adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Ogród Świata

magazine cover

unsplash.com

Zafascynowani czytamy J.R.R. Tolkiena, C.S. Lewisa i wielu innych pisarzy fantasy. Literatura tego typu nie tylko pobudza naszą wyobraźnię, ale też roznieca przeżycia estetyczne piękna, które często są niewyrażalne słowami. Pozostawię Was z opowiadaniem mojego autorstwa. Miłej lektury!

Trzask pękającego w ognisku drewna rozległ się echem pośród głuszy, mieszając się z odgłosami wody, szelestu palm oraz powiewu wiatru niosącego pył.

– Usiądź bliżej ognia. Słońce już zaszło i robi się coraz chłodniej. – Starszy wiekiem mężczyzna wskazał ręką płomienie. Światło ognia tańczyło nieregularnym kształtem po jego pomarszczonej ciemnej skórze, kościstej twarzy i czarnych włosach.

– Zanosi się długa noc, prawda? – odrzekł młodszy, okrągły z twarzy mężczyzna, który najwyraźniej towarzyszył temu starszemu.

– Prawda. Może jednak zechcesz się zdrzemnąć? Przed nami długa droga.

– Sądziłem, że Er-Ikh jest tylko kilka dni drogi stąd. – Wiatr rozwiał mu włosy, zasypując oczy piachem. Młodzieniec stęknął i przetarł nerwowo twarz.

– Skoro nie chcesz iść spać, to przynajmniej siądź sobie po drugiej stronie ogniska, wiatr nie będzie ci wiał w twarz – powiedział starzec, kiwając głową i po dłuższym namyśle dodał: – Coś ci opowiem.

– Co mi chcesz opowiedzieć, wuju Ir-Horze?

– Cierpliwości, Kashim. To nie jest opowieść na trzy zdania – uspokajał go starzec, miętosząc palcami kawałek swojej szaty. – Miewasz czasami sny? 

– Zdarza się. Czemu pytasz?

– Bo chciałem ci opowiedzieć swój.

– Daj spokój, wuju. Przecież każdy widzi jakieś dziwaczne obrazy we śnie. Dlaczego akurat twoje miałyby być ciekawe lub cokolwiek warte? – niecierpliwił się młodzieniec, wzruszając ramionami.

– Nie odrzucałbym tak pochopnie tego, co dzieje się z tobą we śnie. Czasami miewam sny, które zdają się być wspomnieniami. Budzę się przekonany, że nie tylko to wyśniłem, ale że to naprawdę przeżyłem. Jak to wyjaśnisz?

– Nijak. Czy trzeba to wyjaśniać? – skwitował cynicznie Kashim.

– Posłuchaj, wydaje mi się, że kiedyś byliśmy inni. To znaczy: żyliśmy inaczej. 

– No żyliśmy inaczej, wuju. Teraz budujemy osady liczące prawie dwieście osób. Odgradzamy się ścianami od swoich wrogów. Przeszywamy zwierzęta strzałami i włóczniami, a nasi najwybitniejsi rzemieślnicy tworzą ostre jak rybie ości cienkie kije. Chcesz mi powiedzieć, że kiedyś było lepiej?

– Nie wiem tego, Kashim. Po prostu tak mi się wydaje. Mam przeczucie, że byliśmy zwycięzcami, poznawaliśmy i podbijaliśmy świat. Nie potrzebowaliśmy do tego narzędzi, bo nasze ciała same wszystko robiły za nas. – Starzec był wyraźnie zaabsorbowany swoimi wyobrażeniami. Czuł, że jeśli wystarczająco mocno będzie myślał o tym, co go trapi, z pewnością dojdzie pamięcią do jakichś zakrytych przed nim wspomnień.

– Dobrze, wuju, skoro już tutaj jesteśmy, posłucham tej opowieści – zaśmiał się młody mężczyzna, w pewnym sensie poddając się szalonym w jego mniemaniu historiom Ir-Hora.

***

Pierwszym wspomnieniem, jakie znam, jest doświadczenie bycia zagubionym. Nie pamiętam, bym w tym stanie myślał. Tak jakby jedyne, co mi przychodziło w życiu, to czucie. Czułem dotyk, smak, zapach. Rozcięte ciało bolało i piekło. Inni naokoło mnie wykonywali różne gesty swymi dłońmi. Wydaje mi się, że to był nasz sposób mówienia, bo ja również robiłem tak jak oni. Machałem rękami, wydawałem z siebie jakieś nieskoordynowane dźwięki. Nie przeszkadzało mi, że tak to wyglądało. To znaczy, wtedy mi nie przeszkadzało. Z obecnej perspektywy ten stan jawi mi się jako straszny. Nie chciałbym nigdy do niego wracać.

Pamiętam, że żyliśmy w grupie około dziesięciu, może piętnastu nam podobnych. I chyba byliśmy szpetni. Tak mi się wydaje, bo mieliśmy wielkie, koślawe nosy, wydatne czoła i twarze takie jakieś… jak u zwierząt.

Każdy dzień był męczący, ale my tego tak nie odbieraliśmy. Nie mieliśmy koncepcji udręki czy cierpienia. Gdy jednego z naszych dopadła jakaś dziwna przypadłość i ledwo mógł chodzić, zostawiliśmy go. Cała nasza grupa czuła smutek, ale wszystko to działo się tak automatycznie. Nie przeżywaliśmy tego tak, jak teraz bym przeżywał na przykład twoją śmierć. Zamiast tego wszystko działo się samo, a my mieliśmy poczucie, że tak być musi.

Pewnego dnia zasnęliśmy i obudziliśmy się w miejscu innym, niż rozbiliśmy obóz. Zresztą, trudno to było nazwać obozem. Parę prostych narzędzi zrobionych z kijów i kamieni, jakieś skóry zwierząt i jamy wykopane w rozmiękłej ziemi. W każdym razie wszyscy poczuli się bardzo zakłopotani. Wydaje mi się, że to był pierwszy raz, gdy moi pobratymcy przeżywali podobny strach. Wtedy też – jeśli dobrze pamiętam – doznałem czegoś na kształt przebudzenia. Tak jak budzimy się ze snu, tak tam obudziłem się z tego zwierzęcego amoku do czegoś na kształt świadomości.

„Czym jest to miejsce?!”, „Co my tu robimy?!” – zaczęli wykrzykiwać moi pobratymcy. Jeśli dobrze kojarzę, to był też pierwszy raz, gdy zaczęli używać jakichś skoordynowanych sformułowań, a nie tylko tępych okrzyków. Rzeczywiście, miejsce było bardzo dziwne. Wszystko wypełniała dziwaczna, tęczowa łuna. Trochę tak, jakby kontury wszystkich rzeczy – drzew, krzewów, trawy, słońca i niebios – mieniły się szczególnym rodzajem świateł. Wtedy też dostrzegliśmy, że są z nami inne grupy istot podobnych do nas. Co ciekawe, mogliśmy się z nimi porozumieć. I gdy tak eksplorowaliśmy powoli ten dziwny świat, który nas otaczał, zorientowaliśmy się, że poruszamy się inaczej niż dotychczas. 

Chciałem sięgnąć po zielonkawy owoc wiszący na drzewie, ale było ono za wysokie. Jednak z jakiegoś powodu, gdy wyciągnąłem dłoń, moja świadomość opuściła ciało i wstąpiła w ów owoc. Gdy wróciłem do siebie, do ciała, miałem już owoc w dłoni i kosztowałem jego słodkiego soku. Pozostali również odkrywali podobne zdolności, których wcześniej nie mieliśmy. Kiedy moi pobratymcy opuszczali swe ciała tak, jak ja, można było zaobserwować, jakby z ich konturów wyłaniało się światło przypominające ich wizerunek. Sięgało ono po cokolwiek, czego oni pragnęli, i umieszczało im to w ich cielesnych dłoniach.

Wtedy doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy tylko ciałem, ale też – tak jak nazywamy to dzisiaj – duszą. Wielce zdziwiliśmy się, odkrywszy, że ta „dusza” może więcej, niż mogły nasze ciała. Pamiętam, jak jeden z obcej grupy niefortunnie upadł, a jego noga zgięła się w bardzo bolesny sposób. Pomyślałem, że skoro dusza pozwala sięgać po rzeczy niedostępne, to może zaradzi coś i na to? Nie myliłem się. Wstąpiłem w nogę obcego i ujrzałem… tak jakby bardzo małe kule, kawałki, drobinki piasku. Nie wiem, jak to nazwać. Trudno to nawet określić widzeniem. Bardziej to przypominało świadomość, że jego ciało jest zrobione z tych drobinek piasku. Wiedziałem też, że część gleby w jego ciele była źle ułożona. Pomyślałem, że chciałbym ułożyć je z powrotem na miejsce. Gdy wróciłem do swojego ciała, noga obcego była zdrowa, a ból natychmiast go opuścił.

Gdy tak wędrowaliśmy przez tajemniczy ogród, oglądaliśmy piękne miejsca, których nie potrafiłbym nawet opisać. To trochę tak, jakby drzewa, krzewy i wszystko inne, co nas otaczało, było nie tylko długie, szerokie i wysokie, ale też jeszcze jakieś inne. Wszystko przyjmowało nieopisane kształty. I wtedy zobaczyliśmy Jego. Nie przypominał niczego, co do tej pory widzieliśmy. Nie był rośliną, zwierzęciem ani człowiekiem. Jego skóra zbudowana z najgładszego, najcieńszego sukna, jakie można sobie wyobrazić, mieniła się w wielobarwnych promieniach słońca. Wtedy przybrał kształt podobny do naszego, przy czym jego głowa mieniła się tysiącami najpiękniejszych twarzy, a ciało iskrzyło nieznanym blaskiem.

– Zostaliście zaproszeni do tego przybytku z woli Stwórcy. Moje imię to Gerael. Jestem Jego sługą. – Istota wypowiedziała słowa, które z jakiegoś powodu rozumieliśmy, choć dla nas podówczas nie istniało coś takiego jak język. Używaliśmy symboli, znaków, gestów, jakichś określeń, które nasze gardła mogły wyprodukować.

– Co to jest imię? – zapytał ktoś z tłumu.

– To jest to, po czym będziecie od teraz poznawać istotę rzeczy. Wszystko ma imię. Ja mam imię, wy macie imiona. W przyszłości te drzewa, krzewy, trawa, ziemia, kamienie i wody tego świata i wielu innych światów też będą miały imiona. Wy im je nadacie.

Wszyscy dziwiliśmy się na to, co On powiedział, ale też baliśmy się mu sprzeciwić. Co jednak ciekawe – próbując pojąć, o co Mu chodziło, szybko rozsądzaliśmy wspólnie, co miał na myśli.

– Czym jest to miejsce? – zapytałem Go, akcentując, że chodzi o imię tego miejsca.

– Wstąpcie we mnie swymi ciałami, a sami się przekonacie. – Kilkoro z nas zaczęło wówczas podchodzić do Niego, chcąc dotknąć Go dłońmi. On jednak zaśmiał się, po czym doprecyzował: – Wybaczcie. Nie zwróciłem uwagi, że dla was istnieje różnica pomiędzy ciałem, którym chodzicie, a ciałem, którym myślicie. Dla takich jak ja to jest jedno i to samo. Opuśćcie swe ciała duchem i dotknijcie mnie, a przekonacie się, jak nazywa się miejsce, w którym jesteście.

Zobacz też:   „Wyjątkowy” Kościół Boży

Tak też uczyniliśmy. Gdy mój duch zetknął się z Jego ciałem, pomyślałem, że wylądowałem w pustce. Ale chwilę później pojąłem, że pustka jest innym sposobem istnienia. Zobaczyłem wtedy liczby – każde, jakie znamy, i w różnych kombinacjach, ułożone w różny sposób. Ciągnęły się jakby w nieskończoność. On wtedy powiedział, że to plan tego, jak ma nazywać się miejsce, w którym jesteśmy. Później pokazał mi coś innego. Widziałem ogrom świateł różnego koloru i różnej intensywności, który rozszerzał się dalej i dalej. Wydaje mi się, że wtedy rozumiałem to inaczej, rozumiałem coś jeszcze, czego teraz nie umiem przekazać. To było tak, jakby niezliczony ogrom małych drobin piasku tańczył ze sobą w wiecznej harmonii. 

Gdy powróciliśmy do swych ciał, wiedzieliśmy, że to, gdzie jesteśmy, nosi imię „Świat”. Mam przeczucie, że coś mi umknęło na ten temat. To nieistotne.

I tak przez jakiś czas – gdy tak szliśmy – uczyliśmy się od Niego nowych rzeczy. O świecie, o nas samych, o Nim, o Jego Stwórcy. Nie do końca rozumieliśmy, Kim jest ten cały Stwórca, ale z jakiegoś powodu On nie tylko darzył Go wielkim szacunkiem, ale też był niechętny do mówienia o swoim Panu.

Ktoś w końcu zapytał:

– Czy to miejsce tutaj jest tym samym, w którym byliśmy, zanim się tu obudziliśmy?

– Sięgnijcie we Mnie, a się przekonacie – odparł.

Kiedy wstąpiliśmy w Niego, dostrzegliśmy coś bardzo interesującego. Nasz towarzysz uważał bowiem, że to, skąd pochodzimy, jest odseparowane i jednocześnie połączone z tym cudownym miejscem, w którym się znaleźliśmy. Znowu mam wrażenie, że wtedy wiedzieliśmy coś jeszcze, czego teraz nie potrafię opisać.

Nasz towarzysz poinformował nas też, że wkrótce spotkamy więcej podobnych do nas, gdy ci już dotrą na miejsce. W międzyczasie zauważyliśmy jeszcze coś – niektórzy z nas zaczęli łączyć się w pary. To miało miejsce już wcześniej. Ale teraz zamiast wzbudzać w sobie potomstwo, nasi pobratymcy splatali się w dziwny sposób swoimi duszami. Rozradowani w tańcu odseparowanych od ciał umysłów, bawili się i śmiali.

Pamiętam moment dotarcia do Stwórcy. To nam trochę zajęło, ale do tego czasu zdążyliśmy zmienić się drastycznie. Nasze twarze były niejako podobniejsze do tych, jakimi mienił się Gerael. Nie byliśmy już nadzy i bez ubrań, choć nie przypominam też sobie, byśmy przywdziewali jakieś szaty. Odkrywaliśmy, że możemy na własne życzenie wyglądać, jak chcemy, a moce naszej duszy odziewały nas w niesamowite szaty i płaszcze. Każdy chciał wyglądać inaczej. Jedni upodobali sobie trawę, inni drzewa, jeszcze inni zwierzęta. I według tego ich strój przemieniał się w dziwacznej dla oczu kaskadzie świateł i kształtów.

Żałuję, że nie mogę powiedzieć jednej rzeczy. Kim był Stwórca. Pamiętam, że spotkaliśmy się z Nim. Z początku wydał się taki niepozorny i cichy. Gdy jednak pozwolił, byśmy po raz pierwszy wstąpili w Niego duchem, niektórzy się zlękli. Nigdy też nie rozumieliśmy imienia Stwórcy. Nie było ani planem, ani obrazem, ani ideą. Ale nie było też niczym.

W takim stanie żyliśmy przez czas, jakiego nie umiem wyrazić słowami. Może to w ogóle nie był czas? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko tyle, że tworzyliśmy kulturę, budowaliśmy domy siłą naszych dusz, tworzyliśmy muzykę, której nikt nigdy nie słyszał. Odkrywaliśmy też zdolności duchowe, jakich sobie nawet nie wyobrażaliśmy. Niektórzy leczyli innych, byli tacy, którzy potrafili latać, ciągnąc swoje ciało duszą, jeszcze inni wszystko o wszystkim zdawali się wiedzieć. Byli też wśród nas tytani, których dusze potrafiły urosnąć do niewyobrażalnych rozmiarów. Mogliśmy zmieniać całe krajobrazy dzięki ich mocy. Pisaliśmy podobne plany jak te, które opisywały „Świat”, tylko że na mniejszą skalę. Ktoś nawet wpadł na pomysł, by w jakiś dziwny kamień wniknąć część swojej duszy i zamontować go w swego rodzaju rydwan bądź siodło, by ten poruszał się z zawrotną prędkością.

I kiedy opanowaliśmy to wszystko, jeden ze sługów Stwórcy powiadomił nas, że niedługo dotrą też inni, nam podobni. Naszym zadaniem będzie im pomóc, gdyż będą zagubieni tak samo, jak i my byliśmy zagubieni.

***

– I co? I jak to się skończyło?! – dopytywał podekscytowany Kashim. 

– Skończyło się tak, że nie wiem jak ci to do końca opowiedzieć. Ale spróbuję…

***

To było dnia, kiedy wyprawiliśmy się, by powitać tych podobnych do nas. Gdzieś tak w połowie drogi spotkaliśmy kogoś, kto podał się za sługę Stwórcy. Wyglądał dziwnie, ale uznaliśmy, że przecież w miejscu, gdzie żyjemy, wszystko jest osobliwe. Nie wiem, jak to się stało, ale ktoś tak po prostu wstąpił duchem w tego sługę. Pojęcia nie mam, co tam zobaczył, ale gdy powrócił do siebie, wszystkich nas natychmiast dotknął duszą. A my z jakiegoś powodu uznaliśmy, że musimy dotknąć również innych. Już wtedy coś nam podpowiadało, że cała ta sytuacja jest dziwna.

Gdy dotarliśmy na miejsce, by powitać nowo przybyłych, ukazał nam się widok, jakiego nigdy nie znaliśmy. Były tam setki, jak nie tysiące, obcych. Wszyscy zagubieni i zszokowani na nasz widok. Nie rozumiem, dlaczego z jakiegoś powodu zaczęliśmy sami wnikać w nich swoimi duszami, pokazując im, że tutaj mogą robić wszystko, co chcą. Mogą latać, mówić, śpiewać, odwiedzać miejsca, jakich nie znali. Gdy tak jednoczyliśmy się w duchu, przenikaliśmy się nawzajem swoimi myślami, nie wiem, jak to się stało, ale poczułem wówczas, że w przestrzeni naszych dusz narasta dziwna myśl, że moglibyśmy być jak Stwórca. Ktoś nawet ze swego rodzaju wyrzutem stwierdził, że On celowo nie daje nam poznać i zrozumieć Swego imienia.

Wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Nasze dusze zaczęły się kotłować, szarpać. Niektórzy zadawali sobie ból, uważając, że to oni są lepsi niż reszta. Ci z najbardziej tytanicznymi duszami tłamsili tych o duszach znacznie mniejszych. Dusza jest tym wszystkim, co pomyślisz. Tym się ona wyraża. Wyobrażasz sobie, co myśmy sobie robili? Zadawaliśmy sobie okrucieństwa tak wielkie, że nie umiem ich wypowiedzieć słowami.

Niektórzy tytani mieli pewną zdolność zatrzymywania czasu. Łapali słabsze dusze, blokowali je w dziwnym bąblu czasowym. A tam obdzierali ich z szat i rozrywali je, sądząc, że to im – najsilniejszym – przypada to, co najlepsze. Ostatecznie jednak wszyscy chcieliśmy być jak Stwórca. Chcieliśmy iść do Niego i wykraść Jego imię dla siebie. Gdy ta scena ciągnęła się przez nieokreślony bliżej czas, w pewnym momencie poczuliśmy, że coś nas sparaliżowało. Wszyscy znaleźli się z powrotem we własnych ciałach. 

Wówczas pojawił się Stwórca, przybrał postać podobną do naszej i stanął przed nami.

– Nawet nie wiecie, coście narobili. Nie sądziłem, że on wam tak zamąci w głowach. Nawet nie wiecie, co będę musiał teraz zrobić, żeby to cofnąć. Nie. Co ja mówię… tego nie da się cofnąć.

W tym miejscu widzieliśmy jakby oblicze Stwórcy, mieniące się tysiącami twarzy, drzew, krzewów, gwiazd i światów. Nigdy nie przeżyliśmy czegoś takiego jak tamten moment. Widzieliśmy jak ogrom światów, słońc i życia na nich mieni się w Nim, rodzi się, żyje, ginie i umiera. Widzieliśmy, że On to przeżywa tak, jakby sam był tymi światami, gwiazdami i życiem na nich. Wydaje mi się, że wtedy uświadomiliśmy sobie, że powiedział nam kilka liter swojego imienia. Zrozumieliśmy, że tak jak niektórzy z nas łączyli się w tańcu dusz, tak i On stwarzał nieustannie świat, tańcząc i grając muzykę swojej duszy we wszystkich rzeczach.

Na koniec odparł coś, co nie do końca rozumiem. Powiedział, że wkrótce obmyśli plan, jak nam pomóc, ale do tego czasu musimy opuścić to miejsce. Przestrzegł nas, byśmy „uważali na »niego«, gdyż w dużej mierze to była »jego« wina”. Wydaje mi się, że chodziło mu o tego dziwnego sługę. To od niego wszystko się zaczęło.

Potem wszyscy stracili świadomość. Następne moje wspomnienie pochodzi z dzieciństwa, gdy moja matka nosiła mnie na rękach. Gdy się starzałem, owe myśli dojrzewały we mnie i uświadamiałem sobie je coraz lepiej.

***

– Wuju. Chcesz mi więc powiedzieć, że wszyscy kiedyś byliśmy w tamtym dziwnym świecie? – zapytał zakłopotany Kashim.

– Nie wiem. Jeżeli te sny są prawdziwe, to Stwórca w jakiś sposób podźwignął nas ze stanu zwierzęcego do duchowego. A gdy my się mu sprzeciwiliśmy, musiał nas wyrzucić ze swojego przybytku, pozostawiając nam szczątki tego, co kiedyś mogliśmy robić. Prawdopodobnie zrobił to po to, byśmy sobie jeszcze bardziej nie zaszkodzili – wyjaśnił starzec, wzdychając melancholijnie. 

– Czy można się z tym całym Stwórcą jakoś porozumieć? – spytał z ciekawości młodzieniec.

– Może? Jeśli wierzyć moim snom, Stwórca jest w każdym ziarnku piasku. Ale jednocześnie wydaje mi się, że jest czymś jeszcze. On nam pokazał tylko cząstkę siebie. Tę, którą byliśmy gotowi zrozumieć. No cóż… pewnie jeszcze kiedyś do Niego wrócimy!

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.