Tak często spieramy się o to, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. A dlaczego z podobną energią nie bronimy prawdy, że małżeństwo jest sakramentem?
Współcześnie ślub nie każdemu kojarzy się z sakramentem. I nie chodzi mi nawet o to, że coraz więcej par rezygnuje ze ślubu kościelnego. Ci, którzy się na niego decydują, również muszą dopełnić mnóstwa urzędowych formalności. Wiąże się to z mocną ingerencją w ich prywatność, dodatkowymi obowiązkami, a nieraz – napięciem i stresem. Nie tak powinny wyglądać przygotowania do najbardziej pamiętnego dnia w życiu.
Małżeństwo sakramentem
Małżeństwo w katolicyzmie jest, przede wszystkim, sakramentem. Nie zawsze było to jednak oczywiste. Święty Augustyn, broniąc małżeństwa w dyskusji z manichejczykami, wśród trzech głównych zalet wymienił bonum sacramenti. Słowo to nie oznacza jednak sakramentalności tak, jak rozumiemy ją dziś, sama nauka o sakramentach była bowiem wówczas bardzo słabo rozwinięta.
Pierwszym teologiem, który jednoznacznie zaliczył małżeństwo do sakramentów w swoich Sentencjach (lib. IV, dist. XXVI, cap. 157), był w XII wieku św. Piotr Lombard. Na jego Sentencje powoływał się wielokrotnie św. Tomasz z Akwinu. Trzydziesty drugi traktat jego Summy Teologicznej w całości poświęcony jest małżeństwu. Według św. Tomasza małżeństwo jest sakramentem obrazującym zjednoczenie Chrystusa z Kościołem.
Nauczanie św. Tomasza potwierdził następnie Sobór Trydencki. Kluczowym dokumentem był uchwalony w 1563 r. dekret Tametsi. Dokument ten stanowił odpowiedź na koncepcje protestanckie podważające sakramentalny charakter małżeństwa i traktujące je jak zwykłą umowę cywilnoprawną. Choć sam dekret Tametsi obecnie nie obowiązuje – został zastąpiony w 1908 r. dekretem Ne Temere – to wiele z wprowadzonych wtedy zasad dotyczących małżeństwa jest aktualnych do dziś.
A co było pierwsze…
…ślub kościelny czy cywilny? To zależy od punktu widzenia. Według niektórych badań już ponad dwa tysiące lat przed Chrystusem w Mezopotamii funkcjonowało coś na kształt ślubów cywilnych (J. Klawans, P. Weber, When did marriage begin? [w:] theweek.com). Jednak nawet wtedy można je było uznać za wtórne wobec małżeństwa sakramentalnego. To bowiem według Akwinaty zostało ustanowione już w raju (św. Tomasz z Akwinu, dz. cyt., t. 32, q. 49, art. 1) – pierwszym małżeństwem byli Adam i Ewa jeszcze przed wygnaniem z rajskiego ogrodu. I choć trudno porównywać biblijny opis stworzenia świata z wynikami badań historyków, to wniosek na gruncie filozofii katolickiej jest jasny: małżeństwo, będące sakramentem, istniało na długo przed tym, jak ludzie wymyślili śluby cywilne.
To samo pokazuje zresztą historia późniejsza. W starożytnym Rzymie obowiązywała zasada consensus facit nuptias („zgoda ustanawia małżeństwo”), według której do małżeństwa wystarczała zgoda małżonków, a władza państwowa w ogóle się w ten proces nie mieszała. Zasadę tę przejęła później średniowieczna Europa oraz Kościół, który połączył ją z rozwojem doktryny o sakramentalnym charakterze małżeństwa.
W praktyce od wczesnego średniowiecza śluby były w Europie wyłączną domeną Kościoła. I to Kościół jako pierwszy, we wspomnianym dekrecie Tametsi, określił formę ich zawarcia i rejestrowania. Śluby czysto cywilne, w postaci umowy cywilnoprawnej bez znaków sakramentalnych, pojawiły się – nieprzypadkowo – dopiero w dobie otwartej, brutalnej walki z Kościołem. Po raz pierwszy wprowadzono je w rewolucyjnej Francji (Dekret z dnia 20 września 1792 r. określający sposób ustalania stanu cywilnego obywateli [w:] fr.wikisource.org), następnie w Kodeksie Napoleona, a w XIX i XX wieku pojawiły się w ustawodawstwie większości państw Europy.
W Polsce sytuacja była nieco bardziej skomplikowana, ponieważ okres wprowadzania ślubów cywilnych nałożył się na rozbiory. Pełna świecka rejestracja małżeństw obowiązywała jedynie w zaborze pruskim, gdzie była częścią polityki Kulturkampfu. Jednolitego prawa małżeńskiego nie wprowadzono przez cały okres II RP (Rejestracja aktów stanu cywilnego – jak było kiedyś, a jak jest teraz? [w:] archiwum.mswia.gov.pl). Z kolei władze komunistyczne wprowadziły je już w 1945 r., ustalając, że jedynie ślub cywilny powoduje skutki prawne. W praktyce wierzące pary najczęściej decydowały się na wzięcie dwóch ślubów. Obecnie sytuację reguluje Konkordat ratyfikowany w 1998 r., na mocy którego śluby kościelne są uznawane przez Urząd Stanu Cywilnego, ale Kościół w praktyce nie może udzielać ich bez zgody urzędnika.
Sakrament reglamentowany
I tak dotarliśmy do czasów obecnych, kiedy to małżeństwo mało komu kojarzy się już jednoznacznie z sakramentem. Tymczasem, jak wykazałem wyżej, jest to jego jedyne rozumienie zgodne z optyką katolicką. Z tego samego powodu w tym tekście nie używam wyrazu „małżeństwo” w odniesieniu do związków zawartych jedynie w sposób cywilny. Małżeństwo jest bowiem sakramentem, a sam ślub cywilny ani żadna inna niereligijna forma umowy pomiędzy dwoma osobami nim nie są. Zatem nie są również małżeństwem.
Nie to jest jednak głównym problemem, na który chcę zwrócić uwagę w tym tekście. Istotniejsze jest bowiem to, że obecnie właściwie nie da się zawrzeć związku małżeńskiego bez ślubu cywilnego. A mówiąc językiem teologii – nie da się otrzymać sakramentu małżeństwa bez ślubu cywilnego. To znaczy jest to teoretycznie możliwe, ale w praktyce, w Polsce, biskupi nie są chętni do udzielania zgody na ślub bez skutków cywilnych, jeśli nie zgodzą się na nie urząd lub sąd świecki.
Nie jest to dobra sytuacja. W praktyce bowiem małżeństwo jest jedynym sakramentem, którego szafowanie jest w pełni kontrolowane przez państwo: Urząd Stanu Cywilnego musi wyrazić na nie zgodę oraz prowadzi rejestr. W niektórych przypadkach konieczne jest także uzyskanie zgody na małżeństwo od sądu, co przy obecnej tragicznej kondycji polskiego sądownictwa może zablokować małżeństwo nawet na kilka lat. W praktyce są to sytuacje wyjątkowe, ale już sam fakt, że władza świecka ma możliwość blokowania dostępu do małżeństwa, gdyby przyszedł jej do głowy taki pomysł, jest bardzo niepokojący.
Skutki cywilne
Nie oznacza to oczywiście, że nie doceniam tzw. skutków cywilnych małżeństwa czy że uważam je za coś złego. Mam tu na myśli wszystkie kwestie związane z dziedziczeniem, opieką nad dziećmi, wspólnością majątkową, wspólnym rozliczaniem podatków, szczególnym statusem osoby najbliższej itp. Ba, być może w obliczu katastrofy demograficznej, która jest największym zagrożeniem współczesnej Polski, należałoby je jeszcze znacznie poszerzyć – ale to temat na inne rozważania.
Nie walczę zatem z cywilnymi skutkami ślubu, tylko z jego cywilną formą, a to coś zupełnie innego. Wolałbym żyć w państwie, w którym takie same skutki powoduje ślub zawarty przez dwie osoby w kościele, bez żadnych powiązań z Urzędem Stanu Cywilnego. A w ostateczności – w sytuacji, w której ślub kościelny i cywilny można byłoby zawrzeć zupełnie niezależnie, a brak jednego nie wykluczałby prawa do zawarcia drugiego. Miałbym bowiem poczucie, że moje prawo do otrzymania sakramentu jest regulowane wyłącznie przez Kościół, który jest strażnikiem sakramentów, a nie przez władzę świecką.
Na marginesie, dostrzegam tu przejaw jeszcze innego problemu, na który zwracałem już uwagę w innym kontekście (K. Myszkowski, Gdy sport wejdzie za mocno i staje się bożkiem, „Adeste” 2022, nr 2). Śluby cywilne w urzędzie w istocie są jedynie podpisaniem umowy cywilnoprawnej, a jednak nadaje się im ceremonialną oprawę. Tak samo jest zresztą z tzw. ślubami humanistycznymi, czyli zupełnym erzacem erzacu. Okazuje się więc, że nawet jeśli ktoś chce mieć ślub bez małżeństwa, to nie chce go mieć bez otoczki, ceremonii. Najwyraźniej bowiem ludzie potrzebują w życiu pewnej ceremonialności, a jeśli nie zaspokajają tej potrzeby uczestnictwem w świętej liturgii, to szukają podróbek.
Tyle mówi się o świeckim państwie czy rozdziale Kościoła od państwa. Tymczasem państwo – zarówno polskie, jak i większość innych cywilizowanych państw – „położyło łapę” na jednym z siedmiu sakramentów i za nic nie chce jej zabrać. Chyba czas, byśmy jako Kościół upomnieli się o swoje prawa.
