adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Gdy sport wejdzie za mocno i staje się bożkiem

magazine cover

yt.com_Eurosport Polska

Czy też zdarza Wam się czuć pewien dyskomfort, gdy widzicie, jak ktoś próbuje przekładać pewne zachowania i stwierdzenia właściwe sferze duchowej na inne dziedziny życia? Myślę, że przynajmniej niektórym się to zdarza. A że jedną z tych sfer, według moich obserwacji, jest sport, spróbujmy przyjrzeć mu się nieco dokładniej.

Mam taką teorię – zresztą pewnie nie tylko ja – że człowiek potrzebuje religijności. Myślę, że jest to jedna z głęboko siedzących w nas potrzeb, choć często nieuświadomionych. Naturalne jest więc, że gdy człowiek odrzuca religię, zaczyna podświadomie szukać zaspokojenia tej potrzeby w innych obszarach życia, przyjmując różne koncepcje za swego rodzaju bożki. Są również tacy, którzy dzięki podsycaniu podobnych skłonności u innych osiągają korzyści, np. polityczne lub finansowe.

Współcześnie można zaobserwować ludzi, którzy niejako „robią sobie” religię np. z demokracji, tzw. praw człowieka, bezrefleksyjnego spojrzenia na naukę, walki politycznej czy właśnie rywalizacji sportowej. W tym tekście skupię się na tej ostatniej sferze, choć sądzę, że w każdej innych można dostrzec podobne mechanizmy.

Szeroki świat sportu

Oczywiście wcale nie oznacza to, że mam łatwo, bo sport to wbrew pozorom bardzo pojemna kategoria. Pewnie nawet gdybym zadał Wam, drodzy Czytelnicy, pytanie: „Czym jest dla Was sport?” – otrzymałbym sporo istotnie różnych odpowiedzi. Bo czym on tak właściwie jest? Co stanowi najważniejszy wyznacznik sportu: aktywność fizyczna, rywalizacja, teoretyczna równość wszystkich zawodników, pożyteczny wpływ na zdrowie, a może jeszcze coś innego?

Myślę, że większość zgodzi się, że do sportu możemy zaliczyć rozgrywki piłkarskie, igrzyska olimpijskie czy szkolne zawody w ramach SKS. Ale co dalej? Czy pełnoprawnymi sportami są: brydż, kręgle, żużel, golf lub competitive eating (to ostatnie chyba nie ma dobrego polskiego tłumaczenia i może to lepiej…)? A codzienne chodzenie na siłownię, spacery po górach lub poranna gimnastyka? W jakim sensie przykładowe Mitsubishi Lancer Ralliart jest samochodem „sportowym”? I co z olbrzymim światem biznesu wkraczającym w najpopularniejsze dyscypliny oraz kariery ich zawodników: gdzie kończy się sport, a zaczyna czysta komercja?

Myślę, że na wiele powyższych pytań można uzyskać przeróżne odpowiedzi. Nie czuję się jednak kompetentny, żeby stawiać tu konkretne rozgraniczenia, toteż na potrzeby niniejszego tekstu przyjmę możliwie szerokie pojmowanie sportu. 

Pamiętajmy również o uczciwym rozumieniu znaczenia, w jakim piszę o pewnych cechach charakterystycznych dla religijności. Jeśli odnoszę się do pewnych przesadnych, nieprzystających do charakteru sportu zjawisk, chodzi mi raczej o nieprawidłowe, wynaturzone lub co najwyżej w nieuprawniony sposób skopiowane myślenie, cechujące się znamionami religijności, a nie o prawdziwą religię. Wiadomo bowiem, że jeśli próbuje się, nawet nieświadomie, zastąpić ją czymś zupełnie innym, efekt musi być zdegenerowany. Postaram się poruszać w tych kwestiach z precyzją, ale uznałem, że trzeba na wstępie wyraźnie to zaznaczyć.

W zdrowym ciele niezdrowy duch?

Próbę analizy postaw wobec sportu zacznijmy od tych, którzy sport uprawiają. Pytamy więc: co poniekąd zajmie w hierarchii wartości tej osoby miejsce religii? Raczej wszyscy podskórnie czujemy, że sport może zawładnąć kimś tak mocno, że pojawi się taka możliwość. Zastanówmy się jednak, jak mogłoby to wyglądać w praktyce.

Dlaczego ludzie uprawiają sport? Większość z nas robi to dlatego, że chce przyjemnie spędzić czas, lepiej się poczuć, nabrać siły bądź ze względu na to, że to dobre dla zdrowia i urody. Osobną kategorię stanowią sportowcy wyczynowi i zawodowi, którzy uprawiają sport dla zarobku. Oczywiście, w ich przypadku możliwe jest postawienie w miejscu religii pieniędzy, ale to nieco inny przypadek, do którego omówienia potrzeba by osobnego, pewnie jeszcze dłuższego tekstu.

Najbardziej wyraźnie możliwość przesady widzę w obszarze dbałości o własne zdrowie, wygląd i tężyznę. Granica między odpowiedzialnym korzystaniem z daru od Boga, jakim jest nasze ciało, a uczynieniem z niego bożka, potrafi być bowiem niezwykle cienka. Wiadomo, że szkodzenie sobie na zdrowiu, także poprzez brak aktywności fizycznej, jest grzechem. Przesada w drugą stronę, spowodowana zapomnieniem o wymiarze duchowym człowieka(albo o duszy człowieka) może być jednak o wiele gorsza. Szczególnie jeśli ewoluuje w pewną formę kultu własnego ciała.

Wśród przejawów takiego złego umiejscowienia sportu w hierarchii wartości wymieniłbym przede wszystkim zaburzenie postrzegania samego siebie, życiowych priorytetów czy negatywny wpływ na relacje z innymi. Jeszcze głębszym skutkiem bywa ustawienie rozwoju fizycznego jako wyznacznika w kwestiach moralnych. Można spotkać się np. z określaniem pominięcia treningu czy zjedzenia w drodze wyjątku mniej dietetycznego posiłku jako „małych grzeszków”. Problem pojawia się jednak, gdy ktoś faktycznie zaczyna uważać takie zachowania za grzechy i stawia je na równi z faktycznymi grzechami, a nawet ponad nimi. 

Jedna wiara, jeden klub, od kołyski aż po grób

Oczywiście ten najprostszy odcień omawianego zagadnienia nie jest jedynym. Intuicja podpowiada, że znacznie bardziej skomplikowana sytuacja może mieć miejsce w sporcie wyczynowym, gdzie znajdziemy przecież dużo silniejsze emocje, a przede wszystkim o wiele więcej pieniędzy niż w sporcie amatorskim. Weźmy więc teraz na tapet tych, dla których, przynajmniej teoretycznie, rozgrywane są sportowe widowiska, czyli kibiców.

Mechanizm utożsamiania się kibica sportowego ze swoim idolem czy ukochaną drużyną jest niezwykle interesujący. Zauważmy sami, jak silne emocje potrafią w nas wywoływać wyniki zawodów czy meczów, które tak naprawdę nie mają przecież żadnego wpływu na nasze życie. Zwróćmy też uwagę na to, jak silna jest identyfikacja, choćby w sferze werbalnej – jak często mówimy, że „nasi wygrali”, a nawet że „my wygraliśmy”, choć w rzeczywistości my siedzieliśmy przed telewizorem lub co najwyżej na trybunach.

Wiadomo, że jest to na rękę przede wszystkim związkom sportowym, mediom i po części samym sportowcom. W końcu im silniejsze zainteresowanie danymi rozgrywkami czy postaciami, tym więcej pieniędzy zaczyna przybywać.

Boska ręka zwykłego śmiertelnika

Nie powiedziałbym jednak, że samo to jest jakimś negatywnym zjawiskiem. Problem pojawia się wtedy, gdy wspieranie sportowych idoli zaczyna się konkretnemu kibicowi zlewać w jedno z czcią o charakterze religijnym. W praktyce objawia się to często przesadną gotowością do ponoszenia ofiar lub stosowania agresji motywowanej koniecznością „obrony” swojej drużyny. Niestety, przykłady fizycznych starć na gruncie porachunków kibicowskich można znaleźć na całym świecie i choć stanowią one margines całego ruchu kibicowskiego, to jednak w świadomości społecznej wciąż rzutują na obraz ogółu.

Zobacz też:   Służba to najważniejsza rewolucja na świecie

Do takiej niewłaściwie umotywowanej ofiarności zaliczyłbym jednak również inne przykłady, jak np. dwudziestopięciolatka z Chin, który zmarł w 2014 r. z powodu zbyt małej ilości snu po tym, jak podjął próbę obejrzenia wszystkich meczów brazylijskiego mundialu na żywo.

Korzeniem wymienionych wyżej problemów jest oczywiście niewłaściwie wyważona identyfikacja ze sportowymi bohaterami. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem swoistego ubóstwienia idola sportowego, który na dodatek sam, jak się wydaje, w tę otoczkę uwierzył, jest historia Diega Maradony. I żeby nie było: uważam Diega za wybitnego piłkarza i chylę czoła przed jego licznymi sukcesami. Jednocześnie jednak mam świadomość, że był to po prostu człowiek, który choć osiągnął sukces w bardzo medialnej dziedzinie, to tak samo jak każdy z nas miał swoje słabości i popełniał błędy. Dlatego gdy widzę te wszystkie obrazki z Diegiem w chmurkach czy słyszę bezrefleksyjnie powtarzane określenia „boski Diego” lub „boska ręka Maradony”, to mam silne poczucie, że pewne proporcje zostały zachwiane.

W Polsce skala tego problemu jest, w mojej opinii, nieporównywalnie mniejsza. Swego rodzaju „kult” niektórych sportowców stał się raczej tematem memów i żartów niż realnym zjawiskiem. Wystarczy wspomnieć internetowe pasty o Adamie Małyszu czy „przed twą łysinę zanosim błaganie: półfinał mistrzostw racz nam dać, Pazdanie”. Choć trzeba przyznać, że silnych emocji względem sportowców nie brakuje – można przypomnieć chociażby wzruszenie w głosie Włodzimierza Szaranowicza podsumowującego karierę sportową Małysza pamiętnym monologiem („co tydzień siadaliśmy jak do telenoweli…”).

Citius, Altius, Fortius

Spojrzenie na sportowców i kibiców nie wyczerpuje jednak tematu. Współczesny sport to bowiem nie tylko wysiłek, rywalizacja i dopingowanie swoich ulubieńców. Mówiąc o tej dziedzinie, nie możemy pominąć całej otoczki kształtowanej coraz bardziej w odniesieniu do potrzeb czysto komercyjnych. I nie chodzi mi tu o klimat czy szczególne przypadki, które powodują, że konkretne zawody mają specyficzną temperaturę. Mam raczej na myśli postrzeganie pewnych wartości, kategoryzowanych często jako olimpizm, które z jednej strony próbuje się kreować na nową, świecką religię, a z drugiej widać coraz większy rozdźwięk między ich deklaratywną treścią a instrumentalnym wykorzystaniem.

Najbardziej rzucającym się w oczy przykładem są dla mnie wszelkiego rodzaju ceremonie związane z zawodami sportowymi. Nie wiem, czy macie podobne odczucie, ale mnie na przykład mierzi tendencja do nadawania im pewnego pseudo-sakralnego charakteru. Mam takie wrażenie, że ceremonie wręczania różnych pucharów, otwarcia i zamknięcia imprez sportowych, a już najbardziej te związane z przekazywaniem i rozpalaniem ognia olimpijskiego, coraz bardziej zaczynają przypominać pewną wynaturzoną, świecką pseudoliturgię. W ten trend, w moim odczuciu, wpisuje się także głośno komentowane klękanie piłkarzy przed meczem na znak solidarności z ruchem BLM. 

Jeśli jednak pojawiają się tendencje, aby „ubóstwiać” poszczególnych sportowców i „usakralniać” elementy widowiska sportowego, to wydaje się logiczne, że ich celem jest nadanie związanym z nimi wartościom charakteru religijnego. Jak już wspomniałem, ów zbiór wartości powszechnie określa się jako olimpizm. Pod to pojęcie najczęściej podłącza się idee powszechnego braterstwa ludzkości, pokoju, tolerancji, uczciwej rywalizacji czy aktywnego stylu życia.

Od świętego papieża do mundialu w Katarze

Oczywiście nie ma nic złego w tym, że promuje się wymienione wyżej wartości za pomocą sportu. Musimy jednak pamiętać, że każdy zbiór idei jest jednak zaledwie zbiorem idei, a nie religią.

Ciekawa jest historia związana z igrzyskami olimpijskimi w 1908 r., które miały odbyć się w Rzymie. Otóż twórca nowożytnego ruchu olimpijskiego, baron Pierre de Coubertin, mocno obawiał się reakcji na ten pomysł ówczesnego papieża, Piusa X. Olimpiada wywodziła się wszak z kultury pogańskiej. Papież nie tylko nie sprzeciwił się organizacji zawodów, ale obiecał nawet ufundowanie nagrody w wyścigu gondolierów (tak, planowano w ramach igrzysk rozegrać taki wyścig). I choć igrzyska ostatecznie, z innych powodów, przeniesiono do Londynu, Pius X wyraził swoją postawą słuszne poparcie wobec wartości sportowych, postrzeganych po prostu jako cel sam w sobie i nic więcej.

Próba zastąpienia prawdziwej religii innymi wartościami, nawet pozornie uniwersalnymi, musi się skończyć ich wynaturzeniem. I nie inaczej jest w przypadku sportu, gdzie bardzo jaskrawo widać rozdźwięk między deklarowanymi ideami a ich instrumentalnym wykorzystaniem. Zadajmy pytanie, dlaczego wielkie imprezy sportowe organizuje się ostatnio bardzo często w krajach takich jak Katar, Chiny czy Rosja. Przypomnijmy sobie, że nawet Adolf Hitler wycierał sobie usta ideami olimpijskimi przy okazji zorganizowanych przez Trzecią Rzeszę igrzysk w 1936 r. Uświadommy sobie w końcu skalę różnych plag toczących współczesny sport: przetrenowanie zawodników, stosowanie zabronionych środków dopingujących, załamania psychiczne związanych z przerostem ambicji czy złamane życiorysy tych, którzy postawili wszystko na jedną kartę, a gdy nie udało się osiągnąć sukcesu w sporcie, nie potrafili sobie znaleźć miejsca gdzie indziej.

Czy próba postawienia sportu, w jakiejkolwiek postaci, niejako na miejscu religii, jest szkodliwa? Na pewno może być, przede wszystkim dla duszy osoby kształtującej w taki sposób swoją hierarchię wartości. Choć nie należy przesadzać z doszukiwaniem się tego typu postawy na siłę, myślę, że widać teraz, iż problem w pewnej skali istnieje i warto mieć tego świadomość.

A jak bronić się przed takim zagrożeniem? Cóż, jak już wspomniałem, człowiek potrzebuje i szuka religijności, więc gdy z jakiegoś powodu jest mu nie po drodze z religią prawdziwą, zaczyna szukać jej substytutu w innych sferach życia. Dlatego skuteczną odpowiedzią na fałszywą religię nie jest obojętność na wszelką religię, ale wyznawanie tej prawdziwej.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.