adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Kryzys duchowieństwa to kryzys edukacji

magazine cover

unsplash.com

Czy nasi księża są za mało konserwatywni? A może inaczej, za mało otwarci? A może jednak problem leży zupełnie gdzie indziej? O tym w naszej krótkiej, szczerej rozmowie.

Marceli Hejwowski: Zacznijmy od podstawowego pytania, którym tym razem nie będzie ryż czy ziemniaczki, ale: zakonnik czy świecki ksiądz? Którego bardziej potrzebuje obecnie świat? Konkretniej, przy obecnych problemach społecznych, jakie mamy w Polsce, czy bardziej potrzebujemy nowych klasztorów, czy więcej powołań do seminariów diecezjalnych?

Marcin Worek: Z przekąsem i pewną dozą złośliwości odpowiem, że ani jednego, ani drugiego. Nie zrozum mnie źle – zarówno bogate życie zakonne, jak i wysoki poziom seminariów to zupełne podstawy funkcjonowania instytucji religijnej Kościoła. W mojej ocenie jednak fundamentalnym problemem, z jakim dzisiaj mierzy się Kościół, nie jest tylko niedobór powołań czy też klasztorów. Kryzys duchowieństwa w dużej mierze zasadza się na leciwej edukacji religijnej. To oraz taka ogólna, duszna poniekąd atmosfera niewiary panująca w kulturze cywilizacji zachodniej generuje całą gamę problemów.

MH: Czyli, innymi słowy, potrzebna jest zmiana edukacji? Chciałbyś odejścia od klasycznych seminariów na rzecz bardziej otwartego nauczania? Mówi się czasem o takim modelu, w którym klerycy co prawda żyją razem, w jakichś kolegiach itd., ale chodzą na różne przedmioty na uniwersytetach. Wychodzą edukować się do świata, a nie siedzą w zamkniętej, szklarnianej atmosferze seminarium.

MW: Otwartość edukacji to jest pierwszy i chyba najłatwiejszy sposób jakiegoś zaradzenia tej kwestii. Odkąd pamiętam, kapłani o bardziej „światowym” profilu prezentowali o wiele wyższy poziom merytoryczny oraz osobowościowy. To oklepane, ale podróże rzeczywiście kształcą. W ogóle poznawanie ludzi i przebywanie z nimi kształci. Nemo dat quod non habet – nikt nie da czegoś, czego nie ma. Warto też pamiętać, że obecny Kościół nadal jest toczony przez korupcję na szczeblach administracyjnych, więc gdy ubóstwo intelektualne i duchowe zaczyna rządzić w seminariach, to z automatu po kilku pokoleniach mamy to, co mamy.

MH: To prawda, widziałem to w świecie, z którym miałem nieco do czynienia – ruchu szensztackim. Zarówno wśród księży, jak i sióstr, formacja zakłada odbycie sporej jej części w innych krajach. Nowicjat za granicą, często też studia za granicą – zwykle w różnych krajach. Widać wtedy znacznie szersze spojrzenie na różne problemy Kościoła. Bo Kościół jest różnorodny.

Jednym z problemów Kościoła w Polsce jest – analogiczne do problemu ogólnospołecznego – osadzenie w przeszłości, rozumiane negatywnie. Homo sovieticus. I wynikający z tego mental oparty na „sztamie” w ramach „firmy”: krycie swoich, pranie brudów w swoim gronie lub raczej nie pranie, a kumulowanie stert w koszach na brudy.

MW: Wiele osób dzisiaj zresztą o tym zapomina, że znaczącą rolę w psuciu Kościoła odegrali też jego przeciwnicy. Tak zwany marsz przez instytucje to nie wynalazek postmodernistycznej lewicy. Na nasze nieszczęście Związek Radziecki podjął się karkołomnego zadania co najmniej nadkruszenia fundamentów katolicyzmu i w jakimś sensie mu się to udało.

MH: Co masz na myśli? Oczywiście znamy metody naszej rodzimej bezpieki stosującej szantaż finansowy bądź obyczajowy. Ale niewiele się mówi o samym wpływie ZSRR.

MW: Chodzi o to, że służby specjalne ZSRR prężnie pracowały swoimi agentami, mniej lub bardziej skutecznie infiltrując zakony, seminaria i wspólnoty duchowe. I to nie chodzi o jakieś tam nudne lata PRL-u (choć nasza komuna też swoje trzy grosze dołożyła), ale jeszcze okres przedwojenny. Sowieci od początku wiedzieli, kto jest ich wrogiem i jak należy działać. Byli wyjątkowo przewrotnymi manipulantami. Dzisiaj te pokrętne praktyki to nic nowego – to się szczególnie tyczy mediów, gdzie niczym nowym nie są czarny PR, kampanie obsmarowujące oraz wyciąganie jakichś brudów, ale tylko wtedy, gdy to jest wygodne w ramach przyjętego modus operandi.

MH: To widać, kiedy spojrzymy na sprawę seksualnych przestępstw (jestem przeciwnikiem używania sformułowania „nadużycia seksualne”, to bardzo źle brzmi i wypacza charakter tego zjawiska). Afery wybuchają cyklicznie i pojedynczo, od lat. Oczywiście hierarchia już dawno mogłaby się z tym uporać, przeprowadzając lustrację, otwierając akta przed specjalną komisją itd. To jednak wydaje się niemożliwe ze względu na postsowiecką mentalność.

W jaki sposób moglibyśmy zmienić sytuację w Polsce? Co trzeba by zrobić, żeby odbudować Kościół osadzony w tradycji, ale śmiało odpowiadający na wyzwania nowoczesności? Obecnie widzimy raczej pseudokonserwatyzm i pseudonowoczesność, oba nurty są destrukcyjne dla polskiego Kościoła.

Zobacz też:   Po Namyśle: A jednak… nie spłonął

MW: Widzisz, w tym też względzie istotna byłaby obrona wielobiegunowa. Po pierwsze to, co już ustaliliśmy – czyli otwarcie seminarzystów na wysiłki intelektualne w całej Europie, a może nawet świecie. Istnieje wiele porządnych uniwersytetów i współcześni kapłani bardzo ich potrzebują. Po drugie istotnym aspektem tego przedsięwzięcia jest skuteczne wywietrzenie całego tego skisłego powietrza, rozlicznych nadużyć, tuszowania a to homoseksualizmu, a to pedofilii, a to znów jakiegoś molestowania młodych kleryków przez jakąś zdegenerowaną moralnie grupkę starszych.

MH: Ktoś by mógł powiedzieć, że nie stać nas na rozesłanie seminarzystów po różnych częściach globu. Jednakże sądzę, że można by funduszami w naszym Kościele zarządzać znacznie lepiej. Zrezygnować chociażby z natłoku różnych mediów diecezjalnych, postawić na mniej mediów, ale jakościowych. Solidniej rozplanowywać różne zbiórki. Przestawić finansowe akcenty. Koszta początkowo byłyby duże, ryzyko byłoby spore, ale jestem zdania, że z czasem to by przyniosło owoce. Również pieniężne – uważam, że zawsze dobre duszpasterstwo będzie na siebie godziwie zarabiać.

A co do tych afer – czemu nie mamy wyraźnego sprzeciwu „młodych” wobec „starych”? Dlaczego tak wiele już generacji duchownych tkwi w milczeniu?

MW: Ja w tym też widzę jakiś mechanizm psychologiczny, wiesz? To taki rodzaj miękkiego syndromu sztokholmskiego. Niby ten kochanek bije, no ale jednak jest słodziutkim misiem-pysiem. Normalną (tzn. taką, której teraz nie mamy) reakcją człowieka molestowanego, skrzywdzonego – nieważne przez kogo: przełożonego czy kolegę z roku – jest natychmiastowe zgłoszenie takiej sprawy. Przełożeni oraz klerycy będą się często zasłaniali ślubami posłuszeństwa, ale na nic z takim posłuszeństwem, bo to tylko parodia niegdyś pobożnego ultramontanizmu.

MH: Przypomina mi się, co mówił o tym śp. ks. Isakowicz-Zaleski. Zagajony o kwestię tego, iż seminarzyści są coraz starsi, później wstępują do seminarium, mówił, że to zjawisko pozytywne. Że lepiej, żeby do struktur dostawali się ludzie, którzy mają doświadczenie w pracy, na studiach, są dojrzalsi emocjonalnie. Trudniej będzie ich złamać, skorumpować.

Też myślę, że to dobry pomysł. Dać wymóg, przed przystąpieniem do formacji, podjęcia roku pracy gdzieś, odbycia jakichś studiów (przynajmniej licencjackich), wolontariatu za granicą itp. Przede wszystkim jednak trzeba zadbać o to, by młodzi kierujący swe kroki w stronę duchowieństwa byli solidnie uformowani. Najważniejszym elementem tej dojrzałości do formacji powinna być chęć odkrywania prawdy i Prawdy. Chrystusa, który jest Prawdą, ale też prawdy jako takiej – żeby mieć odpowiedni kręgosłup moralny, być sprawiedliwym, trzeba być otwartym na prawdę.

MW: Musimy też pamiętać, że rozwiązania systemowe nie zawsze są… rozwiązaniem. My często popadamy w taką manię kontroli, szukamy błędów i nieścisłości, które popełniono, tak jakby świat działał wyłącznie deterministycznie. Ludzie są istotami z jakąś mniejszą lub większą dozą wolności – mniejszą, jak ktoś ją np. zaprzeda. Ale nawet w tej perspektywie zaprzedanej wolności nadal zachodzi jakaś swoboda działania i decyzyjność. Wygodnie jest powiedzieć, że wszystko, co złe, jest takie ze względu na „czynnik ludzki”, dlatego nie nadużywajmy tego sformułowania. Tym niemniej nie ma co ukrywać, że pewne rzeczy mają miejsce, bo ludzie Kościoła podejmują takie, a nie inne decyzje. Ktoś by powiedział: no dobrze, ale to może dało się uniknąć tego, że np. świadek znający sprawę lawendowej mafii niczego nie zgłosił? Tylko skąd wiemy, czego się dało uniknąć, a czego się nie dało? Jeśli dana osoba się uprze i uzna, że jej taktyką przetrwania w miejskiej dżungli jest siedzenie cicho i udawanie, że nie ma problemu – to nic nie da się z tym zrobić poza przekonywaniem, a i to czasem jest niemożliwe.

MW: Nie chcę być źle zrozumiany – wszystkie te aspekty pracy u podstaw są kluczowe. Tym bardziej musimy być świadomi tego, że nie tylko ludzie są graczami w tej wielkiej… chciałem powiedzieć wojnie, ale jakoś tak oklepanie to brzmi. W każdym razie wpływ rzeczywistości duchowej nie pozostaje bez echa, dlatego tak ważna jest wiara, modlitwa i życie w prawdzie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.