adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Przełamując tabu. Część III

Synod o synodalności otworzył nas na dialog o trudnych sprawach Kościoła. Między innymi na nowo powróciła w wielu diecezjach świata debata na temat słuszności obligatoryjnego celibatu rzymskokatolickiego duchowieństwa. Postanowiłam wpisać się w ten dialog, rozmawiając z kilkoma osobami dla Adeste. Moim pierwszym rozmówcą był o. Przemysław Gwadera SJ, jezuita, absolwent filozofii na Uniwersytecie Kopenhaskim i teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Na co dzień pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni. Autor kanału youtube’owego Duchowość cielesności oraz tłumacz książki Duchowość, intymność, seksualność autorstwa J. Galindy i O.F. Cummingsa. To trzecia i ostatnia część mojej rozmowy z nim.

Monika Chomątowska: Na koniec zostało mi kilka pytań związanych z celibatem, którego temat Ojciec również porusza na swoim kanale. Czy uważa Ojciec, że właśnie celibat ma jakiś wpływ na restrykcyjne nauczanie Kościoła odnośnie do seksualności? Przynajmniej w przypadku niektórych księży może być tak, że powielają te rady jako takie tradycyjne zalecenia także dla młodych ludzi, którzy nie są celibatariuszami.

Przemysław Gwadera SJ: Tak. Wydaje mi się, że tak jest. Tutaj punkt widzenia w dużej mierze zależy od punktu siedzenia. Przede wszystkim brak kontaktu z własną seksualnością, odrzucenie jej, prowadzi do odrzucenia seksualności innych ludzi. Jak ktoś chce się spotykać z własną seksualnością, to w księdzu może to wywoływać lęk, bo konfrontuje to go z jego własnym zmaganiem. On się nie spotykał, nie chce spotykać ze swoją seksualnością i ten drugi człowiek, który ku temu dąży, konfrontuje go z jego własnym konfliktem wewnętrznym. Chociaż pozostaje pytanie, czy to kwestia samego celibatu, czy raczej tego, że seksualność jako taka jest tabu w naszym społeczeństwie. Rozmawia się na jej temat albo językiem wulgarnym, żartując, albo bardzo biologicznie, albo się nie rozmawia wcale. Nie ma tak naprawdę rozmowy o doświadczeniach związanych z przeżywaniem własnej seksualności. Brakuje nam odpowiedniego języka. Stąd się, myślę, bierze takie restrykcyjne podejście. Nie wiemy, jak tego tematu dotknąć, więc najlepiej jest go zamknąć.

W mediach co jakiś czas wypływa temat celibatu, obowiązkowego dla prezbiterów i biskupów w Kościele rzymskokatolickim. Nie jest to kwestia doktrynalna, ale dyscyplinarna. Wiemy, że katolickie Kościoły wschodnie dopuszczają nie tylko żonatych diakonów, ale też prezbiterów. Badania na temat zachowania celibatu w Polsce prowadził prof. Baniak. Ich wyniki okazały się bardzo kontrowersyjne, wywołały burze, a sam profesor został, zdaje się, zwolniony z katolickiej uczelni. Rodzi się pytanie, czy Kościół nie powinien podejść z większą otwartością do takich badań, bo jeżeli w grę wchodzi coś, co nie jest dogmatem, to możemy o tym dyskutować. Sam Jezus mówił, że prawda wyzwala. Być może dowiadując się, że coś nie działa i jest trochę sztuką dla sztuki, możemy dojść do wniosku, że celibat to dar i skarb dla Kościoła, ale pod warunkiem, że przeżywa się go naprawdę dobrowolnie, z wyboru. Przecież na Wschodzie też mamy celibatariuszy, więc to nie tak, że zanika ten charyzmat, kiedy pozwolimy części duchowieństwa posiadać rodziny. Być może dla części księży pełne zachowanie celibatu jest po prostu za trudne. Muszą kierować ogrom energii na to, żeby wytrzymać, wytrwać. Energii, którą mogliby spożytkować na coś zupełnie innego, również pracując jako kapłani i mając swoje rodziny. Ksiądz Igor Hubacz, grekokatolik, wprost mówi, że nie wyobraża sobie swojego kapłaństwa, gdyby nie miał rodziny. To rodzi pytania… Jak Ojciec na to patrzy? Czy taka dyskusja powinna się toczyć w Kościele? Ojciec jest celibatariuszem, ale zakonnikiem. Jest to właśnie wybór. Kiedy się patrzy na życie konsekrowane w Polsce, dla większości nie ma różnicy, czy ktoś jest księdzem zakonnym, czy diecezjalnym. W dyskusji wypływa najwyżej kwestia ubóstwa. A jednak to inny stan. Czy nie jest tak, że dyscyplina wschodnia bardziej to odróżnia? Kapłaństwo jako powołanie do sprawowania sakramentów i głoszenia słowa, a życie konsekrowane jako bycie w pełni znakiem i świadectwem Królestwa Niebieskiego… Czy w Kościele łacińskim to się nie zaciera?

Podejście do celibatu bardzo się zmieniało na przestrzeni wieków. I rzeczywiście nie jest to doktryna, jest to dyscyplina. Można by to zmienić, faktycznie. Z badań wynika, że celibat nie działa… Hmm, a co to znaczy, że nie działa? Można też powiedzieć, że małżeństwo nie działa, bo zdarzają się zdrady i rozwody. Można postawić znak zapytania przy sakramencie małżeństwa, czy w ogóle ma sens. I też były już takie próby, chociażby w ramach ruchu hipisowskiego, podważenia tradycyjnych struktur monogamicznych. Myślę, że warto dopuścić do siebie myśl, że to można zmienić, że mogłoby istnieć kapłaństwo bez celibatu, bo de facto właśnie istnieje.

I to nie tylko na Wschodzie. Również w Skandynawii są księża rzymskokatoliccy, którzy mają żony i dzieci, bo konwertowali z luteranizmu, byli pastorami luterańskimi i po konwersji na katolicyzm zostali księżmi i ich żony po prostu się przemieszczają razem z nimi tam, gdzie oni są na parafiach. Zawsze biskup wtedy też rozmawia z żoną. Traktuje się to tak, że cała rodzina służy Kościołowi, a nie tylko ksiądz, a żona na doczepkę. To wymaga zmiany myślenia o tym, kim jest ksiądz. Jest odpowiedzialny i za rodzinę, i za parafię. Nie może być aż tak bardzo dyspozycyjny, jak w momencie gdyby nie miał rodziny. Może to rodzić na pewno problemy praktyczne.

Poza tym uważam, że impuls do zmiany dyscypliny powinien wyjść od wewnątrz, czyli od samych zainteresowanych, a nie od profesorów socjologii czy komentatorów świeckich. Ja rozumiem troskę o kapłanów, żebyśmy mogli być bardziej ludzcy. Tylko jeśli to „bycie ludzkim” będzie nam narzucone przez społeczeństwo, czy można powiedzieć, że to jest odpowiedź na wezwania Ducha Świętego? Ja wierzę mocno w to, że Duch Święty działa we wnętrzu każdego człowieka i jeżeli taka będzie wola Boża, to celibat jako powszechna dyscyplina w Kościele rzymskokatolickim zostanie zniesiony. Ale inicjatywa będzie wtedy oddolna, tak jak to było przy wielu dogmatach, gdzie inicjatywa pochodziła od ludzi, z tzw. sensus fidei, „zmysłu wiary”, którym ludzie żyli, zanim dogmat został ogłoszony. Bo to nie chodzi też o to, aby zrezygnować z celibatu dlatego, że on nam ciąży, ale dlatego, że widzimy większe dobro w byciu kapłanami żonatymi.

A czy nie jest po części inicjatywą oddolną taki znak czasu, że seminaria są po prostu coraz bardziej puste i coraz więcej osób deycyduje się odejść z kapłaństwa? Być może to jest jakiś znak od Pana Boga, którego nie czytamy, mam wrażenie. Poza tym również dzisiaj argumenty praktyczne – jak potrzeba dużej ilości czasu, by służyć wspólnocie, albo trudność w pracy dla Kościoła przy posiadaniu rodziny – nie do końca działają. Liczba wiernych spada, a z kolei liderzy świeccy czy rodziny z neokatechumenatu pracują dla Kościoła nawet na misjach i rodzina im w tym nie przeszkadza. Wytrąca to argumenty praktyczne na korzyść celibatu, bo żyjemy w innych czasach niż dawniej. Praktyka nie przystaje do wcześniejszych założeń. Być może tu przemawia Duch Święty, w realiach, w tym, co się dzieje. Kolejna kwestia to nauczanie św. Pawła. Mocno akcentuje on wartość celibatu, ale wielokrotnie mówi też, że ze względu na niebezpieczeństwo rozpusty lepiej mieć żonę/męża. Jeżeli ktoś ma trudności z życiem w celibacie, to jak ujmuje to Paweł: „Lepiej wstępować w małżeństwo, niż płonąć”. Paweł jakby wskazywał, że nie wszyscy są uwarunkowani do życia w celibacie. Jeśli ksiądz się bardzo mocno zmaga z zachowaniem celibatu, to rodzi ogrom pytań, czy to jest dla niego właściwa droga. Często prowadzi to do dalszych zmagań i Kościół ryzykuje zgorszenie lub odejście, a co za tym idzie – utratę kapłana. Czy jeżeli ktoś jest uwarunkowany do życia rodzinnego, to czy wchodząc w celibat – i w konsekwencji zmagając się z masturbacją (oczywiście można mieć te problemy i w małżeństwie, ale u niektórych osób są one wynikiem braku innej aktywności seksualnej) – paradoksalnie nie stwarza sobie okazji do grzechu? Małżeńskie życie seksualne w przeciwieństwie do masturbacji grzechem nie jest. Wydaje mi się, że refleksja na ten temat nie jest w Kościele pogłębiona.

Zobacz też:   Katar: moralny dylemat kibica?

Zgadzam się co do tego, że temat rzeczywiście nie jest pogłębiony i że trudno nam zrozumieć św. Pawła i to, do czego nas zaprasza. To zdanie, że „jeżeli ktoś płonie, lepiej, żeby wszedł w związek”, z perspektywy dzisiejszej psychologii nie jest zbyt mądre, bo jeśli wchodzi się w związek z drugą osobą ze względu na własny popęd seksualny, to słabo to rokuje dla tej relacji. Druga strona może być traktowana instrumentalnie: skupiam się na tym, żeby jakoś sobie poradzić z moim popędem i potrzebuję do tego tej drugiej osoby. Prawda jest taka, że radzenie sobie z napięciem seksualnym jest czymś, czego muszę się nauczyć w relacji z własnym ciałem, a nie w relacji z ciałem drugiej osoby. Ona jest mi dana jako dar dla mnie, jako ktoś, kogo mogę obdarować sobą, swoją seksualnością, a nie jako rozwiązanie mojego problemu. To tak, dopowiadając, czy małżeństwo by rozwiązało problem niezachowywania celibatu.

Ale zgadzam się co do tego, że malejąca liczba kleryków w seminariach i liczne odejścia z kapłaństwa są znakiem czasu, tego, że mamy głęboki kryzys przeżywania celibatu, ale moim zdaniem odpowiedzią na kryzys celibatu nie jest rezygnacja z niego, tylko głębsze zrozumienie, na czym polega jego istota i jego właściwe przeżywanie. Należy zacząć rozmawiać o doświadczeniu celibatu. Ja po to też stworzyłem taką serię Celibat dla nieustępliwych, gdzie mówię o nim jako o pewnej formie herozimu; to nie jest to samo, co życie małżeńskie, jest to o wiele trudniejsze, nie ze względu na samo przeżywanie napięć seksualnych, ale na przeżywanie samotności. Mając tę drugą osobę, z którą dzielę dom i życie, mam kogoś, kto mnie na bieżąco motywuje do tego, żebym ze swojego małego światka wychodził i wchodził w relacje, otwierał się, dzielił się sobą. Jak się jest samotnym księdzem na parafii albo jak jest proboszcz i jeden wikary i nie mają ze sobą relacji, to jest duże ryzyko zakleszczenia się w sobie, zamknięcia się na szczere intymne relacje. Intymne, czyli takie, gdzie chcę poznać drugą osobę i chcę dać się jej poznać. To, do czego ja bardzo zachęcam na moim kanale, to rozmawianie o swoich doświadczeniach. O doświadczeniu samotności, doświadczeniu braku fizycznego kontaktu z drugą osobą. Zachęcam, żeby dzielić się tym, co nam pomaga w przeżywaniu tego, i odkrywać, w jaki sposób ten brak może być przestrzenią, która otwiera nas na relację z Panem Bogiem i relację z innymi ludźmi, którzy przeżywają to samo, co my.

Bo też jeśli chodzi o problem celibatu, to nie jest tak, że to domena wyłącznie księży. Ja miałem takie wrażenie na początku, jak zaczynałem tę serię, ale zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy czy to byli w związku, który się rozpadł, i nie chcieli zawierać kolejnego, czy to są wdowcami, czy niepełnosprawnymi i z tego powodu nie mogą wejść w związek… Celibat dotyczy tak naprawdę dużo szerszego grona ludzi. I my jako duchowni, którzy dobrowolnie przyjmują celibat, możemy z tymi osobami się jednoczyć. Z tymi, którzy mają trudniej, możemy razem przeżywać naszą samotność.

To jest też wymiar przeżywania Ewangelii, relacji z Chrystusem, który wybiera tych najsłabszych i najbardziej odrzuconych, który idzie na peryferia, a nie do tych, którzy mają dobrą pozycję w społeczeństwie i niczego im nie brakuje. Celibat ma sens ewangeliczny, jest solidarnością z tymi, którzy przeżywają głęboką samotność. Ma sens oczywiście tylko wtedy, jeżeli jest wybrany dobrowolnie. Czyli jeżeli ktoś chce rzeczywiście poświęcić swoje życie dla takiej służby, dla pójścia z Chrystusem tam, gdzie On idzie. Jeżeli ktoś przyjmuje celibat „w pakiecie”, bo chce zrobić karierę kapłańską i mówi sobie: „No trudno, niech będzie ten celibat”, to wiadomo, że to nie wyjdzie. Nawiasem mówiąc, jeżeli ktoś wstępuje do seminarium z myślą o zrobieniu kariery kapłańskiej, to już jest porażka na wstępie. Wtedy w ogóle nie ma o czym gadać.

Chyba wyczerpaliśmy temat. Nie wiem, czy Ojciec coś chciałby dodać od siebie na sam koniec lub na coś zwrócić uwagę, podsumowując rozmowę.

Powiedziałbym na koniec, że seksualność jest tematem bardzo delikatnym. Nie ma języka, który by nam pomagał na te tematy rozmawiać, ale warto próbować. Jest to przestrzeń, w której jesteśmy najbardziej ludzccy. Tutaj możemy się spotkać w tym, co w nas najbardziej wrażliwe. Jeśli sobie pozwolimy na spotkanie z własnym doświadczeniem i wyrażenie go przed drugim człowiekiem, to tam się mogą dziać piękne rzeczy. Można naprawdę się spotkać we wrażliwości, wzajmnym przyjęciu i wzajmnej trosce. Wierzę, że w tej przestrzeni wrażliwości może się nam objawiać Boża miłość, która przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, niedoskonałymi, grzesznymi. Nie da się zbudować zdrowej, szczęśliwej wspólnoty wiary, jeżeli będziemy tylko przed sobą nieustannie udawać lepszych, niż jesteśmy, i ukrywać nasze zranienia i nasz wstyd. Szczęśliwą wspólnotą będziemy wtedy, jeżeli sobie pozwolimy na to, żeby być niedoskonali przed sobą nawzajem i przed Panem Bogiem.

Dziękuję za rozmowę.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.