adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Na czym właściwie stoimy? Czyli o autorytecie

magazine cover

pexels.com

Na autorytecie opiera się właściwie cała wiara katolicka. Dlatego jego kryzysu nie można sprowadzać do poziomu dzieci, które nie słuchają swoich rodziców. Rozchodzi się bowiem o funkcjonowanie całego społeczeństwa. O zagadnienia tak doniosłe, jak nasza postawa wobec władzy, nauki czy wobec Rzymu.

Aby jednak uzmysłowić to sobie w należyty sposób, musimy się przyjrzeć całej konstrukcji naszej wiary. Obejrzeć ją od góry do dołu. Zapytać o wynikanie, o logikę, o inne śmiertelnie nudne rzeczy, którymi w normalnych warunkach nikt nie zaprzątałby sobie głowy.

Weryfikacja Boga

Może na początku warto więc poświęcić chwilkę myśli brytyjskich filozofów analitycznych, a konkretnie ich Filozofii religii (średnio przystępnej antologii wydanej w 1997 roku, odznaczającej się raczej mierną dostępnością w bibliotekach). Z mniejszym czy większym zaskoczeniem możemy skonstatować, że pierwsze sto czy też dwieście stron autorzy poświęcają, doniosłemu skądinąd, problemowi uzasadniania zdań religijnych.

Jeżeli – postuluje profesor Antony Flew – chrześcijanie nie są w stanie dowieść empirycznie, że Bóg istnieje (co poparte zostaje przez autora pomniejszymi odwołaniami do historii filozofii), niech podadzą chociaż kryterium falsyfikacji. Niech powiedzą, co musiałoby się stać, aby przestali wierzyć w Boga. Chociażby ile dzieci musiałoby w danym roku umrzeć na raka, polio i odrę razem wzięte, aby przestali głosić te brednie o miłości i miłosierdziu Stwórcy. Jeśli nawet tego nie są w stanie zrobić, ich teoria będzie zupełnie pozbawiona podstaw, a zdanie „Bóg istnieje” nie będzie miało sensu na gruncie logiki – co jest poniekąd słusznym wnioskiem z filozofii nauki Poppera.

Taki pogląd, który doczekał się nawet nobliwej nazwy ateizmu semantycznego, trzeba potraktować z pełną powagą. Gdyby bowiem nie można było o Bogu sensownie mówić, nie można by go także poznać rozumowo. Na to z kolei nie możemy się zgodzić – chyba że jesteśmy zatwardziałymi fideistami.

Nie dziwi więc, że na kolejnych stronach dochodzą nas pomruki uznania czy dezaprobaty wobec Flewa. Wśród tych ostatnich pojawia się taki na przykład głos pastora Johna Hicka, który przedstawia swą genialną ideę weryfikacji eschatologicznej. Istnienia Boga, jak twierdzi, można by dowieść, ale najpierw trzeba by umrzeć. Hick zostaje jednak z miejsca wyśmiany i zapomniany. Krytycy są choć na tyle wyrozumiali, że nie proponują mu wykonania takiego eksperymentu na sobie. Lekturę tych stron można by więc zakończyć z przekonaniem, że katolicyzm nie posiada w gruncie rzeczy żadnego uzasadnienia, a zdania religijne są czystymi bezsensami.

Weryfikacja Boga od nieco bardziej optymistycznej strony

Jako że zakończenie niniejszego artykułu w tak rozpaczliwym punkcie mogłoby wywołać zrozumiały zawód sporej części czytelników, warto pociągnąć jeszcze trochę ten temat i spojrzeć na niego z innej strony. Pomocny może okazać się ojciec Józef Maria Bocheński – logik i filozof oraz wieloletni rektor uniwersytetu w szwajcarskim Fryburgu.

Przede wszystkim Bocheński zwróciłby uwagę, że zdań religijnych nie sposób sprawdzić zmysłowo, bo dotyczą one rzeczywistości transcendentnej. Słowem, zgodziłby się na wyżej podaną argumentację Flewa i jemu podobnych, jednocześnie odrzucając ich radykalne wnioski. Na ewentualne zarzuty, że religii brak w pełni obiektywnego uzasadnienia, mógłby więc jedynie przytaknąć, kwitując je chłodnym uśmieszkiem.

Struktura uzasadniania religii – zaznaczyłby jednak – nie różni się z grubsza od struktury uzasadniania nauki. W naukach przyrodniczych mamy zdania doświadczalne, w teologii – zdania z wiary, to znaczy takie, których nie chcemy sprawdzać, ale po prostu uznajemy je za prawdziwe. Zamiast aksjomatów są natomiast koncepcje teologiczne – taki chociażby tomizm czy szkotyzm – które zapewniają nam interpretację tych podstawowych zdań.

Niewiedza i zaufanie

Jedynym kłopotliwym elementem pozostają więc wspomniane zdania z wiary. Bo czy mamy jakiekolwiek podstawy, aby je przyjmować? Chrystus stąpał wszak po ziemi dość dawno, objawienia prywatne ma mało kto (a nawet jeśli już ma, to nie wiadomo, czy aby nie zmyśla). Wreszcie poruszenia sumienia, choć może niektórych popchnęły w stronę wiary, są raczej mało wiarygodnym materiałem dowodowym na rzecz jakiejkolwiek teorii.

Bocheński podszedłby jednak do sprawy nieco inaczej. Zapytałby nas na przykład, co zrobilibyśmy, gdybyśmy zapragnęli dowiedzieć się czegoś o falach grawitacyjnych. Czy prędzej udalibyśmy się do profesora fizyki, by zadać mu szereg pytań, czy sami, zaopatrzywszy się w odpowiednią aparaturę, przystąpilibyśmy do badań eksperymentalnych. Niejeden z nas potrzebowałby może chwili namysłu, lecz po starannej kalkulacji wymiarów podwórka i dostępnych na koncie środków musiałby przyznać, że nie może sobie raczej pozwolić na budowę prywatnego detektora LIGO. Rozsądnie byłoby więc poszukać w odpowiedzi w książkach bądź u kompetentnych w tej dziedzinie osób.

Jak więc widzimy – mógłby podsumować ojciec Bocheński – istnienia fal grawitacyjnych nie możemy dowieść na własną rękę. Musimy w tej kwestii zdać się na autorytety. Podobnie jak w religii, zdania doświadczalne przyjmujemy w pewien sposób na wiarę. Ale nie dlatego, że nie możemy ich zweryfikować. Pomińmy już konstrukcję detektora – nawet, gdybyśmy go mieli, potrzebowalibyśmy odpowiedniej wiedzy, by, dajmy na to, właściwie zinterpretować tabelki z danymi. Jej nabycie wymagałoby od nas lat edukacji uniwersyteckiej i znajomości różnorodnych teorii, w które przeciętny śmiertelnik raczej nie ma ochoty czy też możliwości się zagłębiać.

Dlatego warto uznać naukowców za pewnego rodzaju autorytet – autorytet epistemiczny, to znaczy taki, który uznajemy ze względu na posiadaną wiedzę – a następnie zaufać, że jeżeli wypowiadają się w swojej dziedzinie zgodnym głosem, to prawdopodobnie mają rację.

Wielki Przełożony

Nie będzie więc kontrowersyjne stwierdzenie, że dla osoby religijnej Bóg również jest autorytetem epistemicznym. Wydaje się to o tyle sensowne, że jeżeli Bóg istnieje, to wie sporo więcej niż my, a na dodatek wie to ze stuprocentową pewnością. Autorytet epistemiczny to jednak nie wszystko – istnieje jeszcze inny rodzaj autorytetu, zwany deontycznym. Biorąc rzecz z grubsza, jego zadaniem jest „nadzorować i karać”, dlatego ten typ autorytetu odniesiemy do wszelkich relacji hierarchicznych.

Zobacz też:   Szyderoza, czyli chroniczny brak powagi

Dobrym przykładem jest tu stosunek między przełożonym a podległymi mu pracownikami. Jeszcze lepszym – między żołnierzami i ich dowódcą. Wola dowódcy nie podlega dyskusji i w ostatecznym rachunku nie idzie o to, czy była ona dobra i słuszna, ale czy się ją wykonało, czy też nie. W tej perspektywie Bóg prezentuje się jako przełożony przez wielkie P, bo Jego nakazy i zakazy są zawsze najlepszymi możliwymi. Co do słuszności Jego woli nie powinno więc być dyskusji. Przyznając Mu tytuł autorytetu deontycznego, nadajemy Mu także prawo kształtowania naszej moralności, stanowienia konkretnych zakazów i nakazów. Jednocześnie zobowiązujemy się także tym normom podporządkować.

Jednak autorytetem – przynajmniej dla katolika – jest nie tylko sam Bóg, ale także ci, którzy przekazali dalej Jego naukę, to znaczy apostołowie i ewangeliści. Tu warto wspomnieć o genialnej idei, jaką jest sukcesja apostolska. Nie tylko utwierdza i porządkuje ona kościelną hierarchię, ale także pokazuje, kogo należy uznawać za największy autorytet, czyje zdanie jest w Kościele najbardziej wartościowe. Dlatego właśnie tak wielkim szacunkiem otacza się w katolicyzmie ojców Kościoła, a biskupowi Rzymu autorytet przysługuje wręcz z urzędu.

Podważanie własnych korzeni

Nie ma więc co się dziwić, że Kościołowi katolickiemu tak bardzo zależy na utrzymaniu pojęcia autorytetu. O tych, którzy zachęcają do jego odrzucenia, papież Franciszek wyraża się w zdecydowanych słowach: „Czyż nie jest to łatwy sposób pozyskania was dla jej propozycji, abyście robili tylko to, co ona wam mówi? Ta osoba potrzebuje, byście byli puści, wykorzenieni, nieufni wobec wszystkiego, abyście ufali jedynie jej obietnicom i podporządkowali się jej planom. Tak działają ideologie różnych kolorów, które niszczą (lub dekonstruują) wszystko, co inne, i w ten sposób mogą panować bez oporów” (Fratelli tutti 13).

Dlatego właśnie tak martwiąca jest postawa niektórych wiernych o skrajnych poglądach (tak ze środowisk tradycyjnych, jak i charyzmatycznych), którzy negują potrzebę posłuszeństwa wobec kościelnej hierarchii. Nie dość, że często wprowadzają w ten sposób zamęt w strukturach Kościoła, to jeszcze pośrednio podważają teoretyczne podstawy, na których opiera się ich wiara.

Zaskakująco często takie skrajne postawy łączą się także z odrzuceniem autorytetu nauki (obecnie popularna wiara w „plandemię” czy szkodliwość szczepionek) albo władzy (tu warto z kolei przywołać dopatrywanie się wszędzie spisków żydomasońskich czy tym podobnych tworów). O ile status nauki i władzy pozostaje zupełnie różny od statusu religii (ta pierwsza wciąż stara się podważyć samą siebie, ta druga natomiast nie zawsze dąży do największego dobra), to jednak mechanizm odrzucenia autorytetu pozostaje ten sam. Prawdopodobnie wynika on z jakichś głębiej zakorzenionych postaw czy mechanizmów psychiki – nie mam jednak danych ani kompetencji, aby to rozważać.

Symptomy kryzysu

Wracając natomiast na grunt samej tylko religii katolickiej, warto dokładniej przeanalizować, jakie skutki ma dla Kościoła wspomniany kryzys autorytetu. Zarysowałem już po części zagadnienie braku zaufania wobec hierarchii – częściowo być może uzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę jej grzechy. O ile jednak, wskazując na przewinienia osób duchownych, można by wytłumaczyć, dlaczego nie są już one traktowane jako autorytety moralne, to pozostaje jeszcze (być może nawet donioślejsza) kwestia doktryny.

Nie ma bowiem już (a może nigdy nie było?) jednej i spójnej interpretacji katolicyzmu. Każde słowo papieża bywa rozumiane na kilka rozbieżnych sposobów, a teologiczne spory coraz częściej zamiast między teologami toczą się między redakcjami katolickich pisemek. Niektórzy katolicy zdają się przy tym zapominać, że biblijnym przykazaniem nie jest zajmowanie jakiegokolwiek stanowiska w każdym okołoreligijnym sporze, ale przede wszystkim stanowienie jedności – czasem nawet za cenę zawieszenia własnych poglądów.

Innym ważnym zagadnieniem jest coś, co możemy określić mianem doktrynalnej niecierpliwości. Szczególnie widoczne jest to w kwestii etyki seksualnej. Dla wielu osób niektóre elementy katolickiej nauki w tej materii wydają się trudne do zaakceptowania. Bardzo rzadko spotykam się jednak tutaj z postawą zaufania wobec Kościoła. Nieliczni są ludzie, którzy mówią: „na razie tego nie rozumiem, ale podporządkuję się przykazaniom i być może za jakiś czas dojrzeję do poznania prawdy”. Wielu powie wręcz, że jest to postawa opresyjna, wymuszająca bezwzględne posłuszeństwo – ten wątek mam jednak nadzieję poruszyć innym razem, bo rzekoma opresyjność Kościoła jest tematem o rozmiarach dorzecza Amazonki.

To, co spina ze sobą te dwa zjawiska, to ewidentny brak pokory, brak gotowości do przyznania, że być może sami nie posiedliśmy jeszcze pełnego zrozumienia niektórych kwestii. Do tego nierzadko dochodzi kierowanie się chwilowym odczuciem czy też nagromadzonymi emocjami. Tu trzeba zauważyć, że szczerze i w pełni może podporządkować się autorytetowi jedynie taka osoba, która najpierw uporządkowała własną psychikę. Która w tym, komu zawierza, nie będzie poszukiwała zatracenia własnej osobowości czy woli. Która wreszcie uzna autorytet w pełni świadomie i dobrowolnie, a nie w przypływie emocji bądź w chwili słabości. Słowem, musi to być osoba odpowiednio dojrzała. Tylko ludzie dojrzali są bowiem zdolni do prawdziwej pokory.

O autorze

Od św. Franciszka uczy się zachwytu nad istnieniem i Stwórcą, od św. Ignacego – dostrzegania w każdej idei cząstki Prawdy, od mnichów natomiast prostoty i milczenia. Większość życia spędza nad filozofią i literaturą. Czasem tworzy.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.