adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Katolicyzm po nawróceniu

magazine cover

pexels.com

Początkowa euforia przeminęła, a emocje opadły. Pozostała rutyna życia codziennego. Czy w takiej atmosferze wiara religijna jest możliwa? A może to już rodzaj utraty wiary? Skażenie acedią – czyli apatią duchową?

Jak niektórzy zauważają, nie ma nic bardziej szkodliwego niż acedia. Według Ewagriusza z Pontu jest to rodzaj marazmu duchowego przepełnionego znużeniem, goryczą oraz obojętnością. To stan, w którym niechęć zostaje poprzedzona poczuciem braku czegoś, czego się pragnie, a czego się nie posiada (Neścior L. OMI, Osiem namiętności w nauce Ewagriusza z Pontu [w:] warszawa.oblaci.pl). Na myśl przychodzi nam od razu Bóg – ktoś się nawrócił, chciałby już dosięgnąć Boga, a jednak nie może. Przeżywa z tego powodu pustkę, której wtóruje zniechęcenie.

Tylko czy na pewno coś tak prozaicznego jak chwilowe zmęczenie rutyną automatycznie należy podciągać pod acedię? Warto zauważyć, że wiara religijna jest strukturą dynamiczną. Podlega nieustannej transformacji w miarę ewolucji życia wewnętrznego danej osoby. W związku z tym nieuniknione stają się stany zarówno euforii (pocieszenia), jak i bierności (przygnębienia duchowego). Święty Ignacy Loyola zauważa, że pocieszenia i przygnębienia w życiu religijnym są integralną część rozwoju duchowego. Wobec tego osoba wierząca musi nauczyć się prawidłowo przeżywać stany radości i smutku.

Nie należy też nadmiernie – w mojej ocenie – popadać w skrupuły i odczytywać każdej nieprzyjemnej zmiany w dynamice psychiki w świetle duchowości. Do odczuwania smutku, znużenia czy obojętności niepotrzebny jest ani Bóg, ani zły duch. To właściwości ludzkiego mózgu często kierują nas na tory konkretnych emocji, które przeżywamy. I choć obecność Stwórcy w naszym życiu jest nieustająca, to nie zmienia to faktu, że dobry Bóg dał swojemu stworzeniu autonomię nie tylko w kwestii podejmowania decyzji, lecz także – jak zauważa m.in. ks. prof. Marek Słomka w książce Działanie Boga w świecie (2018) – na poziomie metafizycznym.

Czy katolik może się nudzić?

Nie da się ukryć, że o katolikach krąży stereotyp, w ramach którego przedstawia się ich jako grupę przesiąkniętą do szpiku kości purytanizmem i skrupulanctwem. Maluje to obraz sfrustrowanych, przytłoczonych obowiązkami wierzących, którzy – mówiąc kolokwialnie – nie potrafią się zrelaksować i dobrze bawić.

Jak to bywa ze stereotypami, tak i ten nieuchronnie przeniknął do mentalności tych, o których on jest. W efekcie wierzący niekiedy ganią sami siebie za brak entuzjazmu, znudzenie czy marazm w życiu duchowym. Jest to jednak pomyłka, która szkodzi rozpoznawaniu prawdziwych, niekiedy zawinionych problemów duchowych. Chociażby taka acedia – nietrudno ją pomylić ze zwyczajnym zmęczeniem. Jednak gdy to już się stanie, osoba obciążona złym samopoczuciem czy nieprzyjemnymi przeżyciami emocjonalnymi będzie tym bardziej obwiniała się za swoje rzekome złe postępowanie. Tymczasem problem może leżeć całkiem gdzie indziej, np. w prozaicznym przepracowaniu. W związku z powyższym – jak wskazuje ks. Mike Schmitz z kanału YouTube Ascension Presents – w życiu duchowym warto niekiedy umieć powiedzieć „stop!” (Schmitz M., The Truth Is, You’re Spiritually Burnt and Want to Quit [w:] youtube.com).

Czy katolicyzm to tylko obowiązki?

Etyka obowiązku bardzo mocno przeniknęła do etosu życia chrześcijańskiego. Czy jednak zawsze tak było? Znów – odpowiedź nie jest tak jednoznaczna. Doktor Michael Jones w jednym z wideoesejów youtube’owych udowadnia, że nowotestamentowa myśl filozoficzna sięga korzeniami do tzw. etyki cnót (Jones M., Christian Virtue Ethics [w:] youtube.com). Koncepcja ta, ukuta przez Arystotelesa, proponowała, by człowiek – zamiast poszukiwać ogromu zasad życiowych – skupił się przede wszystkim na budowie dobrych nawyków i wykształcaniu szlachetnego charakteru. W skrócie – Arystoteles nawoływał do nieustannej transformacji uzdalniającej człowieka do dobrych uczynków, nie zaś do podążania za mnóstwem zasad i dewiz. Myśl Stagiryty była koniec końców zachętą do poznania źródła moralności, zamiast tylko powierzchownego przestrzegania prawa w strachu przed odpowiedzialnością.

Nie ulega jednak wątpliwości, że chrześcijaństwo jest wypełnione różnego rodzaju nakazami i rozlicznymi zasadami regulującymi życie religijne. Czy nie dałoby się zaprzestać tych regulacji na rzecz afirmacji głębokiego namysłu intelektualnego zaproponowanego przez Arystotelesa? Niestety nie. Jak zauważa Arystoteles, niektórzy ludzie żyją w sposób prawy jedynie dzięki strachowi przed prawem. Chrystus nie przyszedł budować Kościoła na strachu. Niemniej jednak zbudował go m.in. w oparciu o filar posłuszeństwa.

Zobacz też:   Pancasila – pięć filarów państwa indonezyjskiego

Posłuszeństwo wobec zasad proponowanych przez Kościół w takim świetle nie wynika z naiwnego autorytaryzmu kościelnego, ale głęboko zakorzenionego przekonania, że poprzez zasady życia religijnego i moralnego człowiek wzrasta, stopniowo dojrzewając do cnotliwego życia. W rozumieniu Kościoła posłuszeństwo wobec powinności moralnych nie służy tłamszeniu życia osobowego wierzących, ale przeprowadzeniu ich przez określone poziomy transformacji duchowej. Nie od razu bowiem przychodzi człowiekowi zrozumienie istoty Prawa. Żeby zaczerpnąć z Prawa przez duże „P” (którym przecież jest sam Chrystus), potrzebujemy prawa przez małe „p”. Wobec tego życie w zgodzie z Kościołem jest tak samo ważne jak filozoficzne odkrywanie prawdy o tym, do czego tak faktycznie prowadzi życie chrześcijańskie.

Jak robić, żeby się nie narobić, ale zarobić?

Ksiądz Mike Schmitz zauważa, że nasze życie chrześcijańskie zasadza się na trzech filarach: relacji z Bogiem, tożsamości nas samych oraz misji (Schmitz M., The Truth Is, You’re Spiritually Burnt and Want to Quit [w:] youtube.com). Dzięki praktyce duchowej budujemy naszą relację ze Stwórcą. Pielęgnując własną tożsamość, pamiętamy o tym, kim jesteśmy, do czego dążymy i jakie mamy możliwości. Szukając zaś misji, wypełniamy wolę Absolutu w swoim własnym życiu.

O zmęczeniu w życiu duchowym często można mówić w sytuacji, w której osoba niedawno jeszcze nawrócona przeżywa marazm wynikający z przytłoczenia nowymi obowiązkami. Niekiedy wciąż jeszcze żywo doświadcza emocji związanych ze swoim nawróceniem. A ponieważ dotyka ją już nudna codzienność, to zaczynają się w niej budzić obawy, jakoby robiła coś niewłaściwie. Zamiast jednak rozpoznać to, że niechęć i pragnienie porzucenia coraz to nowych praktyk duchowych są w rzeczywistości wołaniem umysłu o chwilę ciszy, taka osoba zadręcza się intensyfikowaniem ćwiczeń duchowych. W konsekwencji prowadzi to do wypalenia religijnego.

Schmitz wskazuje zaś, że warto rozpoznać nie tylko moment, w którym powiemy Bogu „tak!”, lecz także chwilę, kiedy Bóg pragnie, byśmy powiedzieli sami sobie „stop!”. Umiejętne pokierowanie własnym życiem duchowym nie należy do zadań łatwych. Tym bardziej nie zależy zapominać o zdrowym rozsądku również wobec czegoś tak istotnego jak relacja ze Stwórcą. Warto zadawać sobie takie niewygodne pytania: „Czy ta praktyka duchowa przybliża mnie do Boga, czy tylko denerwuje i sprawia, że tym bardziej zaczynam mieć dość tego wszystkiego?”.

Nie należy zamiatać pod dywan takich obaw i udawać, że nie są one problemem. Jeśli doświadczamy wewnętrznego rozdarcia, należy je rozwiązać poprzez rozpoznanie, w czym tkwi problem, a następnie jego usunięcie. Jeśli kogoś dręczy fakt, że ze względu na dodatkowe praktyki duchowe zaczyna zaniedbywać swoje życie rodzinne i zawodowe, to może czas zreformować owe praktyki tak, by stały się one częścią całego życia, jakie prowadzimy? Jeżeli regularne spotkania z jakąś wspólnotą są dla kogoś przyczyną frustracji i sporów ze społecznością, to może jest to dobry czas, by odpocząć od grupy, dać sobie czas i zrozumieć przyczynę problemu?

Ostatecznie bowiem życie duchowe to nie łąka usłana kwiatami. Ono jest dokładnie takie samo jak cała reszta naszego życia – czasem wesołe, czasem smutne, niekiedy nudne, a innym razem ciekawe i ekscytujące. Bywa, że budzi w nas szczery zawód i złość, a innym razem inspiruje. Nawracając się, nie należy oczekiwać, że charakterystyczne trudy ludzkiej egzystencji znikną wraz z wiarą religijną. Chrystus nie przyszedł zbawić nas od trudów życia. Jego misją było i jest otwierać nam bramy niebios, być dla każdego z nas mostem. Życie chrześcijańskie nie polega na beztrosce, ale na odważnym przechodzeniu przez egzystencję przepełnioną rozlicznymi troskami. Szczęście chrześcijanina nie będzie więc oparte o brak cierpienia, tylko o specyficzne przeżywanie go w jedności z Bogiem.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.