adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Po Namyśle: Czy w imię wiary musimy pozbyć się emocji?

magazine cover

Joanna Miśkiewicz_canva.com

Czy emocje mogą prowadzić nas do Boga? Przecież wiara nie jest emocją. Wiara nie może się też na emocjach opierać. Ale czy to oznacza, że w imię czystości i trwałości naszej wiary należy zupełnie wyzuć się z wszelkich uczuć? Czy są one raczej zagrożeniem, czy może jednak mogą być wsparciem dla człowieka wierzącego?

Zazwyczaj można zetknąć się z przestrogami dotyczącymi uczuć. Sam wielokrotnie przestrzegałem przed nimi w swoich tekstach. Tym razem chciałbym skupić się na ich pozytywnym wpływie na duchowy rozwój. A może on być większy, niż niektóre środowiska chciałyby przyznać.

„Nic, nie musisz mówić nic…”

Często w opisach antyprzykładów podaje się taką oto historię. Rekolekcje oazowe. Kaplica z przygaszonym światłem. W tle smętne brzdąkanie na gitarce, zapach kadzidła. Na ołtarzu wystawiony Najświętszy Sakrament, stojący pośród rozłożonych kapłańskich szat. Do tego ckliwie przedstawiony fragment z Ewangelii według świętego Mateusza o kobiecie dwanaście lat cierpiącej na krwotok, która dotknęła szat Jezusa i została uzdrowiona (Mt 9, 20nn).

Tylko czy ta historia przedstawia coś, co jest złe samo w sobie? Niektórzy usiłują sprzedać to jako dowód na to, że różne oazy czy odnowy opierają duchowość na emocjonalnych manipulacjach. Że taki ze swej natury rozemocjonowany nastolatek obrywa emocjonalną bombą, po czym, gdy rzeczywistość domowa i parafialna nie gwarantuje już takich wrażeń, przestaje w ogóle się modlić. Oczywiście istnieją takie grupy, ale czy na pewno jest to regułą?

Emocje w zdrowej duchowości

Jest jak najbardziej możliwe wkomponowanie czegoś takiego w zdrową duchowość. Dawanie pierwszeństwa rozumowi nie oznacza zrzeczenia się emocjonalności. Jeśli kapłan oraz animatorzy dbają o formację intelektualną swojej wspólnoty, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby raz na jakiś czas stworzyć środowisko dla aktywnego przeżycia uczuć zgromadzonych wiernych.

Różne formy modlitw są skonstruowane w taki sposób, żeby wywołać pewne określone odczucia. Można do nich zaliczyć na przykład błogosławieństwo indywidualne Najświętszym Sakramentem (tak zwane lourdzkie) czy też modlitwę wstawienniczą, gdzie kilka osób stoi nad jedną, za którą się modlą.

Indywidualne znaczy lepsze?

Ważne jest jednak to, żeby wytłumaczyć uczestnikom, na czym to polega. Że błogosławieństwo lourdzkie nie jest jakimś „lepszym” błogosławieństwem. Jest tak samo skuteczne jak błogosławieństwo ogólne, tylko nasze ludzkie przeżywanie go wywiera na nas określony wpływ. Trzeba jednak być ostrożnym, bo nawet kapłani potrafią się zagalopować w błędnym myśleniu. Nie tak dawno widziałem relację z Jasnej Góry, gdzie trzech księży z trzema monstrancjami z Najświętszym Sakramentem ruszyło w tłum, by błogosławić indywidualnie, bo inaczej zajęłoby to zbyt wiele czasu. Taka sytuacja nie dość, że jest po prostu absurdalna, to jeszcze wprost zabroniona.

Zobacz też:   Sprzedaż wartości, nowa strategia korporacji?

Modlitwa wstawiennicza to z kolei bardzo szerokie pojęcie. Nie oznacza tylko modlitwy z wyciągnięciem nad kimś rąk. Każda modlitwa „za kogoś” – czy podczas mszy, czy podczas indywidualnej modlitwy porannej lub wieczornej we własnym domu – jest modlitwą wstawienniczą. Należy to bardzo dobitnie artykułować przed inicjowaniem wieczorów uwielbienia we wspólnotach. W przeciwnym razie może dochodzić nawet do wątpienia w moc „zwykłej” modlitwy, skoro nie gwarantuje duchowych fajerwerków.

„Zgromadzeni na modlitwie z Panem swym…”

Dużo mówi się o tak zwanej „duchowości eventowej” spod znaku wielkich nabożeństw na stadionach, zjazdów młodzieży czy wieczorów uwielbienia. Rzeczywiście, jeśli tylko na eventach opiera się swoją duchowość i są one jej podstawą, możemy mieć uzasadnione obawy, czy zasiane ziarno wiary prawidłowo kiełkuje na właściwym podłożu. Ale jeśli tego typu wydarzenia są tylko jedną z form duchowego spędzania czasu, zdecydowanie warto się na nie wybrać.

Poczucie wspólnoty jest bardzo ważne – dzięki niemu, oprócz uprzedniej świadomości bycia we wspólnocie z katolikami z innych części kraju czy świata, możemy doświadczyć tego na własnej skórze. Wspólny gromki śpiew, wspólna modlitwa – to wszystko pobudza serca zgromadzonych do wiary i uwielbienia Boga. Pozostaje tylko odpowiednio o te serca zadbać.

Bo jedną z gorszych opcji jest padnięcie ziarna na skały: „Podobnie na miejscach skalistych posiani są ci, którzy, gdy usłyszą słowo, natychmiast przyjmują je z radością, lecz nie mają w sobie korzenia i są niestali. Gdy potem przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamują” (Mk 4, 16n). Wtedy może okazać się, że bardzo chętnie jeździli na tego typu wydarzenia, ale nie mniej chętnie tłumnie protestują przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, gdy potwierdzi oczywistą ochronę życia nienarodzonego.

Jedność ciała i ducha

Człowiek jest jednością. Dla własnego zdrowia psychicznego powinien emocje przeżywać. Zwłaszcza że nie ma czegoś takiego jak złe emocje. I nie ma też czegoś takiego jak dobre emocje. Emocje ze swej natury są neutralne moralnie i dopiero czyny, które z nich wypływają, możemy zakwalifikować jako dobre lub złe. Zatem jeśli msza czy adoracja wzbudza w nas jakieś emocje, nie obawiajmy się ich przyjąć lub się z nimi skonfrontować. To naturalne, że pięknie celebrowana liturgia wzbudzi w nas radość, wytłumaczenie przypowieści w inny sposób niż sztampowy spowoduje zaskoczenie, a dobrze przeprowadzony rachunek sumienia wzbudzi nie tylko żal wynikający ze świadomości, ale i emocjonalny.

Ważne, żeby nasze emocje nie stały się celem samym w sobie, ale zawsze kierowały nasze myśli ku Najważniejszemu.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.