, które oglądalibyśmy z zapartym tchem?

Konstrukcja opowieści

Na fabułę serialu składają się dwie płaszczyzny. Pierwsza z nich to losy głównych bohaterów żyjących w Rzymie po wielkim pożarze z 64 roku. To właśnie ta warstwa stanowi podstawową fabułę animacji. Drugą płaszczyzną są wydarzenia z życia Jezusa przedstawiane w formie opowieści przekazywanej przez jednego z bohaterów (zazwyczaj Bena, ale nie tylko). Każda z tych warstw ściśle wiąże się z sobą, a przygody bohaterów są spójnie powiązane z poszczególnymi momentami z Ewangelii.

Na serial składa się 13 dwudziestopięciominutowych odcinków. Każdy z pierwszych ośmiu epizodów to w zasadzie odrębna historia poruszająca konkretny problem. Czego tu nie ma? Jest próba uwolnienia przyjaciela z lochów, ucieczka w labiryncie katakumb przed legionistami, nocna podróż między miastami w towarzystwie gadającego do swojego konia przewodnika, któremu nie można w pełni zaufać. Humor i niebezpieczeństwo mieszają się ze sobą na każdym kroku. Natomiast odcinki od 9 do 13 tworzą jedną, zamkniętą opowieść, skupioną wokół denuncjacji kilku głównych bohaterów i próby ucieczki przed Neronem. Taki zabieg sprawia, że napięcie w ostatnich pięciu epizodach nie spada poniżej pewnego poziomu, a los bohaterów nie jest pewny aż do ostatnich momentów.

W poszczególnych odcinkach na pierwszy plan wysuwa się jedna z postaci i to wokół niej i jej problemów i wyzwań kręci się fabuła. Z tego powodu mamy opowieści bardziej dziecinne, jak Lwia rodzina, której głównym wątkiem są perypetie Markusa i znalezionych przez niego lwiątek, i te poważniejsze, jak Gniew cezara, w którym pierwszoplanową rolę gra Zachariasz próbujący udowodnić swojemu stryjowi, że nie jest już dzieckiem, ale poważnym mężczyzną.

Serial nie jest pozbawiony przy tym warstwy dydaktycznej. Fabuła poszczególnych odcinków prowadzona jest tak, aby wypunktować jakieś negatywne zachowania i pokazać odpowiednie wyjście z danej sytuacji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że zazwyczaj losy bohaterów są pokazane w kontekście do wydarzeń z Ewangelii. Z tego powodu postać Jezusa stanowi punkt odniesienia tak dla postaci z serialu, jak i dla młodego widza.

Tutaj może się też nasunąć pytanie, na ile wiernie przedstawiono samą historię życia Chrystusa. Czy nie ma tu jakichś przekłamać ani wypaczeń? Odpowiedź brzmi: nie. Sceny rozgrywające się w Galilei są oparte bezpośrednio na tekście biblijnym, więc trudno mówić na przykład o reinterpretacji postaci Jezusa. W zasadzie, oglądając serial, miałem wątpliwości jedynie w dwóch scenach. Pierwszą z nich jest wizyta mędrców ze Wschodu w Betlejem. Pojawiają się oni w liczbie czterech, a nie trzech, jak przyjęło się uważać. Drugi moment wątpliwości to zestawienie wspomnień Ostatniej Wieczerzy z sceną posiłku spożywanego przez ukrywających się chrześcijan, co może wydawać się mocno protestanckim sposobem interpretowania tego wydarzenia biblijnego. Niemniej jednak trudno jednoznacznie określić, jaki był zamysł twórców.

Dla dzieci, ale nie dziecinnie

Czy są jeszcze jakieś elementy, które wyróżniają Strażników Dobrej Nowiny na tle współczesnych animacji? Przede wszystkim serial nie jest produkcją infantylną, a twórcy nie traktują młodych widzów jak idiotów. Nie ma tutaj sielskiej atmosfery, gdzie wszystko jest kolorowe, a bohaterowie żyją bez żadnych zmartwień. Owszem – zdarzają się momenty bardziej dziecinne, a niektóre problemy rozwiązywane są w zbyt prosty sposób. Ale nawet w takich chwilach serial stara się traktować odbiorcę poważnie i za przedstawionymi wydarzeniami zawsze stoi jakaś historia i morał.

Można zaryzykować tezę, że twórcy w udany sposób przenieśli realia „zwykłego” życia chrześcijan w starożytnym Rzymie na płaszczyznę serialu animowanego dla dzieci. I choć bohaterowie na co dzień próbują żyć normalnie, wykonując swoje obowiązki i bawiąc się w wolnych chwilach, to przecież cały czas zdają sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie ze sobą bycie chrześcijaninem. Konieczność ukrywania swoich spotkań przed obcymi, ryzyko zdrady, pojmania i męczeńskiej śmierci to dla nich chleb powszedni, a bohaterowie nieraz stawiani są przed dylematem – zachować majątek, zdrowie i życie czy wiarę w zmartwychwstałego Chrystusa. I choć (zazwyczaj) wszystko kończy się dobrze, to atmosfera niebezpieczeństwa pojawia się w każdym odcinku.

Pokazując dylematy moralne, twórcy nie uciekają jednocześnie się do banałów. Męczennicy nie zawsze idą na śmierć z uśmiechem na ustach, a strach przed śmiercią potrafi zasiać zwątpienie nawet w najodważniejszym. Jezus umierając na krzyżu nie uśmiecha się, jakby traktował wszystko jako żart, ale faktycznie cierpi fizycznie i psychicznie. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z takimi scenami jak w Pasji Gibsona, ale Męka Pańska nie jest przesadnie ugrzeczniona.

Serial pokazuje również pewnego rodzaju fenomen, jakim było chrześcijaństwo. Oto tysiące zwykłych ludzi zaczyna zachowywać się w sposób, który szokował, ale zarazem fascynował pogańskich Rzymian. Najdobitniej wyraża to jedna z postaci, pytając Zachariasza: „Kimże jest ten Jezus, że jesteście gotowi życie za niego oddać?”. Takie pytanie zapewne zadawało sobie wielu im współczesnych, jak choćby pewien Justyn, późniejszy święty.

Kwestie techniczne w służbie opowieści

Niestety, aby sprawiedliwości stało się zadość, trzeba też wspomnieć o wadach serialu. A tych jest dość dużo. Po pierwsze: animacja nie jest idealna. Jest co najwyżej przyzwoita. Pod względem technicznym to po prostu produkt jak wiele powstałych w tamtym okresie. Widać tu także wszystkie mankamenty techniki tzw. ograniczonej animacji. Również muzyka tworzona najprawdopodobniej na elektronicznych syntezatorach nie może zostać uznana za wybitną, choć w miarę dobrze sprawuje się w roli dźwiękowej ilustracji przedstawianych wydarzeń. Od strony audiowizualnej Strażnikom Dobrej Nowiny daleko do produkcji Disneya czy niektórych współczesnych animacji, co czasami może drażnić widza.

Ale pomimo tych wad, również w kwestiach technicznych, twórcy odnieśli pewnego rodzaju sukcesy. Na przykład sposób rysowania oraz animacji wygląda inaczej w momentach „rzymskich”, a inaczej w scenach biblijnych. W pierwszym przypadku w niektórych sytuacjach mamy do czynienia z niewielkim przerysowaniem postaci, które ma podkreślać ich charakter. Nihilus jest potężnie zbudowanym mężczyzną z nadnaturalnie masywnym podbródkiem, Ben „puszystym” człowiekiem, a Neron niską, kościstą osobą. Natomiast postacie pojawiające się w biblijnych retrospekcjach są narysowane w sposób bardziej realistyczny, bez przesadzonych cech fizycznych (wyjątkiem są tutaj tłumy, przedstawione zazwyczaj w bardzo uproszczony sposób za pomocą odpowiednio rozłożonych kolorowych plam). Ponadto jeśli w jednej z takich retrospekcji Jezus opowiada jakąś przypowieść, to jest ona rysowana w jeszcze inny sposób. Taki zabieg jest silnie związany z konstrukcją odcinków, podkreślając jednocześnie charakter poszczególnych wydarzeń. O ile „główna” animacja wpisuje się w konwencję serialu dla dzieci, o tyle postacie w części biblijnej pokazane są, jakby dla kontrastu, jako ta najbardziej realna część opowieści.

No i bezsprzecznie najlepszą rzeczą w warstwie audiowizualnej serialu jest… pierwszy polski dubbing (pierwszy, bo później podjęto kolejne, mniej udane próby). Strażnicy Dobrej Nowiny nie są wyjątkiem od reguły mówiącej, że Polacy świetnie sobie radzą w podkładaniu głosów pod animacje. W udźwiękowieniu wzięli udział tacy aktorzy jak śp. Janusz Bukowski w roli Bena czy Andrzej Ferenc jako Jezus. Ten drugi ze swoim ciepłym, głębokim głosem w mojej opinii stworzył jeden z najlepszych portretów Zbawiciela w historii kina i telewizji.

Czy warto?

Zadajmy sobie jeszcze raz pytanie: czy warto zachwycać się tym serialem? Czy te pozytywne opinie są faktycznie warte uwagi, czy wynikają one jedynie z sentymentu do animacji z lat dzieciństwa? Cóż. Wydaje się, że jedno i drugie.

Serial nie jest doskonały. To fakt. Wiele elementów mogło być zrealizowanych lepiej, a niektóre rozwiązania fabularne wydają się zbyt banalne. Trzeba pamiętać, że mimo prób zachowania powagi nadal jest to produkcja skierowana głównie dla dzieci, a nie mroczna, japońska animacja dla dorosłych. Ale mimo wszystko nie należy lekceważyć tego serialu.

W okresie dominacji filmu i telewizji Strażnicy Dobrej Nowiny są świetnym pomysłem na podsunięcie dziecku wartościowej animacji, która w prosty, ale nie tandetny sposób tłumaczyłaby młodemu odbiorcy historię życia Zbawiciela i pierwszych chrześcijan, skutecznie wspierając rodziców w przekazywaniu wiary młodemu pokoleniu. I to takiej traktowanej w sposób poważny. Nie wiary w jakąś „Bozię”, ale w Jezusa Chrystusa, Boga, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał, i dla którego setki, tysiące osób były gotowe oddać życie. I że my tak naprawdę też jesteśmy częścią tej historii. Że o nas także jest ten film. O strażnikach Dobrej Nowiny.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.