adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

W portugalskim domu…

Też macie tak, że w czasie kwarantanny brakuje Wam pielgrzymek do różnych świętych miejsc? Niestety, wiele wskazuje na to, że większość z tego typu planów trzeba będzie odłożyć na przyszłe lata, szczególnie, jeśli ktoś planował w tym roku –tak jak ja – swoje kolejne Camino de Santiago. Takie plany miało bardzo wiele Polek i Polaków, bo przecież co roku rzesze naszych rodaków docierają do grobu świętego Jakuba. Czy jednak wiedzieliście, że sporo z nich zostaje na Półwyspie Iberyjskim, pomagając innym pielgrzymom jako wolontariusze? Właśnie dlatego w cyklu #PoloniaZawszeWierna trafiamy dziś po raz pierwszy (choć nie ostatni) na trasę Camino, a konkretnie, do Portugalii.

Z panią Anną Łukasiewicz, wielokrotną uczestniczką pielgrzymki do Santiago de Compostela, która przez pewien okres pracowała jako wolontariuszka w albergue w Portugalii, rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Jak dowiedziała się Pani o Camino de Santiago? Co spowodowało, że wybrała się Pani po raz pierwszy na pielgrzymkę?

AŁ: O Camino powiedziała mi moja najlepsza przyjaciółka Magda. Sama przeszła Drogę świętego Jakuba (inna nazwa pielgrzymiego szlaku – przyp. red.), aczkolwiek nie wpadła w uzależnienie („caminozę”), tak jak ja. Rzuciła tylko hasło: „Byłam na Camino”. Nie dawało mi to spokoju, czym jest to całe Camino. Przesiedziałam pół nocy w poszukiwaniu informacji, a rano miałam w sobie silne przekonanie, że muszę koniecznie to zrobić. Czemu? Wtedy (a w sumie to przez długi czas podczas pierwszej pielgrzymki) nie znałam odpowiedzi. Było jedynie mocne przeświadczenie, że muszę. Dziś mówię, że Camino zdecydowało samo, zawołało mnie.

KM: Ile razy pielgrzymowała Pani do Santiago de Compostela?

AŁ: Cztery razy. Moje Camino to:

  • francuskie;
  • finisterra;
  • portugalskie;
  • de Geira e Arrieiros.

Każde z nich zmieniło moje życie, każde dało inne doświadczenie – ale kolejne było naturalną konsekwencją poprzedniego.

KM: Po Camino już nic nie jest tak, jak wcześniej?

AŁ: Pierwsza pielgrzymka była jak rewolucja: przeszłam proces, transformację całego mojego „ja”. Myślę, że nie stworzyło to nowej postaci, ale ze starych elementów poukładało mnie na nowo. Nadal mam to doświadczenie, które zdobyłam w życiu i tych samych przyjaciół, żyję na pozór bez zmian, ale wreszcie wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Czuję się aktualnie kompletną osobą. Camino uwolniło mnie od wielu spraw, lęków, obaw, nerwów. Nauczyło, że nie potrzebuję w życiu tak dużo materialnych rzeczy jak przedtem. Dało odwagę. Skoro byłam w stanie przejść tysiąc kilometrów, to raczej dam sobie radę już ze wszystkim.

Podczas drogi czułam się jak biblioteka pełna książek, w której ktoś zrzucił wszystkie na podłogę, a ja mozolnie, tom po tomie, układam je na półkach. Tym razem książki trafiają na właściwe sobie miejsce. W ten sposób uporządkowałam sobie wiele z nich – spraw, relacji, historii.

Drugie Camino było zamknięciem pierwszej drogi. Po szlaku francuskim, który wiedzie od Pirenejów, dojście nad ocean było dla mnie jak kropka na koniec powieści. Bardzo metafizyczne odczucie. Nie spodziewałam się, że to była moment końcowy pewnego rozdziału.

Wspólny posiłek pielgrzymów – fot. Anna Łukasiewicz
Tarta de Santiago – fot. Anna Łukasiewicz
Albergue Casa Catolico – fot. Anna Łukasiewicz
Pielgrzymi – fot. Anna Łukasiewicz
Pielgrzymi – fot. Anna Łukasiewicz

KM: Trzecie Camino było wyjątkowe?

AŁ: Camino portugalskie było kolejną lekcją. Spotkania i rozmowy na tej drodze były już zupełnie inne niż poprzednio. Szłam spokojna, otwarta, bez żadnych oczekiwań, z pytaniem w sercu, co dalej mam robić. Nie było rewolucji. W efekcie zostałam na miesiąc w Portugalii i zamieszkałam w albergue (schronisko dla pielgrzymów – przyp. red.) wśród obcych. Chociaż… kiedy jesteś pielgrzymem, to żaden pątnik nie jest obcy.

Ostatnie Camino odbyłam w lutym tego roku. Zdecydowałam się iść w czwartek, w niedzielę miałam lot do Portugalii. Szybka akcja. Wcześniej szłam sama, tzn. wyruszałam samotnie, bo na szlaku już pierwszego dnia poznasz masę ludzi – tworzy się coś w rodzaju Camino family. Tę czwartą pielgrzymkę przeszłam z moim przyjacielem; zupełnie nowa jakość. Camino de Geira e Arrieiros to szlak nowy, mało oznaczony. Była to nowa lekcja o zaufaniu i pozwoleniu sobie na zagubienie.

KM: W jakim schronisku pracowała Pani jako wolontariusz?

AŁ: Pracowałam w albergue Casa Catolico w Brance (szlak portugalski, pięćdziesiąt kilometrów przed Porto).

KM: Jak Pani tam trafiła?

AŁ: Trafiłam, odbywając swoje Camino. Spałam tam, a hospitaleiro (gospodarz – przyp. red.) zapytał, czemu idę Drogą świętego Jakuba. Odpowiedziałam: „Bo nie wiem, co dalej”, na co on odparł: „Przyjedź po Camino tutaj, może znajdziesz odpowiedź”. I tak, po dojściu do Santiago, następnego dnia pojechałam do Branki.

Alberga, w której zostałam, jest wyjątkowa. To miejsce prowadzone przez pielgrzymów dla pielgrzymów. Jest prywatna, ale płatna donativo (co łaska), co nie zdarza się często. Hospitaleiro zaprasza codziennie pielgrzymów na wspólną kolację. To człowiek bardzo pomocny i zna się na Camino jak mało kto. Miejsce dodatkowo jest bardzo ładne, z ogrodem, w którym owoce można jeść do woli. Pokoje są dwuosobowe; panuje tam atmosfera taka, jak w domu.

Zobacz też:   Tak krótki jest czas | Polonia Zawsze Wierna

KM: Czego nauczył Panią czas wolontariatu w albergue?

Pierwszą najważniejszą lekcją była ta o wdzięczności. Pielgrzymi okazywali mi ją bardzo często. Mam nadzieję, że oni czuli ją również z mojej strony. Jestem im bardzo wdzięczna za te spotkania i mam jakieś poczucie w sobie, że to niezwykłe móc być częścią ich historii.

Doświadczenie pracy w albergue było jak kolejny etap Camino. Uświadomiłam sobie bardzo mocno, że ten szlak to nie jest przejście z punktu A do punktu B. To droga wewnątrz ciebie, którą przechodzisz. Z dnia na dzień z pątniczki stałam się hospitaleirą, ale nadal byłam na Camino, wciąż odbywałam drogę do samopoznania i naginania swoich przyzwyczajeń do potrzeb innych. Śmieję się, że tam zdobyłam sprawność elastyny – musiałam nieraz być bardzo elastyczna, aby dosięgnąć drugiego człowieka, wyjść ze swojej strefy komfortu. Ważne jednak też jest pozwolić sobie czasem być „nierozciągniętym”.

Chyba nauczyłam się słuchać. To taki moment, gdy odchodzisz na drugi plan i zaczynasz słuchać historii ludzi. Oni są na swojej drodze, pełni emocji, zmęczeni, potrzebujący odpoczynku. Czasem potrzebują opowiedzieć ci swoje życie i się popłakać, a niekiedy potrzebują maści na ugryzienia i też się popłakać – z bólu.

Nauczyłam się chyba mniej osądzać ludzi. Odpuściłam im. Spotkałam się z ogromną wdzięcznością ze strony pielgrzymów; część z nich została moimi przyjaciółmi i pozostajemy w kontakcie. Przeżywałam zachwyt nimi: niektórzy stali mi się tak bliscy, że byłam gotowa ruszyć z nimi następnego dnia na kolejne Camino. Widziałam masę osób, których życie nabierało pełni podczas drogi. Od wieków ludzie mają potrzebę wędrowania, czasem po prostu przychodzi odpowiedni na to moment.

KM: Czy może się Pani podzielić jakimiś interesującymi historiami z tego czasu?

Myślę, że pozostanie w Portugalii było najważniejszą przygodą, gdy po pięciominutowej rozmowie stałam się częścią albergue. Ale żeby było ciekawiej, a nie tylko sentymentalnie – mam kilka opowieści.

Pewnego dnia, siedząc w alberdze, wyczekiwałam pielgrzymów. Pojawiła się jedna kobieta. Przedstawiła się po angielsku: „Cześć, jestem Joanna z Polski”. Odpowiedziałam po polsku: „Cześć, jestem Ania”, a ona na to: „A ja cię Aniu znam…”. Szok! Rok wcześniej, przechodząc szlak francuski, pierwszej nocy w Roncesvalles poznałam tę właśnie Joannę. Rozmawiałyśmy dosłownie dziesięć minut, ona zdecydowała, że idzie na Camino del norte, ja natomiast na francuskie. I tak skończyłaby się ta historia, gdyby nie to, że rok później przesiedziałyśmy razem długi wieczór. Rozmowa była bardzo ważna i głęboka. Dziś jestem przekonana, że musiałam wrócić do Casa Catolico, aby ją odbyć. Do chwili obecnej jesteśmy ze sobą w kontakcie!

Kiedy indziej było podobnie – siedząc w alberdze, wyczekiwałam pielgrzymów, ale tak dla odmiany, w tej historii pojawia się mężczyzna. Przychodzi, przedstawia się: „Bogusław z Polski”, na co tym razem ja odpowiedziałam: „A ja cię, Bogusiu, znam!”. Rok wcześniej, w połowie drogi francuskiej, w jednej z alberg było wspólne śpiewanie zorganizowane przez siostry zakonne. Zostałam poproszona, by przetłumaczyć, co mówi starszy pielgrzym z Polski. To był ów Boguś. Przyznam, że miałam wtedy w Hiszpanii zły okres, nie byłam zbyt otwarta na tę znajomość. Rok później, w Portugalii, zrobiłam Bogusiowi obiad, kolację i śniadanie. Porozmawialiśmy od serca – przeciekawy człowiek, od zeszłego roku w drodze (w kwietniu 2019 zaczął wędrówkę, aktualnie dotarł do Maroka). To spotkanie dało mi takiego „kopa”, że muszę serio popracować nad ocenianiem z góry ludzi. Do dziś z Bogusiem
jesteśmy w kontakcie!

KM: A jaki był najbardziej oryginalny pielgrzym, jakiego spotkała Pani podczas wolontariatu?

AŁ: Wspomniany Boguś z Rzeszowa – elektryk, który na emeryturze postanowił iść na pielgrzymkę. Było też małżeństwo z Mrągowa, Jerzy i Hania, którzy przyjechali na tandemie, ciągnąc swój bagaż – w tym materac do spania – w czymś w rodzaju wozu własnej konstrukcji.

P. Hania i Jerzy – fot. Anna Łukasiewicz

KM: Jak obecność trasy Camino de Santiago wpływa na położone przy niej miejscowości? Czy ich mieszkańcy już się przyzwyczaili do częstego spotykania pielgrzymów, czy chętnie im pomagają? A może mają ich już trochę dość?

AŁ: Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, żeby mieli dosyć. Hiszpanie przyjmują pielgrzymów od wieków, jest to tradycja silnie w nich zakorzeniona, mają zakodowany obowiązek wspierania pątników. Jeżeli chodzi o Portugalczyków – naród jest otwarty i chętny do pomocy, a i ciekawy nowych ludzi, więc też wiele razy podczas drogi spotkałam się z tym, że ktoś na ulicy dał mi wodę. Jeden pan zaprosił mnie do swojego sadu, dał ciastka, wodę i mnóstwo owoców. Raz miałam okazję spotkać wspaniałą kobietę o imieniu Nina – stała przy bramie, żeby dać mi świeży zimny sok z pomarańczy – rozmowy z nią w tamtym miejscu nie zapomnę nigdy. W podziękowaniu przypadkiem urwałam jej skrzynkę na listy…

Co ważne – pielgrzymi przynoszą pieniądze, zatem działają albergi, bar, klep – to powoduje rozwój całej miejscowości.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

2 komentarze

  • Avatar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.