adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Z życia Kościoła

Lekarze dusz i ciała, czyli o misyjnej mobilnej klinice w Tanzanii

Rok 2020 dobitnie przypomniał nam o tym, jak ważna jest w społeczeństwie sprawna opieka medyczna. I choć narzekamy na różne wady naszej polskiej służby zdrowia, musimy pamiętać, że mieszkańcy wielu krajów świata wciąż nie mogą liczyć na wiele rzeczy uznawanych przez nas za standard. Tak jest w licznych państwach Afryki, m.in. w Tanzanii, w której posługuje ks. Janusz Pociask polski misjonarz, prowadzący jednocześnie mobilną klinikę medyczną w furgonetce.

Z księdzem Januszem Pociaskiem SMA rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Jak wygląda miejsce, w którym posługuje Ksiądz na co dzień?

JP: Wioska, w której obecnie pracuję, nazywa się  Moita Bwawani i położona jest trzydzieści kilometrów na południe od miasta Arusza w Tanzanii. Z naszej misji mamy  piękne widoki na  okoliczną górę Meru, a przy dobrej pogodzie na Kilimandżaro. Mieszkają tu  ludy masajskie, zajmujące się głównie  pasterstwem, wypasem krów i  kóz. Na terenie parafii, przy  kościele, wybudowany jest  duży dom dla księży z prądem i dużymi zbiornikami na deszczówkę.

W naszej parafii trwa pierwsza ewangelizacja, gdyż większość Masajów wyznaje swoją tradycyjną afrykańską religię animistyczną. Parafia obejmuje trzynaście okolicznych wiosek, w których znajdują się kaplice dojazdowe, gdzie przynajmniej dwa razy w miesiącu, w niedziele, odprawiamy msze święte. Również w tygodniu na przemian wyjeżdżamy. Czy to terenowym land cruiserem, czy motorem w zależności od warunków, czy jest to pora sucha, czy też deszczowa, pełna sezonowych rzek. Ponieważ Moita Bwawani i nasze wioski znajdują się przy Parku Narodowym Tarangire, ostatnio mamy duże problemy ze słoniami, które niszczą uprawy kukurydzy, którą bardzo lubią, i atakują napotkanych ludzi.

Na terenie misji wybudowany jest też konwent, w którym mieszkają siostry ze Zgromadzenia Świętego Józefa z Mombasy. Siostra Sabina z Kenii zajmuje się prowadzeniem chekechei (w j. suahili „przedszkole”), w którym obecnie uczy się czterdzieścioro pięcioro biednych dzieci masajskich. Jej praca polega głównie na nauczaniu dzieci języka suahilijskiego, używanego później w szkole podstawowej.

ks. Janusz w otoczeniu miejscowych (fot. ks. Janusz Pociask SMA)

Obok misji, w centrum wioski, znajdują się mała przychodnia zdrowia, szkoła podstawowa i duża państwowa szkoła średnia. Siostra Justyna – Tanzanka – prowadzi lekcje geografii, biologii i religii w szkole średniej, gdzie mieszka i uczy się pięciuset trzydziestu masajskich chłopców.

KM: Jak narodził się pomysł stworzenia mobilnej kliniki?

JP: Wszystko zaczęło się w 2011 roku wraz z przyjazdem dwóch medycznie wykwalifikowanych sióstr z Kenii i zaangażowaniem księży SMA – Arkadiusza Nowaka i Johna Gallaghera, którzy odpowiedzieli na prośby parafian, by wraz z ewangelizacją misjonarze zajęli się edukacją i pomocą medyczną. Szczególnie – z uwagi na dużą umieralność miejscowej ludności – potrzeba było zapewnienia opieki medycznej kobietom w ciąży i ich małym dzieciom. Tak więc od lutego 2011 roku mobilna klinika zapewnia tę opiekę we wszystkich trzynastu wioskach należących do parafii, z których najbardziej oddalona jest Lemoti, około siedemdziesiąt kilometrów od Moity. Obecnie odpowiedzialna za działanie kliniki mobilnej jest Kenijka, siostra Weronika, wykwalifikowana pielęgniarka z dużą praktyką zawodową, entuzjazmem i niegasnącym uśmiechem na twarzy.

KM: Jak działa mobilna klinika na co dzień?

JP: Klinika działa na zasadach współpracy państwowo-prywatnej. Jak ta współpraca wygląda w praktyce? Przed każdym wyjazdem na wioski klinika mobilna zaopatrywana jest przez miejscową państwową klinikę w lodówkę z zastrzykami i niektórymi bezpłatnymi lekarstwami. Nasza pomoc w kupnie leków dla najbiedniejszych jest minimalna. Jeśli jest to możliwe – i w zależności od ilości pracy – jedna lub dwie pielęgniarki z tej kliniki dołączają się do siostry i jej grupy. Zajmują się one także  obowiązkowym wypełnianiem wymaganych przez rząd  ksiąg, kart szczepień, pisaniem raportów i statystyk.

s. Weronika waży dziecko (fot. ks. Janusz Pociask SMA)

KM: A jakie choroby są w niej leczone?

JP: Klinika oprócz pracy z kobietami i dziećmi świadczy usługi medyczne wszystkim zgłaszającym się do tych stacji medycznych, znajdujących się często w murowanych kościołach i budynkach rządowych wiosek. Na miejscu, we wioskach, często pomagają nam w pracy miejscowi wolontariusze i katecheci. Dlatego też dwa razy w roku organizujemy dla nich seminaria w parafii Moita Bwawani, gdzie wraz z pielęgniarkami uczestniczą w szkoleniach. W tych trzydniowych spotkaniach, budujących jedność i współpracę, uczą się różnych metod pomocy  chorym. Zdobywają wiedzę na temat chorób najczęściej występujących w tym regionie: malarii, HIV, AIDS, pneumonii, chorób przenoszonych drogą płciową, wad wzroku, cienieni krwi, gruźlicy i innych.

W ostatnim szkoleniu uczestniczyły miejscowe akuszerki. Pogłębiały swoją wiedzę o bezpiecznych porodach, komplikacjach poporodowych, o potrzebie używania rękawiczek w czasie porodu (HIV, AIDS) czy wysyłania kobiet w ciąży z komplikacjami do szpitali w mieście, w czym nasz ambulans z Moity też uczestniczy.

KM: Jakie są największe przeszkody, a jakie błogosławieństwa w codziennej pracy?

JP: Trudności nie brakuje, szczególnym utrudnieniem jest nieznajomość języka masajskiego. Dlatego – pomimo biegłej znajomości języka suahilijskiego przeze mnie i siostrę Weronikę – wszystko musi być tłumaczone na masajski. Często w tej roli są wykorzystywani nasi katecheci i ich żony!

Błogosławieństwem jest dla nas satysfakcja z tego, że na przykład dzisiaj we wiosce Losikito sto sześcioro dzieci było ważonych, przebadanych, zaszczepionych, a do tego dwanaściorgu dorosłym rozdano lekarstwa, udzielono porady. W skali roku to są tysiące!

KM: Jaki jest ogólny stan opieki zdrowotnej w Tanzanii? Jakie choroby stanowią największy problem?

Zobacz też:   Lwów: we Mszy w rycie dominikańskim uczestniczył biskup Edward Kawa

JP: W sześćdziesięciomilionowej Tanzanii, w której 80% ludności utrzymuje się z rolnictwa, nie płaci się obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, więc nie ma jeszcze  ogólnokrajowej opieki medycznej. Państwo przeznacza coraz większe środki  z GDP na zdrowie i jest na etapie planowania takiego programu, zachęca też wszystkich do indywidualnego ubezpieczenia siebie i rodziny w prywatnych firmach ubezpieczeniowych. Są więc państwowe szpitale i wiele ekskluzywnych prywatnych placówek zdrowotnych, ale za wszystko trzeba płacić, a dochód na osobę ponad połowy ludności Tanzanii to mniej niż 1,75 dolara na dzień.

W tym roku, według WHO, więcej osób w Afryce umrze na malarię niż na COVID-19. Prawdopodobnie więcej ofiar pochłonie też zawieszenie szczepień dla dzieci i dorosłych w związku z wirusem.

fot. ks. Janusz Pociask SMA

KM: W książce ks. Wojciecha Kościelniaka, również pracującego w Tanzanii, przeczytałem, że dużym problemem medycyny w Afryce jest wciąż popularność usług szamanów. Czy często zdarza się, że misyjni lekarze muszą poprawiać czyjeś zdrowie po wizycie u szamana?

JP: Z ks. Wojciechem znamy się od wielu lat i rzeczywiście w regionie Kiabakiari, Musomy, Mwanzy, ludów otaczających Jezioro Wiktorii, wiele ludzi szuka porad czarowników w rozwiązaniu ich problemów ze zdrowiem fizycznym czy psychicznym. W klątwach, urokach dopatrują się przyczyn swoich chorób. Często ignorancja i chęć zysku szamanów prowadzą do wykorzystywania tych łatwowiernych, prostych ludzi. Przyczyniają się do niepotrzebnego cierpienia lub nawet śmierci, a do ich wyleczenia wystarczyłaby właściwa diagnoza i antybiotyk za kilka złotych.

Na szczęście wśród Masajów nie ma czarowników, więc ten problem prawie nie istnieje. Choć są masajscy kapłani, tzw. leiboni, którzy odsyłają chorych ludzi do miejscowych znachorów, zielarzy i kręglarzy, co można uznać za mniejsze zło. Jeśli i oni nie pomogą, zazwyczaj chorzy szukają pomocy w tzw. zachodniej medycynie.

KM: Jak Tanzania radzi sobie z pandemią COVID-19? Z oficjalnych danych wynika, że od maja nie odnotowano tam żadnego przypadku zakażenia
koronawirusem, a w polskich mediach pojawiają się doniesienia o ogłoszeniu zwycięstwa nad pandemią i zlikwidowaniu obostrzeń. Czy oznacza to, że problem faktycznie nie dotyczy tego kraju?

JP: Tak jak w Europie, w Tanzanii w marcu i kwietniu mieliśmy pandemię koronawirusa, ale dzięki Bogu większość mieszkańców Tanzanii przeszła go bezobjawowo i była bardzo mała śmiertelność wśród grup szczególnie zagrożonych.

Działo się to z wielu przyczyn. Należą do nich: słoneczny klimat, wysoka temperatura niesprzyjająca koronowirusowi i bardzo mała liczba populacji powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia.

Gdy wybuchła pandemia wirusa, cały świat nie był na nią przygotowany. W Tanzanii nie było dobrych testów, maseczek, respiratorów, laboratoriów ani infrastruktury. Nie było pieniędzy na epidemię ani żadnych finansowych „tarczy osłonowych” dla kogokolwiek. Państwo zachęcało do mycia rąk, noszenia maseczek, zachowania dystansu, pobudowało szpitale polowe, ale już w czerwcu były one prawie puste i było wiadomo, że większość społeczeństwa (70%-80%) przeszła ten wirus i wszyscy maja tzw. odporność stadną. Pewnie nigdy nie dowiemy się, ile osób chorowało, miało go bezobjawowo i zmarło na wirusa w Tanzanii, na świecie!!! Większość osób, które zmarły na COVID-19, chorowała również na inne choroby, więc nikt nie robił zmarłym dodatkowych testów, bo i po co – jak to prezydent logicznie ujął. Inna sprawa, że – z braku możliwości walki z epidemią i spełnienia wszystkich zaleceń – rząd zachował się pragmatycznie i pozwolił, by życie i biznes toczyły się jak zwykle. Szkoły i uniwersytety były zamknięte przez dwa miesiące, podobnie jak nasza mobilna klinika, ale w kościołach, pomimo pandemii, było więcej wiernych niż zwykle.

Ekipa mobilnej kliniki (fot. ks. Janusz Pociask SMA)

Obecni nie ma w Tanzanii drugiej fali wirusa i wszystko powróciło do normalności. I rząd, media czy ludzie ani nikogo nie obwiniają, ani o epidemii prawie nie wspominają.

Ciekawostką jest to, że zwyczaj mycia rąk – ze względu na epidemię – przyczynił się do poprawienia higieny osobistej u wielu ludzi, a biegunki u dzieci i dorosłych zmniejszyły się o połowę w stosunku do poprzednich lat.

KM: Jaka jest najbardziej interesująca przygoda, jaka spotkała Księdza podczas pracy misyjnej?

JP: Już od prawie dwudziestu pięciu lat przebywam w Afryce i każdy dzień jest dla mnie nową, fascynującą misyjną przygodą, podczas której mogę poznawać Afrykę, uczyć się jej i jej ludzi. Jak na przykład mam opisać słowami mój ostatni chrzest stu dwadzieściorga czworga dorosłych i dzieci masajskich, w buszu afrykańskim, na wiosce, wśród radosnych śpiewów „Alleluja”, Yesu Kristu Amefufuka w noc wielkanocną? Te wszystkie zapachy, kolory, gwiazdy na niebie, wycie hien w oddali, smak pieczonej koziny i świeżego mleka, brzęczące komary i niespotykana gościnność… 

KM: Czy czytelnicy Adeste mogą w jakiś sposób wesprzeć Księdza działalność w Tanzanii, a jeśli tak, to w jaki?

JP: Proszę was o  modlitwę za mnie, misje święte, za misjonarzy, siostry i kapłanów.  Wspierajcie ich modlitwą, od której wszystko zależy, jak również dzielcie się z nimi tym waszym chlebem powszednim. Wszelką  wiarę i miłość poznaje się po uczynkach miłosiernych, wiara bez uczynków i poświecenia jest martwa. Można zacząć od sąsiedztwa… Głodnych i potrzebujących dzieci w Polsce nie brakuje. A jeśli ktoś chciałby wesprzeć mobilna klinikę w Moicie, to na naszym portalu sma.pl jest opis projektu i numer konta w Polsce.

ks. Janusz w otoczeniu miejscowych (fot. ks. Janusz Pociask SMA)
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.