adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

O Flouer o Scotland, Whan will we see | Polonia Zawsze Wierna

Jest takie miasto, w którym swój pałac ma królowa Wielkiej Brytanii, a jednak, gdy do niego przybywa, nocuje w… hotelu. Jest takie miasto, w którym można odwiedzić sklep z różdżkami z Harry’ego Pottera, zagubić się w plątaninie uliczek i dosłownie przenieść się w czasie. Jest takie miasto, w którego centrum nie znajdziemy ani jednego nowoczesnego szyldu czy reklamy. Przechodząc przez średniowieczne centrum Krakowa czasem żałuję, że miejscowe władze nie wzięły przykładu z zarządców tego miasta. Edynburg – stolica Szkocji – jest bowiem miejscem, w którym historia i dawna atmosfera faktycznie są szanowane. To jednak wrażenie turysty – a jak żyje się tam na co dzień?

Z p. Stellą Zawiślak, mieszkanką Edynburga, członkinią polskiej wspólnoty przy kościele Ss. Ninian & Triduana oraz katechetką, rozmawia Konrad Myszkowski

Konrad Myszkowski: To może zacznijmy od początku: jak właściwie trafiła Pani do Edynburga?

Stella Zawiślak: Mieszkam w Szkocji prawie piętnaście lat. Nasza przygoda z tym krajem zaczęła się zupełnie nieoczekiwanie i bez konkretnych planów. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku otworzyły się granice i z tej szansy skorzystało wielu naszych rodaków – również mój mąż, który za namową przyjaciół pojechał do nich, jak to się mówi, „na chwilę, zobaczyć jak jest”. Kilka miesięcy później siedziałam w samolocie z trzyletnią córką, trzymiesięcznym synkiem i mężem, który po nas przyleciał. Też tłumaczyłam sobie, że to tylko na chwilę. I ta chwila trwa do dziś, ha ha ha!

KM: No i jak się żyje w Szkocji?

SZ: Normalnie, tak jak wszędzie – trzeba rano wstać (no, może z tą różnicą, że tutaj bardziej niż zwykle nie trzeba, a nawet nie można przejmować się smętnym i często deszczowym widokiem za oknem), wypić poranną kawę i iść do pracy. Ja miałam szczęście i pierwsze lata pobytu w Edynburgu mogłam spędzić w domu z dziećmi. Taki mieliśmy podział obowiązków – mąż chodził do pracy i zajmował się rachunkami, papierami itp., a ja byłam odpowiedzialna za kontakt ze szkołą, z przychodnią lekarską i po prostu wszystko to, czego dotyczy praca w domu przy dzieciach. Myślę, że to bardzo podobny schemat funkcjonowania każdej rodziny, nieważne w jakim kraju mieszkasz.

Niemniej jednak dziś, z perspektywy czasu i większego pola widzenia oraz własnych doświadczeń, zauważam wiele różnic, takich jak ekspedientka uśmiechnięta niezależnie od pory dnia czy nocy, która nigdy nie ma problemu ze zwrotem towaru, kiedy nagle stwierdzasz, że jednak tego nie chciałeś. Większość spraw bankowo-rachunkowych da się załatwić przez telefon, ba, nawet firmę można zarejestrować telefonicznie bez potrzeby udawania się gdziekolwiek i wypełniania zbędnych ton papierów. To takie małe rzeczy, które sprawiają, że człowiekowi żyje się lepiej. Podoba mi się to, że dzieci nie muszą nosić do szkoły ciężkich tornistrów wypchanych podręcznikami, zeszytami, przyborami szkolnymi itp. jak i prostota szkolnego ubioru – koszulki, T-shirty, bluzy z emblematem szkoły i już. Nie ma konieczności wydawania fortuny na mundurek szyty na miarę czy na wyprawkę szkolną. Tutaj uczeń dostaje wszystko w szkole i tam zostawia, do domu zabiera tylko pracę domową, jeśli jest zadana.

Jest tylko jeden urząd, który przypomina każdemu Polakowi o jego rodowodzie – konsulat Rzeczypospolitej Polskiej. Tam można poczuć się jak w ojczyźnie, za starych, niekoniecznie dobrych czasów. Papierologia, cennik z kosmosu i dziwnie funkcjonujący system rejestracji petentów to tylko niektóre niedogodności, z którymi trzeba się zmierzyć.

Największą różnicą, która dla niektórych rodaków wciąż jest górą nie do zdobycia, jest język – niby angielski, a jednak brzmiący daleko inaczej od tego wyuczonego w polskiej szkole. Szkoci mówią bardzo charakterystycznie i na początku człowiek ma wrażenie, jakby to był jakiś bełkot. Mnie też tak się wydawało, dopóki nie usłyszałam, jak mówią rodowici mieszkańcy Glasgow (zresztą do tej pory ich nie rozumiem). Edynburg jest miastem wielokulturowym, na ulicy możesz usłyszeć wszystkie języki świata i zobaczyć ludzi ubranych tak różnorodnie, że trudno przejść obojętnie. Mimo wszystko tak jakoś to działa, że nikt na nikogo się nie gapi, nie wytyka palcami. To miasto jest niesamowite: z jednej strony góry z drugiej morze; w centrum stojący na skale wulkanicznej zamek, z którego trakt wiedzie wprost pod bramy pałacu królowej oraz przepiękne wzgórze Arthur’s Seat z widokiem zapierającym dech w piersiach. To wszystko sprawia, że żyje się tu zwyczajnie, a jednak inaczej.

KM: A jak to jest w Szkocji z religijnością?

SZ: Początkowo zaskoczyła mnie liczba kościołów, które praktycznie widziałam wszędzie. Potem dopiero dotarło do mnie, że owszem budynków, które wyglądają jak kościół, jest wiele ale nie wszystkie są świątyniami – są w nich restauracje, puby, teatry lub na przykład ścianka wspinaczkowa.

Trudno mi powiedzieć, jak ogólnie działa Kościół w Szkocji; to bardzo szerokie pojęcie. Procent katolików w tym kraju jest znikomy, dane sprzed kilku lat mówią o szesnastu procentach – to niewiele. Nie znam statystyk, ale na przykładzie parafii, do której należy moja rodzina, mogę stwierdzić, że średnia wieku wiernych w szkockim Kościele katolickim to 60+, co jest zatrważające. W zborze protestanckim, który znajduje się nieopodal mojego domu, średnia wieku uczestników nabożeństw jest znacznie niższa – przychodzi dużo rodzin z dziećmi, a świątynia jest zawsze pełna.

KM: Często rozmawiacie z protestantami?

SZ: Relacje pomiędzy katolikami a protestantami są poprawne, każdy robi swoje i nikt nikomu nie wchodzi w drogę. Moje dzieciaki chodzą do publicznej podstawówki – takiej zwykłej, osiedlowej szkoły, ale mają okazję uczestnictwa w liturgii (w kościele parafialnym, protestanckim oczywiście) przed świętami Bożego Narodzenia, przed Wielkanocą czy na rozpoczęcie roku szkolnego. Rodzic ma jednak prawo nie posłać dziecka na takie nabożeństwo, jeśli uważa, że to niezgodne z jego wiarą czy poglądami. W szkole wystawiane są jasełka, dzieci uczą się też o wydarzeniach związanych ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa. I to nie jest katolicka szkoła, co dziwi wielu naszych znajomych, bo u nich tak nie ma.

Przypomina mi się jedna sytuacja: kiedyś rozmawiałam na temat wiary katolickiej z sąsiadką (Szkotką z krwi i kości, a poznałyśmy się przez nasze córki, które chodziły do tej samej klasy) i ona powiedziała, że podziwia Polaków za wytrwałość i siłę, bo ją osobiście bardzo męczył rytuał katolickiej mszy i jednak postanowiła przenieść się do protestantów, gdzie nie ma tyle klęczenia i w ogóle jest jakoś tak luźniej, szybciej i przyjemniej. No cóż, każdy ma swój rozum.

W moim otoczeniu jest dużo Szkotów, którzy pamiętają czasy powojenne, okres demobilizacji wojsk, a co za tym idzie, dramaty żołnierzy, którzy nie mogli wrócić do swojej ojczyzny. Wielu z nich ma polskie korzenie i chętnie o tym opowiada, choć często nie potrafią powiedzieć ani jednego słowa po polsku. Każdy jednak wie, kim był Jan Paweł II – nieważne, czy katolik, czy protestant, czy ateista.

Właściwie największym problemem katolików jest brak księży i średnia wieku, która nasuwa myśl o wymieraniu tej wspólnoty, ale tutaj dziarsko wkroczyli do akcji Polacy od kilkunastu lat zasiedlający wyspę. Wśród Szkotów krążą takie pogłoski, że tam, gdzie zbierze się trzech Polaków, to zaraz na pewno będzie msza po polsku. Trochę się z tego śmieją, a trochę boją. Trudno mi się wypowiadać za ogół, ale pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa, że do kościoła się szło, bo mama kazała, potem dlatego, że fajnie było spotkać się z koleżankami pod parkanem, a później ze względu na to, co ludzie powiedzą itd. Tutaj nikt nikogo nie ocenia – do kościoła chodzi ten, kto naprawdę chce i wie, po co tam idzie. Oczywiście nie brakuje też takich „koszyczkowych” wiernych, dla których najważniejszym świętem w Kościele katolickim jest święcenie koszyczka (nawet nie pokarmu, tylko koszyczka), ha ha ha ha!

Z perspektywy lat mogę śmiało powiedzieć, że uczymy się dużo od siebie. Ostatnie wydarzenia pokazują, że ta współpraca pomiędzy szkockimi i polskimi katolikami zacieśnia się coraz bardziej i widać jej efekty. Arcybiskup Edynburga i St Andrews Leo William Cushley coraz przychylniej patrzy na polskie wspólnoty i daje zielone światło dla grup (Tota Tua – Grupy Kobiet, MSJ – Mężczyzn Świętego Józefa, Grupy Miłosierdzia, Odnowy w Duchu Świętym, Neokatechumenatu i wielu, wielu innych), które chcą działać i głosić Dobrą Nowinę.

KM: A czy macie w Szkocji – tak jak na przykład w Niemczech czy w Anglii – tzw. „polskie” parafie?

SZ: Nic mi nie wiadomo, jakoby w Szkocji istniały gdzieś typowo polskie parafie. W szkockich parafiach posługują polscy księża, którzy służą tak szkockim, jak i polskim wspólnotom. Na terenie Szkocji działa Polska Misja Katolicka z siedzibą w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego w Glasgow pod przewodnictwem ks. Mariana Antoniego Łękawy SAC. W tym momencie wybór mszy odprawianych w języku polskim jest dość duży. W samym Glasgow i okolicach liturgie sprawowane są w siedmiu kościołach – w Edynburgu i okolicach sześć mszy, natomiast w miastach takich jak Dundee, Perth, Aberdeen, Inverness i Fort William po jednej. Poza tym jest też możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania podczas wyznaczonych godzin w tygodniu, organizowane są też rekolekcje adwentowe i wielkopostne, specjalne rekolekcje dla kobiet, rekolekcje wyjazdowe dla mężczyzn itp. Każdy ma szeroki wybór tego, gdzie i na co pójść. Wszystkie informacje dotyczące mszy świętych w języku polskim, duszpasterzy, wspólnot działających na terenie Szkocji oraz bieżący kalendarz wydarzeń można znaleźć na stronie internetowej www.kosciol.org.

Ja z moją rodziną i przyjaciółmi należymy do parafii Św. Niniana w Edynburgu (Ss Ninian & Triduana Church), gdzie od bodajże dwóch lat wydajemy gazetkę parafialną „Źródło, w której publikujemy najważniejsze wydarzenia oraz spis wszystkich Eucharystii sprawowanych w naszym ojczystym języku. To w tym kościele od lat posługujemy, przygotowując oprawę muzyczną mszy świętych. Udzielamy się w szkockiej radzie parafialnej i od czasu do czasu organizujemy wspólne msze polsko-szkockie.

Nasi szkoccy gospodarze są dla nas bardzo wyrozumiali, zawsze otwarci i chętni do wspólnych przedsięwzięć. Trochę ich przeraża ilość ludzi (przede wszystkim dzieciaków) podczas niedzielnej mszy świętej, więc z troski o nasze bezpieczeństwo poprosili o wyznaczenie kilkunastu osób, które będą dbały o porządek w kościele i w razie czego pomogą (pokierują do toalety czy wskażą miejsce, gdzie mama może nakarmić płaczącego niemowlaka). Myślę, że nie było im łatwo na początku zaakceptować fakt, że u nich na mszy jest kilkadziesiąt ludzi, a u nas kilkaset. Bali się, że ich przygnieciemy naszą polskością i zwyczajami, ale teraz widać, że pogodzili się z tym, iż to my odmładzamy ich Kościół, to my wnosimy tam życie i radość, które u nich wygasają. Oczywiście są pewne granice, których nie przekraczamy – oni mają swoją mszę o 10.15, później spotkanie przy kawie i ciastku, a my przyjeżdżamy dopiero na 13.00. Godziny są tak ustalone, żeby nie wchodzić sobie w drogę, nie przeszkadzać i dać każdemu poczucie odrębności i swobody.

Zobacz też:   List z Kazachstanu | Polonia Zawsze Wierna

Proboszczem tej parafii jest o. Syriac Palakudiyl OFM Cap., Hindus z pochodzenia, który niestety nie mówi po polsku. Kiedy jednak zmarł nasz wieloletni duszpasterz, ukochany śp. ks. Piotr Czerwonka SAC i zostaliśmy bez księdza, to właśnie o. Syriac stanął na wysokości zadania i wspólnymi siłami, łamaną angielszczyzną i polszczyzną, odprawiał msze dla nas, dopóki nie znalazł się zastępca. Teraz posługuje nam ks. Piotr Krakowiak SAC, serdeczny przyjaciel księdza Czerwonki, któremu na łożu śmierci obiecał, że nie zostawi naszej wspólnoty i spróbuje tak pogodzić swoje obowiązki, żebyśmy mieli mszę po polsku w St. Ninian. Obecnie ks. Krakowiak, który na co dzień posługuje w dwóch parafiach w Livingston, w niedziele przyjeżdża z posługą do Edynburga. Z nadzwyczajną siłą i mocą Ducha Świętego godzi to jeszcze z częstymi lotami do Polski, gdzie pracuje naukowo na Uniwersytetach w Toruniu, Krakowie i Warszawie.

Na chwilę obecną mamy w naszej parafii polską grupę „marszałków”, którzy zajmują się sprawami porządkowymi. Jest grupa ministrantów i ministrantek (w Szkocji dziewczynki mogą na równi z chłopcami służyć przy ołtarzu), grupa muzyczna „Enomenos” (zajmuje się oprawą muzyczną mszy niedzielnych i służy swoim talentem wszędzie tam, gdzie zaistnieje taka potrzeba), są także osoby odpowiedzialne za czytania i procesje z darami. Mamy dwóch Polaków w szkockiej radzie parafialnej. Dzięki przychylności naszych szkockich współbraci w wierze, czujemy się tam dobrze, prawie jak u siebie. Mówię „prawie” , bo jednak wszystko musimy konsultować, pytać o zgodę itd., ale nigdy nie spotkaliśmy się z odmową czy jakimś obcesowym potraktowaniem. Wspólnie staramy się dbać o dobro naszego kościoła – razem sprzątamy i pomagamy w naprawach.

Jakiś czas temu znów zabrzmiał dzwon kościelny – oczywiście bez porównania do bicia polskich dzwonów wołających na mszę w niedzielę, ale to zawsze coś. Szkoci mówili, że od kilkudziesięciu lat go nie używali, bo były skargi od sąsiadów, a później i tak się zepsuł. Nie trzeba było dwa razy powtarzać; uznaliśmy, że sto jedenasta rocznica powstania parafii to będzie idealny moment, aby dzwon znów zabrzmiał – i tak się stało. Od tej pory w większe święta (niestety nie co niedziela, bo jednak nie chcemy drażnić sąsiadów i afiszować się z naszą wiarą ) można usłyszeć delikatne bicie ninianowego dzwonu.

Ksiądz Piotr przywrócił również zwyczaj procesji zaniechany przez Szkotów z powodu tzw. poprawności politycznej (żeby nie daj Bóg nie urazić przypadkowego przechodnia). Na naszych mszach jednak sprawdza się to doskonale i póki co skarg nie było. Śluby, chrzty, Pierwsza Komunia Święta a czasem pogrzeb – to zwyczajne funkcjonowanie niezwyczajnej szkocko-polskiej parafii w olśniewająco pięknym Edynburgu.

KM: Jednak nie tylko parafie są w Edynburgu polskie. Polskość kwitnie także m.in. w Instytucie POLONIUSZ, w którym Pani pracuje?

SZ: Mały Instytut Języka Polskiego „Poloniusz” to polska szkółka weekendowa, działająca przy Polskim Stowarzyszeniu Kulturalno-Edukacyjnym im. Adama Mickiewicza w Edynburgu. Szkoła powstała w maju 2016 roku. Korzystamy z pomieszczeń pięknego pałacu Craigentinny Community Centre w Edynburgu. Edukacja w Poloniuszu oparta jest o podstawę programową dla polskich dzieci uczących się za granicą oraz o materiały własne stworzone przez nauczycieli. W nauczaniu języka polskiego, historii oraz katechezy korzystamy z podręczników, na których pracują nauczyciele w Polsce oraz z materiałów własnych. Ciągle się rozwijamy – po wakacjach 2019 r. ruszyliśmy z zerówką, w planach jest także wprowadzanie lekcji geografii dla chętnych. Szkoła ma swój profil na Facebooku oraz stronę internetową (www.poloniusz-edinburgh.co.uk), więc każdy może sobie poczytać i zdecydować, czy odpowiadają mu proponowane warunki i metody nauczania.

Poza nauczaniem języka ojczystego w mowie, piśmie i czytaniu staramy się także nawiązywać do polskich obyczajów oraz kultury – stąd różnego rodzaju spotkania i akademie, w których nasi uczniowie biorą czynny udział. Celebrujemy 11 listopada, Boże Narodzenie, Wielkanoc, święta majowe i inne. Dzięki temu uczniowie poznają polskie pieśni i wiersze, piosenki i kolędy, znają też obrzędy i zwyczaje, które towarzyszą różnym świętom. Na szczególną uwagę zasługują coroczne wydarzenia organizowane przez naszą szkołę. Są to między innymi:

  • POLONIADA – olimpiada wiedzy o Polsce dla uczniów uczących się w polskich szkołach na terenie całej Szkocji;
  • MAJOWY PIKNIK RODZINNY – piknik/festyn organizowany w ramach obchodzonego na wyspach Polish Heritage Day;
  • BAL NIEPODLEGŁOŚCI – bal upamiętniający datę 11 listopada i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Gromadzi tłumy i bilety trzeba rezerwować już na wiosnę.
Bal Niepodległości 2018

KM: Jak długo pracuje Pani w Poloniuszu?

SZ: Do grona pedagogicznego dołączyłam rok temu (rozmowa miała miejsce na wiosnę 2019 r. – przyp. red.), podejmując się pracy katechety. Przygotowuję dzieci do sakramentów pierwszej spowiedzi oraz Pierwszej Komunii Świętej. Zgodnie ze szkockim planem nauczania nauka trwa dwa lata. Na katechezę można zapisać dziecko również spoza szkoły – nie trzeba być uczniem Poloniusza, żeby przyjąć sakramenty.

Po kilkuletniej pracy w szkockim przedszkolu to miła odmiana, ale i zupełnie nowe doświadczenie, jednak póki co bardzo rozwijające i satysfakcjonujące. Oprócz sobotnich zajęć lekcyjnych spotykam się z dziećmi co niedzielę na mszy świętej. Rodzice i dzieci przygotowujące się do sakramentu pokuty i pojednania oraz Pierwszej Komunii Świętej uczestniczą również w kilku specjalnych celebracjach, w trakcie których odnawiane są przyrzeczenia chrzcielne oraz omawiane modlitwa Ojcze nasz i Credo.

KM: Co szczególnego jest w pracy katechety?

SZ: Uwielbiam pracę z dziećmi, one mają nieograniczoną i niczym niezmąconą wyobraźnię. To sprawia, że tak łatwo przyswajają prawdy wiary. Kiedy czytamy o grzechu pierworodnym, o tym, co się stało w raju, to one nie mają problemu z tym, czy ten Adam na pewno tam był, że Ewa została stworzona z jego żebra, tylko z zachwytem słuchają i pytają, żeby wiedzieć, by poznać, a nie żeby dowieść, że to jakaś bujda i nudy. Z uwagi na to, że uczę dzieci, które owszem, mówią po polsku, ale pisanie i czytanie sprawia im jeszcze wiele trudności, często moje zajęcia są interaktywne. Najbardziej lubią, kiedy przynoszę jakieś ubrania i mogą się poprzebierać, żeby odegrać jakąś scenę biblijną, na przykład wesele w Kanie Galilejskiej czy ustanowienie Eucharystii.

KM: A co z Polakami w innych szkockich miastach?

SZ: Absolutnie nie mam pojęcia i nawet się nad tym nie zastanawiam, jak wielu jest Polaków w Szkocji, ale wiem jedno: na pewno jest nas bardzo dużo. Gdzie nie pójdziesz, czy to sklep, czy restauracja, czy szkoła, tam z pewnością spotkasz rodaka. Być może będzie stał w kolejce, może będzie cię obsługiwał, a może po prostu przyjdzie odebrać dziecko ze szkoły. Moje dzieci chodzą akurat do państwowych placówek, ale wiem od przyjaciół i znajomych, że najwięcej polskich dzieci jest w katolickich szkołach.

Nie wiem, jak organizują sobie życie ci, którzy nie chodzą do kościoła, ale ta część wierząca i praktykująca spotyka się nie tylko po to, by wziąć udział w Eucharystii, ale żeby spędzić czas ze znajomymi, pogadać, pośmiać się, powymieniać doświadczeniami albo zwyczajnie poprosić o pomoc czy wsparcie. Każdy z nas jest wyjątkowy i obdarowany jakimś talentem – jednym lub wieloma, a realizując w życiu naukę Chrystusa: „Będziesz miłował Pana Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem a bliźniego swego jak siebie samego”, tak planujemy naszą codzienność, żeby był czas na modlitwę, na rodzinę i na przyjaciół oraz na wszystkich ludzi wokół, którzy nas potrzebują.

KM: Dobrze żyjecie również ze Szkotami?

SZ: Chyba nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Ciężko jest mówić w imieniu wszystkich. Mnie i mojej rodziny nigdy nie spotkała żadna przykra sytuacja ze strony miejscowych. Dzieci nigdy nie miały problemów w szkole, nie były prześladowane czy wyśmiewane, ale wiem z relacji znajomych, że nie wszyscy mieli takie szczęście. Ich dzieci nieraz słyszały obraźliwe przezwiska albo teksty w stylu: „Ej, wracaj skąd przyjechałeś” , „ Polacy to złodzieje” „Polacy zabierają pracę Szkotom” itp. Jak to w życiu, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie narzekał, komu coś nie będzie pasować.

Ostatnimi laty dużo się dzieje na polu kulturalnym i możemy czuć się dumni. W centrum miasta, w ogrodach Princess Gardens stoi pomnik Misia Wojtka, zasłużonego niedźwiedzia i wiernego kompana polskich żołnierzy z czasów II wojny światowej. Niedawno uczczono też pamięć gen. Stanisława Maczka, stawiając ławeczkę jego imienia na dziedzińcu władz miasta przy Royal Mile, czyli głównej ulicy Edynburga. Ponadto w katolickiej katedrze St. Mary w jednej z naw bocznych uroczyście odsłonięto tablicę ku czci przedstawicieli polskich władz państwowych, dowódców, żołnierzy oraz osób cywilnych, którzy przez dziesięciolecia kultywowali ideę wolnej Polski na Wyspach Brytyjskich.

Coraz więcej Szkotów przychodzi na tego typu wydarzenia. Interesują ich nasza kultura, tradycje i zwyczaje, ba, coraz większa liczba naszych gospodarzy przekonuje się do polskiej kuchni (najbardziej smakują im pierogi z nadzieniem różnej maści). Zresztą, oba nasze narody mają wiele wspólnych wątków historycznych, tylko albo o nich nie wiemy, albo gdzieś w szarym pędzie dnia o nich zapomnieliśmy.

KM: Niewątpliwie warto tę pamięć przywracać – w końcu mamy z czego być dumni! Dziękuję za rozmowę i gorąco pozdrawiam!

Dowiedz się więcej:

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.