adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Liturgiczny koncert życzeń

magazine cover

pexels.com_canva.com

Istnieją ludzie, którzy na większości mszy, w których biorą udział, niespecjalnie zwracają uwagę na towarzyszące im śpiewy (wszystko jedno, czy włączają się w nie, czy są biernymi słuchaczami) – ale gdy nadchodzi pora mszy związanej z jakimś osobistym wydarzeniem (najczęściej jest to ślub, ew. pogrzeb bliskiej osoby lub ważna rocznica), wówczas kwestia repertuaru muzycznego jest jedną z bardziej palących. Niestety: gorliwość, która ich wówczas pożera, nie dotyczy „domu Twojego” (Ps 69, 10), ale ziemskich, ludzkich zachcianek.

Może nie ma w tym nic złego? Przecież należy się cieszyć, gdy ktoś zaprasza Boga do swojego życia i na przykład ślubuje miłość drugiej osobie przy ołtarzu i z kapłańskim błogosławieństwem, a nie w romantycznej altance, ze świeckim urzędnikiem u boku? Nic dziwnego, że zależy mu wtedy na pięknie całego wydarzenia, jego uświetnieniu, nadaniu indywidualnych rysów… Choć trzeba wtedy zadać pytanie: komu to piękno się należy, kto tak naprawdę jest wówczas najważniejszy i czy przypadkiem główną motywacją narzeczonych nie jest wprawienie w zachwyt i podziw swoich bliskich i znajomych, a nie… chwała Boża, która jest jednym z dwóch głównych celów liturgii?

Niezrozumienie u samych podstaw

Jakie sformułowanie mierzi wykształconego (choćby na podstawowym poziomie) muzyka kościelnego? „Oprawa muzyczna mszy” – a przecież przy wielu okazjach przewija się ów termin. Znajdziemy go w ogłoszeniach i portfolio osób oferujących muzyczne usługi. Niestety, pojawia się czasami również w ustach duchownych, dziękujących danemu muzykowi lub zespołowi za „oprawę dzisiejszej uroczystości”. Dlaczego nie powinno się tak mówić? Ponieważ muzyka w liturgii nie jest jej „oprawą”, ale „integralnie wiąże się z celebracją świętych obrzędów” (Instrukcja Konferencji Episkopatu Polski o muzyce kościelnej, 2017, nr 6).

Tymczasem wiele osób traktuje muzykę w liturgii jako rodzaj towarzyszenia obrzędom – owszem, niektóre śpiewy (albo muzyka instrumentalna) mogą pełnić taką rolę, jednak należy wiedzieć, które konkretnie i w jakim miejscu akcji liturgicznej. Dużym błędem i w istocie szkodą dla wiernych staje się sytuacja, gdy wszystkie „momenty muzyczne” podczas mszy są wypełnione muzyką będącą rodzajem tła dźwiękowego (żeby nie powiedzieć: muzyką „do kotleta”) albo stanowią okazje do gwiazdorskich popisów jakiegoś artysty. Tak właśnie często muzyka podczas liturgii jest traktowana: jak przyjemne dźwięki, niby pianisty umilającego czas w przytulnej kawiarni – albo jak koncert, który ma wszystkich zachwycić, wzbudzić emocje, wzruszyć lub rozbawić.

Piszę to na podstawie przede wszystkim własnych doświadczeń jako organisty parafialnego: gdy trwa już typowy sezon ślubny (od kwietnia aż po październik) i zgłaszają się narzeczeni, którzy chcą ustalić repertuar muzyczny na swojej uroczystości – niemal ze stuprocentową pewnością mogę domyślać się, jakie padną propozycje; to przede wszystkim piosenki (nawet nie zawsze religijne, czasami będące świeckimi, popularnymi utworami, z „dorobionym” religijnym tekstem), ewentualnie coś z „klasyki”, jak któreś z opracowań Ave Maria, Panis angelicus itp., na koniec oczywiście Marsz weselny.

Emocje, wszędzie emocje

Czy to jest wina wiernych (najczęściej narzeczonych przed ślubem), że nie mają pełnej wiedzy na temat zasad muzyki w liturgii? Nie, choć oczywiście teoretycznie powinni o tym usłyszeć podczas przygotowania do sakramentu małżeństwa (i tego dalszego, na katechezie w szkole, i bliższego, na kursie przedmałżeńskim). Jest to wynik różnych czynników, w większości zaniedbań: katechetów, księży, proboszczów, wreszcie organistów i innych muzyków kościelnych odpowiedzialnych za stan muzyki liturgicznej w naszych kościołach. Niestety, na tym polu często dochodzi do emocjonalnych rozmów albo wręcz kłótni: narzeczeni denerwują się, bo nie rozumieją, dlaczego ktoś przeszkadza im w upiększeniu ich najważniejszego dnia w życiu, organista denerwuje się, bo choć powinien (ze względu na swoje kompetencje), to jednak nie zawsze ma decydujące zdanie w tym temacie, zaproszony muzyk również chce wszystko zrobić po swojemu… A to wszystko w uzgodnieniu na ostatnią chwilę, na szybko, bez odpowiedniego czasu do namysłu i wspólnego dojścia do sensownego i mądrego planu.

Emocje są też widoczne w samym proponowanym repertuarze. Muzyka podczas mszy, w powszechnym odczuciu, skoro jest tłem albo koncertem – powinna przede wszystkim wzruszać, najlepiej doprowadzić do uronienia choć jednej łzy, choćby i na infantylne sposoby. Wystarczy, że słowa piosenki zawierają w sobie wyraz „miłość”, odmieniany na różne przypadki – i już dany tytuł „nadaje się” (to nic, że np. kontekst wskazuje, że mowa raczej o miłości Boga do człowieka, a nie miłości małżeńskiej). Podobnie jest z tekstami wskazującymi na Bożą Opatrzność – czasami z tego powodu dochodzi do paradoksów, jak choćby z popularną piosenką Ty tylko mnie poprowadź, która, jeśli wczytamy się w jej słowa, mówi o… Bożym prowadzeniu „gdy drogi pomyli los zły”, o pomocy w trudnościach i przeciwnościach, gdy oczy nam coś przesłoni i nie potrafimy sobie sami poradzić. Wybieranie tej piosenki jako śpiewu na wejście podczas mszy ślubnej jest doprawdy osobliwe.

Zobacz też:   Mąż i ojciec w koloratce, czyli o diakonacie stałym słów kilka…

Wszystko ma swoje miejsce

Celem liturgii jest chwała Boża i uświęcenie wiernych. Muzyka pełni w tym względzie ważną rolę i źle się dzieje, jeśli wykorzystuje się ją do innych celów: do chwały ludzkiej i spełniania własnych zachcianek. Msza związana z jakimś ważnym wydarzeniem z życia również na pierwszym miejscu stawia Boga – nawet na mszy z sakramentem małżeństwa to On (i Jego chwała) powinien być w centrum, a nie młoda para. To nie znaczy, że śpiewy lub muzyka instrumentalna nie mogą być w jakiś sposób dostosowane, dopasowane do naszych upodobań, gustów, preferowanego stylu – jak najbardziej mogą, to wręcz bardzo dobrze świadczy o wiernych, jeśli zależy im na porządnym przygotowaniu „swojej” liturgii, nie tylko na dobraniu odpowiedniej kreacji czy dekoracji kwiatowej, ale również na wyborze czytań z Pisma Świętego czy właśnie utworów muzycznych. Jednak to wszystko powinno odbywać się zgodnie z zasadami wyznaczonymi przez Kościół, bo one pilnują tego, żeby chwała Boża i uświęcenie wiernych nie przegrały z myśleniem: „to jest nasz dzień, my jesteśmy tu najważniejsi i nie ma absolutnie nic i nikogo ponad to” (wówczas świątynia staje się wynajętą salą, z kapłanem jako aktorem odgrywającym swoją rolę i muzykami mającymi spełnić życzenia młodej pary – zupełnie jak na zabawie weselnej).

Liturgia jest „rozumną służbą Bożą” i tak naprawdę podstawowe zasady dotyczące muzyki w liturgii są proste, logiczne i wbrew pozorom, dające pewną elastyczność, pozostawiające miejsce również na dowolność, na wprowadzenie swojego indywidualnego rysu. Można je sprowadzić do trzech głównych punktów: po pierwsze słowo, czyli prymat tekstu nad melodią. Tekst zaś powinien odpowiadać danej czynności liturgicznej, najlepiej jeśli jest to antyfona z mszału, ewentualnie pieśń najbardziej do niej zbliżona. Mamy dwa podstawowe śpiewy tego rodzaju: na wejście i na komunię, dlatego na wejście nie powinno się wykonywać muzyki instrumentalnej, a na komunię śpiewu Ave Maria – bo jeśli już jedno i drugie ma gdzieś wybrzmieć, to są inne, odpowiednie momenty podczas mszy.

Po drugie: poszanowanie tradycji liturgicznej, czyli na pierwszym miejscu chorał gregoriański i organy jako główny instrument w kościele. Jeśli nie chorał, to śpiewy dopuszczone przez Kościół w oficjalnych śpiewnikach, dopiero gdzieś na samym końcu piosenki religijne (ale jeśli już, to na zasadzie tolerancji i roztropnego kompromisu, po choćby próbie zaproponowania przez muzyka kościelnego lepszych propozycji).

Wreszcie, po trzecie: unikanie w stylu wykonywanej muzyki (śpiewie i grze na instrumentach) podobieństw do muzyki świeckiej, rozrywkowej. Na pewno w liturgii nie ma miejsca na muzykę filmową czy popkulturową (w tym: na „religijne covery” popularnych hitów). Z drugiej strony msza to nie czas na czucie się jak w operze lub filharmonii: zdarzają się śluby lub pogrzeby wypełnione od początku do końca muzyką klasyczną (nieraz w całości instrumentalną, co jest wyjątkowym nadużyciem), wykonane na najwyższym poziomie, przez wybitnych artystów – ale co to ma wspólnego z muzyką liturgiczną?

Inny świat

Mądre podejście do tematu muzyki podczas liturgii nie jest proste – szczególnie jeśli dotyczy „naszej mszy”, i to wcale nie musi być tylko przykład ślubu lub pogrzebu: ten problem dotyka np. osób odpowiedzialnych za dziecięce i młodzieżowe zespoły muzyczne, które regularnie przygotowują (no właśnie…) „oprawę muzyczną” konkretnej liturgii. Z jednej strony należy doceniać i chwalić takie chęci, zaangażowanie, poświęcony czas i postawę dzielenia się z innymi swoimi talentami, wykorzystywania ich na chwałę Bożą – ale jednocześnie odpowiedzialnością duszpasterzy i kompetentnych muzyków kościelnych jest czuwanie nad przestrzeganiem zasad podanych w tym zakresie przez Kościół.

Właściwą postawą będzie pokora i posłuszeństwo – a przecież chrześcijańska, katolicka perspektywa tych cnót nie ukazuje ich jako ciężaru, powodu do smutku lub goryczy skrępowania swojej wolności; wręcz przeciwnie, pokora i posłuszeństwo kierunkują nasze serca do śpiewania Bogu „nowej pieśni” (Ps 96, 1) i napełniają je autentyczną radością. Oto liturgia jako inny świat, a muzyka w tym świecie jako prowadząca nas i wprowadzająca do niego. Koncert życzeń lub przyjemna muzyka tła – to zostawmy na inny czas.

O autorze

Mąż i tata. Nauczyciel religii. Organista i dyrygent. Bloger, webmaster, publicysta. Pochłaniacz kawy, książek i seriali.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.