adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Płowy bawół, orzeł srebrzysty i pstrąg szczerozłoty

Posługa misjonarza wymaga silnej wiary, zdrowia i entuzjazmu, ale często również umiejętności zrozumienia i pewnej elastyczności. Szczególnie, jeśli w ciągu kilku lat pracuje się w pięciu różnych krajach na trzech kontynentach – tak jak nasz kolejny rozmówca w cyklu #PoloniaZawszeWierna. Jak jeździć na misje po całym świecie, aby na każdym wyjeździe dać jak najwięcej z siebie innym oraz samemu rozwinąć się duchowo?

Z Piotrem Kiesiem, misjonarzem Wolontariatu Misyjnego Salvator, uczestnikiem misji w Izraelu, Kenii, Filipinach, Kazachstanie i Gruzji, rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Zacznijmy od podstaw – czym w ogóle jest Wolontariat Misyjny Salvator?

PK: Jest to stowarzyszenie przy Towarzystwie Boskiego Zbawiciela. Salwatorianie zawsze zajmowali się młodzieżą; są też zgromadzeniem misyjnym, dlatego w pewnym momencie pojawił się pomysł, żeby ci młodzi przyjechali w wakacje na misje i im pomogli. Jeden z księży podchwycił to, zgarnął parę osób i pojechał z nimi do Albanii. Okazało się, że był to trafny i Boży pomysł, który rozwinął się w wolontariat.

Kiedy wstępowałem do Salvatoru, na spotkaniach ogólnopolskich bywało mniej więcej pięćdziesiąt osób, a teraz jest już ponad setka. Około połowy członków gdzieś wyjeżdża (większość wyjazdów odbywa się w Europie) – pozostali mają zbyt absorbującą pracę lub inne przeszkody, przez które nie mogą wyjechać. Mimo to są we wspólnocie, modlą się z nami, pomagają przy różnych akcjach i cenią sobie taką formę udziału.

KM: Czyli można powiedzieć, że WMS całkiem dobrze się rozwija?

PK: Wolontariat się profesjonalizuje. Kładziony jest duży nacisk na media, tzn. powstają specjalne grupy odpowiedzialne za nagrywanie, fotografowanie czy montowanie filmików promocyjnych. Wiesz, kiedy wstępowałem do WMS-u, to było tak, że jeśli ktoś chciał wrzucić zdjęcie, to wyciągał telefon i je robił, a teraz mamy specjalne wewnętrzne kursy fotograficzne.

Jeżeli chodzi o wyjazdy, to zawsze jest pewna fluktuacja: z jednej strony wolontariat stara się utrzymać te placówki, które już ma, ale jeśli mimo to jakieś niestety stracimy, to pojawiają się nowe. Przykładowo – odpadła nam niedawno Kenia, ale zamiast tego od tego roku pojawi się Nigeria, o ile oczywiście wirus nie pokrzyżuje nam planów. Najbardziej popularnym miejscem jest z kolei Albania, gdzie od dawna mamy dwie placówki.

KM: A jak Ty się znalazłeś w tej wspólnocie? Jak odkryłeś powołanie misyjne?

PK: Pod koniec liceum dojrzewała we mnie myśl o kapłaństwie. Niektórzy mówią, że można mieć powołanie do seminarium, a nie do stanu duchownego – w każdym razie wówczas byłem przekonany, że mam zostać księdzem. Jako że traktuję takie rzeczy na poważnie, stwierdziłem, że muszę się przygotować – postanowiłem zrobić rok przerwy po maturze i wyjechać na misje. Okazało się jednak, że nie mam wśród znajomych kogoś, kto mógłby mi w tym pomóc, więc usiadłem przy laptopie i zacząłem szukać informacji o wolontariatach misyjnych. Wysłałem maile do wszystkich, które znalazłem, i otrzymałem dwie odpowiedzi – od salezjanów i salwatorian. Ci pierwsi wymagali jednak rocznego przygotowania, a była już jesień. Dodatkowo spotykali się w Krakowie, natomiast salwatorianie w Mikołowie, dokąd było mi bliżej, tak więc wybrałem wolontariat Salvator. To był dobry wybór.

KM: Czy trudno było przygotować się do pierwszego wyjazdu?

PK: Są dwa bardzo różne rodzaje wyjazdów. Czymś innym są te krótkoterminowe, do krajów bliższych kulturowo, jak Gruzja czy Albania, gdzie mieszka się pod opieką księży, jest pod dostatkiem jedzenia i ma się bardzo konkretne zadania. Takie wyjazdy wymagają mniej przygotowania – przykładowo, jadąc na Ukrainę, trzeba tylko opanować podstawy języka rosyjskiego, co nie jest problemem. Otrzymujemy kontakty do osób, które znają daną placówkę i przechodzimy kursy paramedyczne czy prowadzenia zabaw z dziećmi.

Czym innym są wyjazdy długoterminowe – Kenia, Filipiny, kiedyś były Indie – bo tam na miejscu często jest się samemu. Ksiądz mieszka w pewnym oddaleniu i nie ma jasno określonego planu działania. Przykładowo, gdy leciałem na Filipiny, to wiedziałem, że mam uczyć dzieci w slumsach i myślałem, że dostanę jakieś wytyczne. Tymczasem ksiądz mnie przywitał i widywaliśmy się co dwa-trzy tygodnie, a na miejscu była tylko pracownica socjalna, która powiedziała, żebym jakoś sobie ogarnął te lekcje. „Czego mam ich uczyć?” „A, czego chcesz”… Ciężka sprawa – z jednej strony dać dzieciom trochę rozrywki, z drugiej postarać się pomóc im tak, żeby dostały się do lepszych szkół i nie musiały w przyszłości handlować narkotykami. Oczywiście, przed tym wyjazdem starałem się przygotować, poszedłem nawet na dwa spotkania harcerzy, żeby podpatrzeć zabawy z dziećmi, czytałem o tych Filipinach i rozmawiałem z osobami, które wcześniej tam były. Gdy leciałem z kolei do Kazachstanu czy Gruzji, to „walczyłem” z rosyjskim i na ile byłem w stanie, na tyle się go nauczyłem.

KM: Ale zanim nadeszły Filipiny i Kaukaz, pojechałeś na swoje pierwsze misje do Izraela.

PK: To był rok 2014. Zaczęło się nietypowo, bo wolontariat w 90% zajmuje się dziećmi lub niepełnosprawnymi, a ja w Izraelu byłem od kwestii technicznych. Najpierw trafiłem do miejsca pielgrzymkowego prowadzonego przez franciszkanów, gdzie według tradycji Jan Chrzciciel przygotowywał się do swojej misji. Pracowałem tam fizycznie przy roślinach, sprzątałem po pielgrzymach…

Jakoś po miesiącu przeniosłem się na stronę palestyńską, do domu opieki nad starszymi kobietami. Jako mężczyzna nie mogłem pracować jako pielęgniarz, więc znowu zajmowałem się pracą fizyczną. Był tam bardzo duży ogród, drzewa figowe i oliwne oraz winnica, pomagałem też przy remontach.

KM: Czy posługa misyjna w Ziemi Świętej była bezpieczna? Ten region uchodzi raczej za niezbyt spokojny.

PK: Pech chciał, że kilka dni po moim przylocie zaczęły się problemy. Najpierw były drobne zamieszki przy Strefie Gazy, a w naszej okolicy podpalenia, o które oskarżano muzułmanów. Później zaczęły latać rakiety, ale na szczęście Żydzi mają dobry amerykański system antyrakietowy, przechwytujący większość pocisków lecących w stronę siedzib ludzkich. Zasadniczo są one wystrzeliwane ze Strefy Gazy, więc większość nie leciała w okolice Jerozolimy, gdzie mieszkałem, tylko bliżej. Oczywiście, zdarzało mi się widzieć rakiety, ale na tyle rzadko, że traktowałem to raczej jako ciekawostkę niż zagrożenie. Tylko raz pocisk wybuchł kilka kilometrów ode mnie i to odczułem.

Z kolei gdy byłem w Palestynie, zdarzały się zamieszki, w czasie których latały koktajle Mołotowa i tym podobne. Zawsze miałem jednak takie szczęście, że w mieście, do którego przyjeżdżałem, akurat się nie bili – tłukli się albo wcześniej, albo później, ale osobiście nie widziałem nigdy zamieszek. Zresztą, dom opieki miał wysoki mur z drutem kolczastym i cieszył się szacunkiem miejscowych, więc raczej niczego się nie bałem – przynajmniej do momentu, w którym rozniosła się pogłoska, że popieram Żydów – nie jest to prawdą, ale zadawałem dużo pytań, a Arabowie traktują takie osoby podejrzliwie. Mimo wszystko są oni mocno zindoktrynowani, więc kiedy zdarzało mi się kwestionować prawdziwość informacji w ich mediach, przez krótką chwilę miałem łatkę prożydowską. Ale, tak jak mówię, nie trwało to długo i nie doprowadziło do żadnych problemów. Jedyny kłopot był taki, że z powodu zamieszek anulowali mój lot i musiałem wracać przez Litwę.

Starałem się być aktywnym obserwatorem. Izrael to bardzo ciekawy przykład i po tych misjach myślę, że rozumiem Arabów i Żydów oraz argumenty i racje obu stron na tyle, że gdy ktoś się wypowiada na temat sytuacji w Izraelu, to wyczuwam, którą propagandę słyszał.

KM: Czy mimo obowiązków i niebezpieczeństw miałeś czas, aby odwiedzić ważne dla chrześcijan miejsca w Ziemi Świętej?

PK: Miałem wolne dwa dni w tygodniu i każdy z nich wykorzystywałem na odwiedzanie różnych miejsc. Oczywiście, jest jeszcze parę lokacji, które chciałbym odwiedzić, ale można powiedzieć, że dość dobrze znam te tereny. Zresztą, organizuję teraz rodzinną pielgrzymkę do Ziemi Świętej.

Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś
Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś
Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś

KM: Po Izraelu przyszedł czas na jeszcze bardziej egzotyczną przygodę, tym razem w Kenii.

PK: Naszą placówką w Kenii jest dom dziecka. Do Nairobi jakieś trzydzieści lat przed moimi misjami przyjechał kombonianin, ojciec Renato Kizito i zaczął zakładać różne instytucje – domy dziecka, szpitale i tym podobne. Przywitał mnie tam i wyjaśnił swoje oczekiwania: mam tam po prostu być i raz lub dwa w tygodniu poprowadzić katechezę. Później Padre Kizito pojechał do Włoch zbierać pieniądze na misje i zostałem sam – na terenie ośrodka mieszkali tylko kenijski menedżer z rodziną oraz kucharz. Dla mnie była to nowa sytuacja, bo lubię mieć konkretne zadania, tak jak to było w Izraelu. Tu było troszkę ponad dawdzieścioro dzieci, a ja nie miałem na miejscu żadnego przełożonego. Wieczorami często zadawałem sobie pytania: co ja mam z nimi robić? Jak im pomóc? Jakie jest moje powołanie w tym miejscu? Nie pomagał mi w tym menedżer, którzy zawsze był ze mnie bardzo zadowolony i nie chciał żadnej pomocy. Wtedy zrozumiałem to, co bł. Karol de Foucault mówił o charyzmacie obecności. Chodziło o to, żeby nie podchodzić zadaniowo, ale po prostu być z tymi dziećmi. Kiedy się cieszą, to cieszyć się z nimi, jak się biją, to przerywać, grać z nimi w piłkę, modlić się razem, a gdy idą spać, to mówić im „dobranoc”, po czym zadać sobie pytanie, czy to, co robiłem danego dnia, było Boże. Po tych trzech miesiącach, gdy mnie żegnali, jeden z chłopców powiedział mi, że cieszy się, że mógł mnie poznać i nie skrzywdziłem go w żaden sposób, a jeśli on mi wyrządził coś złego, to przeprasza. To było bardzo ujmujące, bo był on cudownym dzieckiem i nigdy nie miałem z nim żadnych problemów.

KM: Z jakimi problemami, przeszkodami zetknąłeś się w Kenii?

PK: Trochę bałem się malarii, ale na Płaskowyżu Kenijskim jest ona dość rzadka. Niemniej jednak moja babcia zrobiła w Polsce zbiórkę pieniędzy, za które kupiłem spreje do odstraszania komarów. Był też problem biedy – jedzenia objętościowo nie brakowało, ale to była na przykład kukurydza z czerwoną fasolą, a na śniadanie kubek herbaty. Raz menedżer przyszedł do mnie ze spuszczoną głową i spytał, czy może pożyczyć pieniądze na jedzenie dla tych dzieci. Oczywiście później wszystko oddał, co nawet trochę mnie zaskoczyło. Nie było jednak, na szczęście, poważnych problemów zdrowotnych wśród naszych podopiecznych. To zdarzyło mi się dopiero później na Filipinach. Tam poznałem małego, uśmiechniętego chłopczyka i dopiero po kilku dniach dowiedziałem się, że w rzeczywistości jest to dziewczynka, która straciła wszystkie włosy z powodu grzybicy. W Kenii natomiast, poza dziurami w zębach, nie było problemów.

KM: Skoro wspomniałeś już o Filipinach – to był kolejny wyjazd. Czym się tam zajmowałeś?

PK: Mieliśmy uczyć dzieci ze slumsów. Część z nich nie chodziła do szkoły, w sumie nie wiem czemu, więc prowadziliśmy zajęcia na ulicy albo w domach niektórych rodziców. Nasza fundacja prowadzi tam też świetlicę.

KM: Jak wygląda codzienność w filipińskich slumsach?

PK: Stolica Filipin – Manila – razem z przedmieściami ma dwadzieścia cztery miliony mieszkańców. W slumsach, w malutkich domkach, mieszka spora liczba osób. Praktycznie nie widywałem tam mężczyzn, którzy pracują – często przebywają zagranicą, bo Filipińczycy są bardzo rozchwytywaną siłą roboczą, na przykład w Arabii Saudyjskiej. Mieliśmy jednak zalecenie, żeby nie być w slumsach wieczorami, kiedy mężczyźni [ci, którzy nie wyjechali z kraju – przyp. red.] wracają z pracy. Kobiety z kolei zajmowały się domem lub mikroskopijnym handlem – wszędzie było pełno małych kramów z różnymi gatunkami ryżu, owocami czy mięsem.

Dzieci przebywały na ulicy, choć nie wiadomo gdzie. Kiedy przychodziłem na wyznaczone miejsce, zwykle czekało na mnie jedno dziecko, które krzyczało i wtedy nagle zewsząd nadlatywała reszta. W slumsach Payatas, gdzie pracowałem, jest ogromne wysypisko śmieci – jak się kiedyś zawaliło, to zginęło ponad dwieście osób. Miejscowe dzieci, nie mając innych rozrywek, często wyciągały stamtąd różne rzeczy. Miały też zabawki home-made – na przykład jeden dzieciaczek trzymał w pudełku po zapałkach pająka, inni turlali dookoła slumsów oponę.

KM: Filipiny powszechnie kojarzą się jako kraj mocno katolicki – czy tak jest w rzeczywistości?

PK: Jest mnóstwo kościołów i chodzi do nich bardzo dużo osób. To widać – święte obrazki… Nawet osoby, które nie żyły za bardzo po chrześcijańsku, chodziły z różańcami na szyjach i nikt nie widział w tym problemu. Da się zauważyć że jest to prosta wiara. Bardzo lubią święte figury i tak dalej. Przypomina mi się znowu Kenia, gdzie było to pociągnięte do ekstremum (co było na swój sposób urocze), bo większość autobusów miała napisane sprejem hasła „Jesus is Lord”, „Read the Bible” i tym podobne. Nawet jeśli wiara nie przekładała się na rzeczywistość, to wizualnie była bardzo obecna.

KM: A co z władzami państwowymi? W polskich mediach spotyka się doniesienia o bardzo antykatolickich działaniach obecnego prezydenta Rodrigo Duterte.

PK: On ma w nosie Boga, a że jest bardzo agresywny, to Kościołowi się dostaje. Ale to dłuższa historia. Tam jest problem z metamfetaminą, która jest bardzo tania, a niezwykle mocno „kopie” (nie brałem – tylko słyszałem), jest też bardzo toksyczna. Filipiny długo próbowały sobie z tym poradzić i nie dawały rady. Kiedy przyszedł prezydent Duterte, to stwierdził, że wyda wojnę wszystkim, którzy mają kontakt z narkotykami, łącznie ze spożywającymi. Pozwolił strzelać do każdego, kto sprzedaje, kupuje lub korzysta – łącznie z cywilami. Zdarzało się więc, że rano na chodniku znajdowano leżące ciało z dragami w ustach i nie dochodzono, kto tego człowieka zabił. Kościół stanął w obronie tych ludzi, uznając, że narkotyki to oczywiście zło i trzeba je zwalczać, ale nie w ten sposób. Ludzi trzeba szanować, nie można od razu ich zabijać, co więcej, nie wszyscy byli winni – tymczasem liczba ofiar śmiertelnych doszła do pięciu tysięcy siedmiuset. Z tego powodu Duterte, który nie toleruje, gdy ktoś mu się sprzeciwia, stał się bardzo antykatolicki.

KM: Pamiętasz jakąś szczególnie ciekawą historię, jaka przydarzyła Ci się na Filipinach?

PK: Hmm… Nie wszystko mogę powiedzieć, ale dobra. Na Filipinach są tajfuny. Czasami jest takie urwanie głowy, że nie widziałem na przykład dalej niż pięćdziesiąt metrów, bo był tak gęsty deszcz, ale niekiedy było po prostu trochę wietrznie i tyle. Filipińczycy z byle powodu przerywają lekcje. Serio, często naprawdę nie było źle, a zajęcia i tak zostały anulowane. Gdy rząd odwoływał lekcje, to nie mieliśmy dostępu do naszej „bazy”, która mieściła się w świetlicy środowiskowej. Pewnego razu stwierdziłem, że ile razy można – w końcu nie przyleciałem na Filipiny po to, żeby znowu siedzieć na tyłku. Spakowaliśmy się więc i pojechaliśmy do slumsów. Podróżowaliśmy półtorej godziny w przeciekającym autobusie, byliśmy przemoczeni. Na miejscu przyszło troje, może czworo dzieci, ale było to dla mnie konsekwencją tego, że byłem tam jako misjonarz – właśnie dla nich. Wiesz, mogłem stwierdzić, że się cieszę z dnia wolnego i idziemy pić. Życie nocne na Filipinach to jest bajka – tani alkohol, piękne dziewczyny… Ale nie korzystałem z tego. Cieszę się, że mogłem tam być jako wolontariusz misyjny.

Zobacz też:   Pod wielką mapą Imperium | Polonia Zawsze Wierna

KM: Cieszysz się również z tego, że mogłeś być na kolejnej placówce – tym razem w Kazachstanie?

PK: W Kazachstanie byłem w Oziornoje – to mała wioseczka „na zadupiu”, ale znajduje się w niej sanktuarium Królowej Pokoju. Katolików jest tam jednak malutko, w większości są to potomkowie Polaków czy osób deportowanych z innych krajów Europy.

KM: Jak wyglądała tamtejsza religijność?

PK: W Oziornoje mieszka około trzystu osób i jest tam mały kościółek z ogromnym ołtarzem, gdzie adorowany jest Najświętszy Sakrament. Bardzo mi zaimponowało, że ta adoracja trwa codziennie od 8:00 do 18:00. Od dziesięciu lat ludzie wpisują się na dwugodzinne dyżury i cały czas ktoś tam jest. Czaisz? Ani przez chwilę nie zdarzyło się, żeby Jezus był sam. Oczywiście, bywało, że ktoś nie dotarł na dyżur, ale wtedy siostra przychodziła do mnie i mówiła: „Przerwij pracę i idź adoruj, żeby Jezus nie był sam”. To było niesamowite, zwłaszcza, że to malutka wioska i statystyki wierzących były podobne jak w Polsce. W niedzielę celebrowano jedną mszę święta i tłumów na niej nie było, ale adoracji pilnowali. Czasem widziałem, jak o 10:00 pod kościół przyjeżdża na rowerze dziewczynka, ze świątyni wychodzi starsza pani i podjeżdża po nią samochodem mąż – tak wyglądała zmiana warty. Ogromny szacunek!

KM: Jak wygląda życie potomków Polaków w Kazachstanie?

PK: Zachowują tożsamość, powiedziałbym, słowiańską. Po pierwsze – różnią się od Kazachów fizycznie. Po drugie – Kazachowie mówią po kazachsku, a Słowianie ogółem po rosyjsku. Byli tam potomkowie Polaków, Niemców, mnóstwo Rosjan i to się wymieszało. Prawdę mówiąc, już nie widać, kto miał dziadka z Niemiec, a kto z Polski – wszyscy mówią po rosyjsku. Nawet gdy robiłem wywiad dla Salvatoru, to te starsze osoby, które posługiwały się polskim, mimowolnie wtrącały co drugie słowo rosyjskie. Nie spotkałem się też z atrybutami polskości – jej przeżywanie trochę się rozmyło.

Co ciekawe, młode pokolenie wraca do Polski. Po pierwsze – wszyscy mają Kartę Polaka, po drugie – studiują w Polsce. Tak normalnie, w ciągu roku, w Oziornoje nie ma nikogo, kogo można by nazwać „młodzieżą”, bo wszyscy studiują, w większości w Polsce. Tu się im pomaga, organizuje się roczny kurs języka polskiego i później wysyła na uniwersytet. Myślę, że chodzi o to, żeby dać im punkt zaczepienia u nas, bo w Kazachstanie nie ma zbyt dobrych perspektyw. Polska jest dla nich życiową szansą, tym bardziej, że loty, jak na ten dystans, są dość tanie – WizzAirem dolecisz z Astany za mniej niż tysiąc złotych. Kiedy rozmawiałem z młodymi studentami, to mówili, że podoba im się w Polsce, chcą tu zostać. Jest taka nowa fala polskości, tylko że oni już nie wrócą na stałe do Kazachstanu. Moim zdaniem jednak jest to też pozytywne dla naszego kraju, ponieważ to są wspaniali ludzie. Z wdzięcznością przyjmują to, że mogą tu być, dostają na jakiś czas mieszkanie, a państwo się nimi opiekuje, żeby ich przygotować do życia w Rzeczpospolitej.

Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś
Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś
Misje na Filipinach – fot. Piotr Kieś

KM: Kolejny wyjazd był dość blisko geograficznie. Jak było w Gruzji?

PK: Gruzja była najbardziej „domową” placówką, bo mieszkaliśmy w tym budynku, co księża, jedliśmy z nimi posiłki, mieliśmy razem mszę… To był dom opieki dziennej. Codziennie rano specjalny mikrobus wyjeżdżał na miasto i przywoził osoby niepełnosprawne. W ośrodku odbywały się terapie zajęciowe, niektórzy uczyli się coś robić na komputerach, były zajęcia manualne, stolarnia… Po południu ruszały busiki, które odwoziły ich do domów.

KM: Osobiście kiedy słyszę „Gruzja”, to na myśl przychodzą mi wino, muzyka i imprezowanie. Czy to słuszny obraz?

PK: Tak, oni faktycznie lubią i „praktykują” to spożycie wina. Gdy byłem czasem wieczorem na mieście, to dało się to zauważyć i usłyszeć. Kuchnia też jest pyszna – i może dlatego wszyscy faceci byli tam grubi. Niestety, jest też bardzo tłusta i to chyba nie najlepiej dla zdrowia.

KM: Mają też swoje problemy polityczne?

PK: Ogólnie to jest najbardziej „europejski” kraj w tamtej części świata. Gruzini bardzo chcieliby być w Europie i starają się być europejscy. Autobusy, stan dróg, sposób prowadzenia gospodarki… Podobno nawet w Tbilisi policjanci chodzą z kamerkami. W czasach I wojny światowej był pomysł, żeby powstało jedno państwo kaukaskie, łączące Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Później te wszystkie ziemie wchłonął Związek Radziecki i tak to rozegrał, na zasadzie „dziel i rządź”, żeby te narody się nienawidziły. Armenia jest pokłócona z Azerbejdżanem, a Gruzja z Rosją. Po części ma przez to problem z Armenią, która jest blisko z Rosją, bo ten kraj z kolei nie ma się do kogo innego odwołać, ale z Azerbejdżanem też ma zatarg. Dla Gruzji Europa jest czymś takim, jak dla nas Stany – silnym graczem z zewnątrz, którego się próbuje zaprosić. Kiedy tam przyjechałem, były protesty związane z tym, że zaproszono do parlamentu jakiegoś Rosjanina i była to pierwsza manifestacja, na której widziałem, że uczestnicy nieśli flagę Stanów Zjednoczonych – w innych krajach zwykle ją palą. Było też bardzo dużo flag Unii Europejskiej, mimo że Gruzja do niej nie należy.

Kulturowo też są nam dość bliscy. Są chrześcijanami – co prawda w większości prawosławnymi, ale jednak chrześcijanami. Poza tym są podobni wizualnie, mamy też wspólne zaszłości historyczne. Gruzja chciałaby być częścią Europy, natomiast mam wrażenie, że Europie nie za bardzo na tym zależy.

KM: Czy to prawda, że Gruzini uwielbiają Polaków?

PK: Oni są ogólnie kochani i mili, ale nie spotkałem się nigdy z jakimś „bonusem” za to, że jestem Polakiem. Opowiem jednak pewną anegdotkę. Miałem kiedyś dzień wolny, więc pojechałem do Kutaisi. Tam była organizowana wycieczka z lokalnym przewodnikiem – często tak się robi w różnych miejscach: miejscowy pasjonat, zazwyczaj student, oprowadza ludzi po mieście za darmo, a na koniec zbiera jakieś drobne datki do czapki. No i skorzystałem z tej opcji, ale okazało się, że byłem jedynym, który się zgłosił, a na dodatek padał deszcz. Ale przewodnik powiedział: „No trudno, jak ktoś się zgłosił, to wycieczka musi iść”. Po dziesięciu minutach co prawda doszła do nas jeszcze jedna para, ale ten przewodnik, w tym deszczu, gadał do nas półtorej godziny. Niczego nie pominął, odpowiedział na wszystkie moje pytania i był bardzo miły. Nie wiem, czy w Polsce w takiej sytuacji oprowadzający nie stwierdziłby, że mu się nie opłaca.

KM: Jak wiele śladów po niedawnej wojnie z Rosją widać dziś w Gruzji?

PK: Najbardziej rzuca się w oczy to, że Gruzini przedstawiają mapy i symbole swojego kraju dalej z Osetią Południową i Abchazją. Ja byłem w Tbilisi – front zatrzymał się niedaleko przed stolicą. Są obozy uchodźców –  tam akurat nie byłem, ale dziewczyny zajmowały się na miejscu dziećmi. Na pewno bardzo żywe jest napięcie i spotkałem się z takimi relacjami – nie jestem w stanie ich potwierdzić – że Rosja nieustannie przesuwa granicę po kilka metrów i krok po kroku zżera to terytorium. Największy problem jest, kiedy ktoś ma po tamtej stronie rodzinę czy jakieś interesy, bo granica jest trudno przejezdna. Pamiętam, że jacyś wolontariusze kiedyś wybierali się do Abchazji i mieli masę problemów, żeby tam się dostać i chyba im się w końcu nie udało.

Gruzini czują się mocno poszkodowani, szczególnie, że są bardzo dumnym narodem. Pamiętam, że gdy na tej wycieczce w Kutaisi przewodnik pokazał nam pomnik, gdzie było trzech przywódców z różnych okresów historii Gruzji, to powiedział, że żaden z nich w ciągu swojego życia nigdy nie przegrał ani jednej bitwy. Opowiadał z wielką dumą, jak Gruzja balansowała między Imperium Osmańskim a Rosją. Problem jest też w tym, że przed wojną w Osetii i Abchazji było około 2/3 Osetyjczyków czy Abchazów, a 1/3 Gruzinów, natomiast obecnie Gruzinów tam praktycznie nie ma. Była taka rodzina, do której dojeżdżałem – kobieta oraz jej ciężko chory mąż z niewydolnością oddechową i nowotworem. Pomagałem mu zmieniać pampersy czy rozmasowywać odleżyny. Ta pani zawsze nas gościła, zapraszała na obiad i opowiadała różne rzeczy. Okazało się, że wcześniej mieszkali w Abchazji i właśnie z powodu tej wojny musieli przyjechać do Tbilisi. W Abchazji mieli dom, a tu dostali maleńkie mieszkanko, w którym było strasznie gorąco i nawet nie bardzo dało się wywietrzyć. Dało się zauważyć ten smutek, że kiedyś było dobrze i mieli perspektywy, a teraz została gorycz.

KM: Muszę spytać również o kwestie religijne – jak jest u Gruzinów z wiarą?

PK: Większość narodu należy do gruzińskiego Kościoła prawosławnego. Przy czym, jak u nas często narzeka się, że „Kościół miesza się do polityki”, to to jest nic. W Gruzji współpraca rządzących z Cerkwią jest na tyle intensywna, że – tak słyszałem od miejscowych – przed wyborami Saakaszwili jeździ do patriarchy, obiecuje mu pieniądze na remont i inne potrzeby. I nawet jeżeli patriarcha nie powie, żeby ludzie głosowali na tego polityka, to on w oczach ludzi wychodzi na „batiuszkę”, który jest dobry, bo dba o nasz Kościół.

Katolicy nie są może dyskryminowani, ale jest delikatna niechęć i nie ma woli współpracy. Mam wrażenie, że to jest spójne zarówno dla rosyjskiego, jak i gruzińskiego Kościoła prawosławnego. Nie wiem, czy chodzi o „konkurencję”, ale kapłani katoliccy opowiadali, że buduje się wokół nich negatywną atmosferę. Jeden mi opowiadał, że pojawił się kiedyś batiuszka, z którym wyjątkowo dało się rozmawiać. Przychodził do nich i normalnie utrzymywali stosunki towarzyskie, ale potem został przeniesiony i wszystko wróciło do normy – nie kontaktują się. Moim zdaniem – ogromna szkoda.

Cerkiew, jeszcze bardziej niż u nas, jest tam reprezentantem pewnego konserwatyzmu. Przykładowo, Kościół katolicki uczy, że osoby homoseksualne należy otoczyć troską i współczuciem, a tam raczej panuje atmosfera oskarżenia o wynaturzenie. O ile u nas wiara łączy się z konserwatywnym światopoglądem, ale nie aż tak obligatoryjnie, bo są „postępowi” katolicy, tak w Gruzji dostrzec można kontrast i przez to młodzi ludzie jeszcze mniej chętnie patrzą na Cerkiew. Poza tym fakt, że w Cerkwi nie ma obowiązku cotygodniowego uczestnictwa we mszy świętej, jest wielkim problemem, bo ludzie nie utożsamiają się z wiarą, nie rozumieją jej. Często wchodzą do świątyni na chwilę, pośpiewać czy zapalić świeczkę, i cerkiew staje się dla nich bardziej rodzajem jakiegoś urzędu.

KM: Co poradziłbyś osobom, które po przeczytaniu tego wywiadu uznałyby, że chcą same spróbować sił na misjach?

PK: Żeby do mnie napisały na Facebooku. Zapraszam do wolontariatu! Zauważyłem taką tendencję, że kiedy ktoś przyjedzie – nawet tylko na próbę – na spotkanie, to zazwyczaj już zostaje. Tu jest fajnie – zarówno jeśli chodzi o wymiar duchowy (bo są to w pewnym sensie rekolekcje), jak i o towarzyski, bo nasza wspólnota jest wspaniała i ludzie są cudowni. Ważne jest też nakierowanie na miłość bliźniego w praktyce. Jeżeli ktoś ma taką chęć, można odezwać się do WMS-u. Spotkania w regionach (Wrocław, Śląsk, Kraków, Warszawa, Lublin i Elbląg) są raz w miesiącu, a ogólnopolskie raz na kwartał. Jeśli ktoś chce pojechać, to dobrze, żeby się regularnie na nich pojawiał i pokazał, że traktuje to poważnie. Są testy psychologiczne i z języka angielskiego, ale nie trzeba się ich jakoś bardzo obawiać. Rozwijamy teraz nowy region, Bieszczady takie nasze „cudowne dziecko”. Jedna dziewczyna stamtąd napisała do naszego księdza, który akurat prowadził tam rekolekcje, że jest super i żeby przyjechał do ich wspólnoty. Ksiądz zrobił im misyjny dzień skupienia i ludziom tak się spodobało, że część z nich już wtedy podjęła decyzję, że polecą gdzieś na misje.

KM: Czego nauczyło Cię uczestnictwo z misjach?

PK: Dla mnie misje mają przede wszystkim wymiar duchowy. Gdybym chciał tylko podróżować po świecie i imprezować, to taniej i efektywniej byłoby jeździć autostopem. Bóg jest w drugim człowieku. On sam, jako istota duchowa, niczego nie potrzebuje. Ale w bliźnim Bóg jest cierpiący, potrzebujący i temu Bogu mogę pomóc. Chciałbym być taki, żeby ta wiara bardzo mocno łączyła się z życiem. Zresztą, zostanę lekarzem, więc pomaganie ludziom będzie całym moim życiem.

Bardzo ważne jest, żeby rozumieć innych, ich potrzeby i potrafić do każdego podejść z miłością. Miałem problem, kiedy babcia zorganizowała tę zbiórkę dla Kenii, bo po nocach zastanawiałem się, co najlepiej z tą kasą zrobić. Kupić dzieciom cukierki? Za przeproszeniem, zeżrą je i nie będzie z tego pożytku. Takie samo pytanie stawiam sobie zawsze: czego Bóg chce ode mnie i co może sprawić, że jak najwięcej dobra po mnie zostanie? Bardzo ważne jest w moim odczuciu też to, że wyjazd misyjny to zawsze są rekolekcje. I o ile zwykle w wolontariacie ludzie wyjeżdżają w grupach, tak ja jestem wyjątkowy, bo chętniej jeździłem indywidualnie. Tak już mam, że potrzebuję przestrzeni, ale cieszę się z tego. Dobre jest też to, że mając wymagający rok akademicki, mogę na misjach wyjść o 19:00 poza placówkę i długo rozmawiać o moim życiu z Bogiem na spokojnie, bez stresu i spiny czasowej. To jest prawdziwa pustynia – tylko ja i On. Misje bardzo mi pomogły z radzeniem sobie w różnych sytuacjach, w podróży, z ogarnianiem się na lotnisku i tak dalej. Teraz, gdy jeżdżę gdzieś prywatnie, to jest mi łatwiej ogarnąć transport czy noclegi.

KM: Tradycyjnie za koniec zapytam, czy nasi czytelnicy mogą jakoś wesprzeć misyjną działalność WMS-u?

PK: Po pierwsze – oczywiście zapraszam do WMS-u. Po drugie – są zbiórki, choć nie mamy ogólnopolskiej listy, ale na stronie wolontariatu jest numer konta i zachęcam do robienia przelewów na cele misyjne. Te pieniądze idą na ubezpieczenia, bilety, organizację spotkań. Dzięki temu ludzie mogą wyjeżdżać, bo niektórzy z nas są ubodzy, a mają głębokie pragnienie, żeby pomagać na misjach. Te osoby mogą wyjechać tylko dzięki ofiarności ludzi, którym dziękujemy i prosimy o więcej.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.