adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Wiara

Ks. Dawid Tyborski: Święci towarzyszyli mi od dziecka [Wywiad]

O tym, jak się zostaje świętym, o więzi ze świętymi, z relikwiami i o poszukiwaniu nowych form przedstawiania świętych w ikonografii rozmawiam z ks. Dawidem Tyborskim – członkiem Świeckiej Wspólnoty Pasjonistowskiej, twórcą projektu Via Sanctorum i naszym redakcyjnym współpracownikiem.

Bartłomiej Wojnarowski: Jesteśmy w swoistej oktawie uroczystości Wszystkich Świętych [wywiad przeprowadzono 7 listopada 2022 roku, przyp. redakcji]. Doskonale znamy definicję świętości z katechizmu, nauczania Kościoła. Chciałbym Cię zapytać jednak o to, jak rozpoznać świętość. Czym różni się ona od heroizmu? Co odróżnia świętość od bycia nawet bardzo prawym, heroicznym człowiekiem? Co w biografiach, które badasz, jest specyficzne dla świętych?

Ksiądz Dawid Tyborski: Często mylimy bycie dobrym człowiekiem z byciem miłym. A bycie świętym nie polega na byciu miłym czy nawet serdecznym, uśmiechniętym. Świętość zasadza się na tym, że dążę do zjednoczenia z Panem Jezusem. I nawet jeśli święci byli dla kogoś życzliwi, serdeczni, to był to efekt ich więzi z Bogiem. Nie musiało to wynikać z ich charakteru, bo często zmiana życia, to, jak się zachowujemy na zewnątrz, to u świętych wewnętrzna predyspozycja wynikająca z tego, że są coraz bardziej na drodze zjednoczenia z Panem Jezusem.

BW: W 2017 roku papież Franciszek ogłosił motu proprio, w którym wskazał nową ścieżkę heroiczności cnót w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych. Podkreślił, jak ważne jest, oprócz bycia wyznawcą i męczennikiem – to będzie trudne do przełożenia na język polski – ofiarowanie życia.

Ks. DT: Victima amoris/caritatis. To rzecz, na którą bardzo czekałem, kategoria bardzo nam potrzebna, dlatego że oddawanie swego życia nie polega tylko na krwawym męczeństwie. Zresztą Kościół już na początku stworzył trzy pojęcia męczeństwa: męczeństwo czerwone – męczeństwo krwi, męczeństwo białe – dziewictwo, męczeństwo zielone – oddanie swojego życia na sposób mniszy, dla wspólnoty. Ten trzeci termin został ukuty przez mnichów iroszkockich, którzy wyjeżdżali na misje i swoją ukochaną Zieloną Wyspę zostawiali na zawsze z wielką rozpaczą. Polak nie dowie się, co to patriotyzm, dopóki nie spotka Irlandczyka, który kocha swój kraj. Mnisi tacy byli. Dla nich wyjazd na misję był zielonym męczeństwem.

W tych trzech rodzajach męczeństw znajdowała się jednak luka. Można oddać swoje życie, można się spalić z miłości. Mam trzy przykłady osób, które dobrze to ilustrują, dwóch z Polski, a trzeciej z Włoch (i co ciekawe, ta trzecia jeszcze żyje). Z Polski czcigodny sł. Boży o. Bernard Kryszkiewicz. Przeżył II wojnę światową, ale umarł zaraz po niej. Został jedynym pasjonistą w Przasnyszu. Jego współbraci zamordowano w Działdowie. Zaraz po wojnie trafił do Przasnysza. Miał dwa wyjścia: albo chować się w klasztorze i się modlić, albo wyjść z klasztoru, zaryzykować i dać ludziom Pana Jezusa na ostatnią drogę, namaścić, wyspowiadać, udzielić wiatyku. I on to robił. Znał ryzyko, zaraził się, zdaje się, tyfusem plamistym. Był gotów na to poświęcenie.

Błogosławiona Marta Wiecka, z moich rejonów, bo urodzona zaledwie dziesięć kilometrów od parafii, w której pracuję, zrobiła podobnie. Pracowała w szpitalu na terenie dzisiejszej Ukrainy. Pewien mąż i ojciec miał zdezynfekować po chorym salę. Zaoferowała się pójść na jego miejsce, zaraziła się i zmarła. Uważam, że ta kategoria victima amoris/caritatis jest bardzo potrzebna. Dobrze, że papież Franciszek ją zauważył, dobrze, że miał podobne przemyślenia.

Jest też osoba, która żyje, ale mam nadzieję, że po swojej śmierci zostanie uznana victima amoris. To matka Elwira, która założyła wspólnotę Cenacolo. Ona teraz jest sparaliżowana. To była kobieta silna, energiczna, pełna życia, oddana swoim „ćpunom”. Zawsze krzyczała do nich: „Chrystus zmartwychwstały jest naszą radością, uśmiechnij się, pokaż życie!”. Tak spaliła się z miłości do nich, tak pragnęła ich powyciągać z uzależnienia, by im pokazać Jezusa, że straciła i mowę, i zdolność chodzenia. Umiera od kilku lat. Ciągle spala się z miłości. W 2014 roku miałem okazję ją poznać, mówiła wtedy tylko parę słów. Jestem przekonany, że spotkałem się z osobą świętą. Ona znakomicie pasuje do kategorii victima amoris.

BW: A od strony liturgicznej – myślisz, że do tej kategorii będzie potrzebny jakiś nowy kolor liturgiczny, czy to jest temat całkowicie poboczny? Czy specyfika bycia między męczennikiem a wyznawcą wymaga nowego koloru?

Ks. DT: Myślę, że kolor czerwony jest adekwatny kolorem, bo to może nie tyle chodzi o męczeństwo krwi, ale o ogień miłości. Używamy czerwonego koloru, gdy wspominamy Ducha Świętego, który jest ogniem Bożej miłości, Bożą miłością w działaniu, więc myślę, że bycie w kategorii victima amoris idealnie się wpisuje w ten kolor liturgiczny.

BW: Kościół od pierwszego wieku czcił świętych, ale same procesy kanoniczne o uznanie kogoś świętym czy błogosławionym to, jak dobrze pamiętam, wczesne średniowiecze. Widać, że ta procedura zmienia się, Kościół przecież sam tego nie ukrywa. Wpływa to na spojrzenie na świętych. Początkowy etos świętego był związany z męczeństwem i heroizmem. Później mieliśmy okres, w którym powstawały dzieła hagiograficzne ukazujące świętych jak bohaterów, nieraz niemal mitycznych, jak św. Jerzy walczący ze smokiem. Dzisiaj wiele się zmieniło. W episkopacie Włoch na przykład istnieje duża potrzeba wynoszenia na ołtarze, jest to pewien nowy kierunek. Beatyfikuje i kanonizuje się często młodych, którzy mieli całkowicie normalne życie, bez wielkich fajerwerków. Mamy Carla Acutisa, Chiarę Badano. Czy taki kierunek i trend myślenia o świętości się utrzyma?

Ks. DT: Mam nadzieję, że ten kierunek zostanie zachowany. O ile mam problem z różnymi reformami, o tyle takie pojmowanie świętości jest dla mnie o wiele lepsze, bardziej zgodne z Ewangelią i ukazujące jej blask. Świętość jest powołaniem moim, Twoim. Nie jest czymś ekskluzywnym dla grupy wybranych, którzy są bez skazy. Bo nie ma takich, nie ma ludzi bez skazy. Nawet święci je mieli. Takie podejście pokazuje, że świętość jest powołaniem każdego. Powołanie do bycia zbawionym jest nierozerwalnie połączone z powołaniem do świętości. W niebie nie ma miejsca dla nie-świętych. Każdy zbawiony w niebie jest święty. Więc jeśli ja konsekwentnie dążę, by dostać się do nieba, chcę być z Panem Jezusem, to to się nazywa świętość. Im bardziej powszechna będzie ta świadomość, tym lepiej. Pamiętam, że kiedy jako dziecko pytałem, jak zostać świętym, wszyscy odpowiadali: „A, to nie dla nas, my chcielibyśmy chociażby na ostatnie miejsce w życiu się załapać”. No nie! Naszym powołaniem jest świętość, Bóg chce nas mieć przy sobie. Ta świadomość teraz wzrasta i to jest bardzo dobre.

BW: Z samymi procesami beatyfikacyjnymi i kanonizacyjnymi jest związana swoista polityka ich prowadzenia. Kościół tych świętych i błogosławionych wynosi nie tyle ze względu na jakąś kolejność, ale aktualne spojrzenie. Przy takich sprawach zdarzały i zdarzają się kontrowersje, jak ostatnio przy sprawie abp. Fultona Sheena. Mimo wyjaśnienia wątpliwości z nim związanych nie został beatyfikowany. Czy jest jakiś sługa Boży, który już w nowej procedurze czeka według Ciebie zbyt długo, Ty czekasz na jego beatyfikację, a nie możesz się doczekać?

Ks. DT: Został właśnie wymieniony… Dodałbym jeszcze czcigodnego sł. Bożego Piusa XII oraz czcigodnego sł. Bożego Jana Tyranowskiego.

BW: Myślę, że nie jesteś jedynym, który czeka. Jako twórca projektu Via Sanctorum powiedz, skąd pomysł na wędrowanie, także fizyczne, szlakiem mniej znanych świętych i błogosławionych? I czy mógłbyś opowiedzieć jedną najciekawszą opowieść z tym związaną?

Ks. DT: Święci towarzyszyli mi tak naprawdę już od dziecka. Ten temat mnie fascynował. Bardzo lubiłem żywoty świętych, również te bardzo oczyszczone, uświęcone. Na przykład takie, które mówiły o tym, że jak dany święty był niemowlęciem, to ssał mleko tylko w dni niepostne, a w środy i piątki nie. To miało swój urok. Natrafiłem kiedyś na przedwojenną biografię św. Gerarda Majelli. Lała się w niej krew, były biczowania i spanie na skałach. Oczywiście było to lekko wyolbrzymione, ale w dobrej wierze. Mimo to takie opowieści też mnie interesowały.

Gdy nastała pandemia i w kościołach pojawiało się po pięć osób, w czasie Świętego Triduum Paschalnego chciałem coś zrobić, by ludzi jakoś do tego czasu przygotować, nawet jeśli nie mogą być w kościele. Zacząłem więc robić takie katechezy na żywo o świętych, bo stwierdziłem, że ten temat najlepiej znam. Ktoś napisał: „Słuchaj, a może ty byś zaczął mówić o świętych tak w ogóle, bez okazji, bo często tak naprawdę mało o nich wiemy?”. Kiedy te głosy powtórzyły się kilkanaście razy, to stwierdziłem, że warto spróbować. Szukałem długo nazwy i pomysłu, jak się ma to zacząć. Jako że dużo chodziłem, pomyślałem o tym, że pasować będzie nazwa „droga świętych”, Via Sanctorum.

Bardzo ciekawa historia związana z projektem spotkała mnie ostatnio. Przez wiele lat starałem się zdobyć relikwie św. s. Faustyny, ale nie było mi to dane. Siostry zawsze dawały odpowiedź negatywną, ze zrozumiałego powodu: prywatne ręce są niepewne, relikwie są bardziej do kościołów, a relikwie tej świętej są zbyt cenne. Miałem w sobie duży smutek i żal, pewną wewnętrzną niezgodę na taki stan rzeczy. Jednak starałem się nie tracić nadziei. W końcu zdarzyło się zupełnie przypadkiem, chociaż wiemy, że nie ma przypadków, że byłem dwa razy w te wakacje w Łagiewnikach. Wchodzę do kaplicy pierwszy raz na początku sierpnia i mówię: „Faustyno, ja naprawdę chciałbym, żebyś do mnie przyszła. Jesteś dla mnie ważna, dlatego chcę, byś była przy mnie, ale nie tylko duchowo, ale żebyś dała mi jakiś znak swojej obecności”. W moim sercu pojawiło się słowo: „napisz”. Jako że zajmuję się życiorysami także mistyków, to raczej uciekam od własnych tego typu doświadczeń, nie ufam sobie.

Szybko zignorowałem temat. Ale zdarzyło się, że zupełnie nieoczekiwanie zjawiłem się w Łagiewnikach w dzień urodzin Faustyny. Wchodzę do kaplicy, modlę się i znowu mam w sobie przeświadczenie, to słowo: „napisz”. I znów je ignoruję, bo przecież to nie zdarza się normalnym, szarym ludziom. Idę dalej. Wchodzę do sklepiku, a tam jest siostra, patrzy na mnie i mówi: „Szczęść Boże. A wie ksiądz, że mam w celi dużo relikwii?”. Patrzę na nią zdziwiony i pytam, czemu mi to siostra mówi, przecież my się w ogóle nie znamy, a tak w ogóle to szczęść Boże, ja tutaj na zakupy. Siostra pyta: „A ma ksiądz naszą Faustynkę?”. Wtedy wyjaśniłem, że wiele razy próbowałem, ale wszystko spełzło na niczym. A ona mówi: „Proszę napisać”. Daje mi adres, do kogo napisać, gdzie wysłać pismo. Dostaję, zdaje się w czwartek, odpowiedź, że siostry udzielają mi łaski relikwii i zapraszają po ich odbiór.

Zobacz też:   Będąc młodym katechetą – refleksje starszych i młodszych

BW: Niesamowita historia. Ile relikwii obecnie posiadasz? Liczyłeś to kiedyś?

Ks. DT: Dużo, dużo. Próbowałem liczyć, ale potem przestałem, dlatego że bardzo dbam o to, by to nie było kolekcjonerstwo. One przychodzą do mnie za wiedzą i zgodą właścicieli tych relikwii, samych świętych. Większość z nich trafiła do mnie zupełnie przypadkiem, ktoś mi je podarował bądź prosiłem o materiał potarty o relikwie, a dostałem same relikwie. Więc dbam o dwie rzeczy: żeby to nie było jakieś hobby, rodzaj kolekcjonerstwa. Poznaję świętych, przyjaźnię się z nimi, proszę je o wstawiennictwo. Relikwie, które posiadam, chodzą też do ludzi. Ktoś może przyjechać, wypożyczyć je na przykład na miesiąc, one idą do chorych, do potrzebujących. Niektóre parafie wypożyczają je na adorację. One nie są dla samego bycia, staram się, żeby moi święci nie byli „bezrobotni”. Bezrobotność w niebie jest plagą i powiedzmy, że z nią walczę.

BW: Chciałem zapytać, jak w zdrowy sposób podchodzić do relikwii, ale odpowiedziałeś już sam tą refleksją, by nie traktować tego jako kolekcjonerstwa. Czy jednak masz relikwie, które są dla Ciebie duchowo cenne? Do których świętych masz szczególne nabożeństwo?

Ks. DT: Mam. Relikwie św. Gemmy Galgani, którą kocham całym sercem. Jej działania i obecności doświadczam w swoim życiu. Mam taki krzyż z relikwiami, staram się go mieć zawsze przy sobie, w swojej sutannie. Nie jako amulet ani talizman czy w tym kontekście, że lubię świętych, są dla mnie jakimiś „bożkami”, ale w tym, że kiedy się modlimy, w wyznaniu wiary mówimy, że wierzymy w świętych obcowanie. Chodzi o budowanie więzi – chcę, by byli blisko, bo na tym polega przyjaźń. Chociaż ciałem nie mogą być przy mnie, to mogą być blisko na sposób duchowy. I mam rzeczy, które dla mnie są relikwiami. Mój przyjaciel ks. Sławek Grzela, umarł w opinii świętości. Nie wiem, czy będzie miał proces, ale to dla mnie jest mało ważne. Jestem przekonany, że jest już z Panem Jezusem. Mam jego mszał, albę i stułę. Korzystam z tych rzeczy z namaszczeniem, bo używam do mszy rzeczy służących wcześniej człowiekowi, który podczas choroby, a szczególnie umierania, był w takiej bliskości z Panem Jezusem.

BW: Mam do Ciebie pytania o życiorysy świętych i całą hagiografię, którą się zajmujesz. W tych życiorysach pewne toposy się powtarzają. Biografie są podobne do siebie w pewnych elementach. Mamy męczenników, wyznawców, zakonników. Czy była jakaś postać, o której pomyślałeś, że nie pasuje do utartego schematu, że jest zupełnie inna?

Ks. DT: Tak, ale moja odpowiedź nie będzie zaskakująca: to św. o. Pio. My go znamy bardzo powierzchownie: miał stygmaty, spowiadał, pachniał fiołkami. Jeśli zatrzymamy się na tym poziomie, to on się nie różni od innych mistyków. Ale ostatnio jestem po lekturze kilkunastej książki o ojcu Pio. Zawiera ona świadectwa jego bliskich, współpracowników, przyjaciół, córek i synów duchowych, którzy składali zeznania do procesu beatyfikacyjnego. Wyłania się z nich całkowicie inny człowiek. Człowiek, który jest wyjątkowy, poziom jego zjednoczenia i darów mistycznych przekracza wszelkie normy. Czasami mam z tym problem, bo to są rzeczy, które brzmią absolutnie niewiarygodnie, ale mają świadków…

BW: Co byś podał jako przykład takich wydarzeń? Mówimy o bilokacjach?

Ks. DT: Mówimy o bilokacjach, które są potwierdzone z dwóch stron. Potwierdza je zarówno ojciec Pio, jak i czcigodny sł. Boży kard. Mindszenty. Kiedy był więziony w obozie, ojciec Pio przychodził do niego, brał całą walizkę potrzebną do mszy świętej. Ksiądz prymas odprawiał msze, ojciec Pio był ministrantem. Obaj to potwierdzili. Oni się nigdy historycznie nie spotkali, w sensie niebilokacyjnym. Więc to jest zdumiewające. Poza tym poziom ataków na tego człowieka był niewiarygodny. To, że znosił to wszystko cicho i mężnie, budzi mój głęboki podziw. O wiele bardziej prywatnie widzę ojca Pio poprzez te historie osób mu bliskich.

BW: Czy jest jakaś osoba, sługa Boży z Polski, któremu najbliżej do ogłoszenia go błogosławionym?

Ks. DT: Jest bliskość i jej nie ma. Jest wiele sług Bożych, którzy mają ogłoszoną heroiczność cnót, czyli to jest wszystko, co jest możliwe, by pokazać, że ta osoba jest święta. Ale to jest za mało. Niebo musi interweniować. Musi być cud, i to nie byle jaki cud. Musi być to cud uzdrowienia fizycznego albo uratowania życia, który jest niepodważalny medycznie. Mamy więc osoby, które są bardzo blisko beatyfikacji. Na przykład cud za wstawiennictwem kard. Wyszyńskiego wydarzył się w latach osiemdziesiątych, a dowiedzieliśmy się o nim w 2011 roku. Dopiero teraz postulator dowiedział się, że istnieje taka siostra Nulla, która została cudownie uzdrowiona. Przez tyle lat po prostu ten cud czekał. Jako że procesy są do pewnego momenty utajnione, to na razie pełnej wiedzy nie mam. Nawet postulatorzy nie mogą mówić, czy są jakieś cuda. Dopóki sam nie będę postulatorem, nie będę miał takiej wiedzy.

BW: Właśnie, chciałbyś być postulatorem? To jest Twoja praca marzeń czy to zbyt administracyjna rola?

Ks. DT: Bycie postulatorem mało mnie interesuje, to jest papierkowa robota. Piszesz Positio, biegasz, dręczysz kardynałów albo komisję lekarską, starasz się przełożyć swoją teczkę na kupkę wyżej. Z kolei bycie wicepostulatorem jest czymś fajnym. Jesteś na miejscu, gdzie żył dany sługa Boży, i promujesz go. Piszesz o nim, głosisz o nim konferencje, rekolekcje, świadectwa, pokazujesz go, starasz się przekazać swoją wiedzę o nim innym ludziom. To jest dla mnie bardzo angażujące i inspirujące. I właśnie to, co robię przez Via Sanctorum albo przez Adeste, kiedy głoszę rekolekcje, to jest ta praca; promuję ich, ich świętość, miłość do Pana Jezusa. To jest coś, co by mi bardziej odpowiadało.

BW: Jeśli chodzi o proces: trudniej jest przejść z poziomu diecezjalnego na rzymski czy wyjść z diecezjalnego?

Ks. DT: Wydaje mi się, że etap rzymski jest zdecydowanie trudniejszy. Etap diecezjalny to etap tzw. dziobaka. Siedzisz, piszesz, zbierasz materiały. Robisz wszystko, by ładna skrzynka, najlepiej półtonowa, z całym opisem pojechała do Watykanu. A tam już jest problem… Trzeba napisać Positio, zorganizować spotkanie kardynałów, trzeba zdobyć zgody, tłumaczyć na obcy język, szukać kontaktów do komisji lekarskich. Wiemy, że w Rzymie procedury są bardzo rozwlekłe. To wszystko trwa. Jak możesz się wyrobić dla takiego szarego sługi Bożego do pięciu lat i to jest relatywnie łatwe, jest nihil obstat, to w samym Watykanie to może trwać długo. Kolejka jest dłuższa, pracy jest więcej, potrzeba większego nakładu ludzi, pieniędzy – tłumaczenie kilku tysięcy stron to nie jest coś, co ktoś robiłby w ramach wolontariatu, a gdyby robił to sam postulator, to nie starczyłoby mu życia. Więc wymaga to znacznie większego zaangażowania.

BW: Wrócę do tematu przedstawień świętych. Były one silnie powiązane z kulturą, w której żyli. Mieliśmy herosów, męczenników, postacie, które walczyły ze smokiem. Obecnie jesteśmy w momencie, w którym ciało bł. Carla Acutisa jest ubrane w… dres. Powiedz kilka słów na ten temat. Postrzegasz to jako dobry kierunek? Święty w dresie sportowym jest czymś nowym.

Ks. DT: Rzeczywiście, sytuacja jest szczególna. Jego ciało jest ubrane, ale w relikwie drugiego stopnia, dlatego że mama Antonia przekazała ubrania, które nosił za życia. Więc on jest ubrany w swoje rzeczy. Powiedzmy, że generalnie wszystkich świeckich chowa się w eleganckim ubraniu: w garniturze, garsonce, sukience. To zrozumiałe, jest to wyraz pewnego szacunku i kultury. Chociaż wielu ludzi oburza strój Carla Acutisa, to ja naprawdę rozumiem taki wybór. Istnieje ryzyko sprowadzenia świętości wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych. A tak szczerze to i Matka Boża gotowała obiad, mogła też karmić kury. Jeśli zamkniemy świętość tylko w czymś eleganckim, wybranym, to oczywiście to jest prawda, ale niepełna. Świętość się rodzi w codzienności. Święty jest świętym nie tylko od święta, ale jest nim, bo całe jego życie było święte.

Mamy wizerunki św. Józefa ubranego w strój roboczy, fartuch. U nas w katedrze jest figura barokowa przedstawiająca Józefa trzymającego kosz z narzędziami. Nie jest tylko z lilią i Jezusem, czyli symboliczno-mistycznie, ale trzyma kosz, w którym są młotek, obcęgi – idzie do pracy. I takich obrazów też potrzebujemy. Ja myślę, że to nie jest tak, że mamy tendencję wypierania jednej hagiografii przez drugą, a bardziej wydaje mi się, że one się uzupełniają. Jest potrzeba obrazów z Carlem Acutisem ikonograficznie, ale też potrzeba nowych wizerunków. Większość świętych to osoby konsekrowane, pokazuje się je w sposób dostojny. Ale jeśli ktoś jest świeckim nastolatkiem, to w co go ubrać? W komeżkę, w albę? Większość zdjęć, które się po nim zachowały, wcale nie przedstawia go w galowym stroju. Nowość ikonografii polega na zmianie kontekstu patrzenia. Mamy zdjęcia, materiały, coś, czego poprzednie wieki nie miały. Widzimy codzienność świętych, która jest uchwycona. Tego wcześniej nie było.

BW: Moje ostatnie pytanie: czy masz jakieś filmy, książki, nie tylko o pojedynczych świętych, a o świętości jako zjawisku, które mógłbyś polecić na początku drogi poznawania spraw związanych z życiorysami świętych?

Ks. DT: O książki może być trudno, bo żyjemy w społeczeństwie, które mało czyta. Mogę polecić filmy, chociaż nie ukrywajmy, one bywają słabej jakości. Mimo to polecę jeden film. Chociaż jest jaki jest, to mnie zawsze porusza, po tym filmie zawsze przez kilka godzin czuję się lepszy: Don Bosco. Kiedy mam doła, gdy jest mi źle, gdy czuję, że jestem do kitu księdzem, to uruchamiam ten film i myślę: „Boże, jak bym chciał być jak on”.

BW: Ja polecam, może nie podnoszący na duchu na film, ale książkę. Niejednoznaczną. Święty Gábora Thurzó. To trochę dramat polityczny, opowieść o Kościele, także o pracy postulatora. Refleksja nad tym, czy młody węgierski kleryk był świętym, czy jego życiorys był potrzebny zakonowi do zbudowania pewnej renomy. Brzmi kontrowersyjnie, ale to pozycja głęboka, bo zadaje ważne pytania. Opowieść oparta na faktach, wpadła mi w ręce całkowicie przypadkiem w bibliotece.

Ks. DT: Jest też bardzo dobra książka opisująca zmiany w procesach kanonizacyjnych pt. Fabryka świętych. Właśnie w niej jest ukazane, dlaczego były zmiany w procesach, z jakiego powodu stara formuła prowadzenia procesów się wyczerpała.

Zdjęcie miniatury pochodzi z fotosu podziękowania z serii Zainspiruj się świętością.
Zdjęcie główne pochodzi z profilu ks. Dawida na Fb.

Zapraszamy serdecznie to wspólnej wędrówki śladami świętych i błogosławionych na Via Sanctorum.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.