adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Społeczeństwo

Jak uwierzyć, że w rytuałach jest życie? Wywiad z dr. Pawłem Gradem – cz. 2

Widoczny w katolickim świecie resentyment do różnorakich form w życiu religijnym oraz ich relacja do „treści” religii i wiary były tematem pierwszej części rozmowy z dr. Pawłem Gradem – członkiem redakcji „Christianitas”, filozofem zainteresowanym epistemologią, a także filozofią języka i religii. Mogłoby się wydawać, że poruszone poprzednio zagadnienia stwarzają wrażenie nieco abstrakcyjnych. Sądzę zatem, że warto byłoby wprowadzić do nich trochę życia. O ile sceptycy – powołując się na cytowanego ostatnio św. Pawła – sądziliby, że rytuały niosą ze sobą skostnienie i śmierć, mój rozmówca wskaże, że nic bardziej mylnego. O tym, jakie praktyczne znaczenie ma dbanie o formy religijne dla życia wiary, jak odnawiać swoje motywacje w zachowywaniu rytuałów, a wreszcie, jak nie utracić w tym wszystkim czegoś bardzo ważnego – w drugiej części naszej rozmowy.

Piotr Ulrich: Mówiąc o formach wyrażania wiary, warto poruszyć także temat ich wyboru. Gdy ktoś nie ma do form zewnętrznych zupełnego resentymentu, twierdzi, że formy może i są konieczne, ale są takie, które nie są niezbędne. Słyszałem nieraz tezę – zazwyczaj w odniesieniu do liturgii – że istnieją formy jedynie powierzchowne i z tego względu można przejawiać do nich stosunek w jakiś sposób lekceważący, bo to co najwyżej gesty „pomocnicze”. Jak to widzisz?

Dr Paweł Grad: Póki co kult katolicki regulowany jest za pomocą ksiąg liturgicznych i dokumentów, które mają status prawa. To prawo jedne działania nakazuje, innych zakazuje, a w pewnych okolicznościach decyzję o wyborze jeszcze innych zostawia celebransowi. Z tego jednak, że coś jest „niekoniecznie” (w tym sensie, że jest pozostawione naszej decyzji), nie wynika, że nie jest istotne i cenne.

To jednak nie wszystko. Prawo liturgii, przez takie właśnie konkretne regulacje, chroni ducha i cel liturgii, którymi jest, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, oddanie chwały Bogu. Można więc zadać Twoje pytanie tak: czy jest absolutnie konieczne to, aby zachować pewne określone formy, bo inaczej Pan Bóg nie zostanie uczczony w sposób godny? Wydaje mi się, że takiej konieczności w wielu przypadkach nie ma, ale nic w tym dziwnego. Jest wiele bardzo ważnych spraw w ludzkim życiu, które nie muszą się wydarzyć. Przełóżmy to na relację z ukochaną osobą. Mało jest takich gestów, które musiałbym wykonać w tym konkretnym momencie, bo jeśli ich nie wykonam, to będzie to znaczyło, że tej ważnej dla mnie osoby nie kocham. Nie znaczy to jednak, że możemy powiedzieć sobie: „formy te nie są konieczne, więc są dowolne, a skoro tak, to możemy odrzucić je bez poczucia, że tracimy coś ważnego”. Na tym polega cała delikatność tej materii: wiele spraw może być tu „niekoniecznych”, ale żadna nie jest bez wielkiego znaczenia.

Zwrócił na to uwagę brytyjski socjolog religii Kieran Flanagan. Zauważył on, że specyfika życia liturgicznego polega właśnie na tym, że z jednej strony jest ono w pewien sposób przygodne – zwłaszcza wykształcony liturgista dostrzeże, że gesty liturgiczne wynikają z określonego historycznego kontekstu. Historia zaś jest przygodna i gdyby poszczególne wydarzenia potoczyły się inaczej, moglibyśmy dziś w liturgii wykonywać gesty zupełnie inne. Rytuał żydowskiej Paschy mógł być inny; nasz rytuał, także mszy świętej, również mógł być inny. Z drugiej strony jednak ktoś obdarzony zmysłem liturgicznym wie, że modyfikacje nawet drobnych, przygodnych rzeczy mogą zmienić bardzo dużo w sensie, w treści rytuału. Wówczas stanie się on czymś innym, czego byśmy nie chcieli.

Powiedziałbym, że istnieją więc bardzo dobre powody, aby, pamiętając o przygodności i kruchości życia liturgicznego, widzieć w nim ogromną wartość. Rytuały religijne nie są konieczne w takim sensie, w jakim z konieczności dwa plus dwa daje cztery albo woda z konieczności wrze w stu stopniach Celsjusza. Odprawianie rytuałów nie polega jednak na tym, że gotujemy wodę, by zawrzała. Działanie liturgiczne są bardziej złożone i w pewnym sensie bardziej przygodne, ale nie oznacza to, że możemy swobodnie poszukiwać alternatywnych form kultu.

PU: Zainteresowało mnie odniesienie do relacji z bliską osobą, że zaniedbywanie konkretnych form dbania o relację prowadzi do zaniedbania treści…

PG: Tak, po prostu do zaniedbania relacji.

PU: A czy z drugiej strony może być tak, że ktoś, pielęgnując formy zewnętrzne w relacji, zatraci jej sedno? Np. mężczyzna przez pięćdziesiąt lat, wracając z pracy, kupuje swojej żonie drożdżówkę, a po tym czasie okazuje się, że o ile na początku kierowała nim dbałość o małżonkę, to ostatecznie stało się to dla niego jedynie przyzwyczajeniem. Tak też często przedstawiane są formy zewnętrzne w liturgii: jako przytoczony już „przerost formy nad treścią” w znaczeniu praktykowania jakichś form nie z wyższych pobudek, lecz po zatraceniu treści, którą te formy wyrażają. Dlatego też można spotkać się z propozycją skrajną – że, aby oczyścić naszą wiarę z tego rodzaju „wyrachowania”, powinniśmy porzucić większość form jako rzeczy niezrozumiałe i nieniosące ze sobą głębszej treści czy też takie, które doprowadziły nas do zatracenia relacji z Bogiem.

PG: Tak, istnieje takie zagrożenie. Życiu liturgicznemu grozi automatyzacja: grozi nam, że będziemy wstawali, klękali, otwierali modlitewnik, nasze wargi będą się poruszać, ale umysł będzie błąkał się gdzieś daleko. Taka sytuacja powinna być jednak powodem do odnowienia swojej gorliwości, a nie zmiany rytuału.

Zauważmy dwie rzeczy: po pierwsze, w samą liturgię wbudowane są mechanizmy przypominania nam o tym zagrożeniu. Na przykład w zakrystii wiszą specjalne modlitwy odmawiane przed sprawowaniem mszy – to może wydawać się nieco ironicznie, bo stanowi de facto kolejny rytuał. Kapłani modlą się w nich o godne, w tym również uważne i owocne sprawowanie liturgii. Podobnie czynią mnisi przed śpiewem oficjum.

Po drugie, rytuał religijny odprawiany mechanicznie, w odróżnieniu od kupowania drożdżówki z przyzwyczajenia, jest trudny do zniesienia. Akcja liturgiczna jest zbyt odległa od codziennych czynności, żebyśmy, biorąc w niej udział mechanicznie, mieli z tego jakąś przyjemność. Przeciwnie – wszystkie momenty, w których zdarzało mi się (niestety) modlić w sposób machinalny, wspominam jako momenty nudy i udręki. Natomiast w codziennych sytuacjach – np. w kazusie męża, który wymyśla sobie „mały rytuał”, a ten, najpierw motywowany miłością, później jest praktykowany z przyzwyczajenia – moim zdaniem łatwiej jest popaść w rutynę, nie odczuwając przy tym bólu. Są bowiem pewne formy gratyfikacji emocjonalnej, które kompensują nam brak dobrych intencji. W gestach czułości może chodzić o osiągnięcie lepszego samopoczucia wynikającego z wdzięczności drugiej osoby – a zatem nie o miłość, ale o zaspokojenie własnych potrzeb. W przypadku rytuału religijnego jest to dużo trudniejsze. Wydaje mi się, że gdy ktoś przystępuje do niego bez tej motywacji, to i tak trudno byłoby mu znaleźć w nim elementy karmiące ludzką próżność – jeżeli ów rytuał pozostaje teocentryczny. Oczywiście, jest to możliwe, również w przypadku kapłanów, którym może sprawiać przyjemność to, że są obserwowani przez ludzi. Jednak gdy szczera i pobożna motywacja ustaje, życie liturgiczne staje się mechaniczne i nieznośne. Litera bez ducha zabija.

Zobacz też:   Katolicyzm w cieniu atomowych grzybów

Sama nieprzyjemność wynikająca z mechanicznego wykonywania tych czynności od razu ostrzega, że coś jest nie tak i należałoby odnowić swoją motywację. Warto jednak zastrzec, że wydaje się, że są ludzie, dla których motywacje przywiązania np. do bardzo pięknej liturgii tradycyjnej są jedynie estetyczne i nawet gdyby to wszystko miało okazać się nieprawdziwe, dla nich byłoby to na tyle piękne, że chcieliby w tym wciąż uczestniczyć. Tu zagrożenie „faryzeizmem” jest bardziej realne, ponieważ szczególnie w pięknej liturgii istnieje pewien rodzaj bardzo przyziemnej, zmysłowej gratyfikacji, która może stępić odczucie prawdziwej słodyczy płynącej z uwielbienia Boga.

PU: Powiedziałeś wcześniej, że formy nie biorą się z znikąd. Czy ma jakieś znaczenie – abstrahując już od kategorii prawnych – tradycyjność zachowywanych form? Pytam również na kanwie wspomnianego wyżej wybiórczego podejścia do form religijnych: jeżeli są takie, które można zastosować dowolnie, a więc według uznania, czy warto, a może nawet trzeba dążyć wówczas do form bardziej tradycyjnych?

PG: Forma życia religijnego to bardzo złożona sprawa. Liczenie na to, że rytuał religijny może być dziełem jednego genialnego wynalazcy, a nie nawarstwionym bogactwem pokoleń, jest bardzo naiwne. Takim liturgicznym „genialnym wynalazcą” był Chrystus, ale to Chrystus, a nie my. W takim razie można przypuszczać, że w sferze liturgii lepiej od nowych wynalazków będą działać maszyny, które są dziełem pokoleń – jest w tym pewna mądrość. Niemniej uważam, że nawet jeśli z pragmatycznego punktu widzenia dobrze mieć co do zasady szacunek dla rzeczy dawnych i tradycyjnych, to ostatecznie wartość tradycji nie polega na tym, że przechowuje ona rzeczy stare, tylko na tym, że chroni wiecznie odnawiające się źródło życia. Dlatego jeśli ktoś uznaje, że warto skorzystać z form tradycyjnych, to raczej nie wynika to z abstrakcyjnej kalkulacji: „to jest tradycyjne, więc jest lepsze”. To przypadek, który oczywiście może się zdarzyć, ale sądzę, że w gruncie rzeczy jest dość abstrakcyjny. Bliższe realnemu doświadczeniu jest coś takiego, że przy spotkaniu z taką liturgią ludzie dostrzegają jakieś życie, coś, co może ich nasycić. Potem, gdy zastanawiają się, co tak ich pociąga, dochodzą do wniosku, że to forma, która dojrzewała przez wieki. Tak jak ze starym winem. Są osoby, które cenią stare wino tylko dlatego, że jest stare. Niemniej cenimy je za to, że jest pyszne.

PU: A co z formami tradycyjnymi, które mogą pozostawać obecnie niezrozumiałe? Czy przedstawiają jakąś obiektywną wartość dla człowieka, który subiektywnie nie potrafi ich odczytać?

PG: Jestem przekonany, że ludzka natura jest jedna. Jeśli zatem jakaś praktyka religijna miała wartość duchową ileś wieków temu, to dziś też ją ma. Co do zasady więc mogę odtworzyć tę „dawną” sytuację i wejść w taki kontakt z tą formą, aby również dla mnie była owocna. Zresztą każdy, kto naprawdę uczestniczył w rytuale religijnym, wie, że ma on zdolność znoszenia barier wynikających z dystansu historycznego.

Poza tym wiadomo, że świat liturgii nie jest niezorganizowanym układem zdarzeń religijnych, ale ma swoje centrum oraz peryferie. Są sakramenty, sakramentalia, formy pobożności ludowej… im bardziej odsuwamy się od źródła, tym bardziej powód do odtwarzania jakiejś być może niezrozumiałej formy będzie mniejszy. W każdym wypadku odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu warto angażować się w próbę zrozumienia takiej formy, zależy od tego, jak wielkie dobro duchowe ona przedstawia. Trudno formułować tu jakieś imperatywy życia liturgicznego, jednak wydaje mi się, że znajomość własnej tradycji liturgicznej w jej szczytowym wymiarze – liturgii mszy świętej – jest czymś bardzo cennym i zachęcam do tego każdego.

PU: Spytam tytułem podsumowania: w czym widziałbyś remedium na kryzys pojmowania form w religii, dzięki któremu mogłoby dojść do jakiegoś „pojednania” na tym gruncie?

PG: Odwołam się tu do osobistego doświadczenia. Tak się składa, że spędziłem w tym roku kilka miesięcy za Wielką Wodą, w USA. Gdy uczestniczyłem tam w życiu liturgicznym – w kilku diecezjach – uderzyło mnie duże przywiązanie do tradycyjnego ducha liturgii. Nie widziałem tam wiele samowoli liturgicznej, za to często spotykałem wierne podążanie za mszałem i ogólną dbałość o godną liturgię. W kilku miejscach widziałem, że celebrans wyraźnie czerpie z liturgii tradycyjnej, którą być może też odprawia. Zastanawiam się, z czego się to bierze. Co by nie mówić, nie jest to środowisko najbardziej przyjazne dla religii katolickiej, choć Stany Zjednoczone nie są też krajem najbardziej zsekularyzowanym.

No więc najwyraźniej tamtejsza kultura liturgiczna posiada to remedium na antyrytualizm. Ale z czego się je przyrządza? W kontekście amerykańskim bardzo ważne jest to, że katolicyzm jest tam jedną z wielu grup religijnych, i to nie większościową. Nie uważam oczywiście, że jest to stan, do którego należałoby świadomie dążyć – aby katolicyzm stał się opcją mniejszościową. To byłoby zaprzeczenie misji apostolskiej Kościoła, gdyby świadomie do tego zmierzał. Istotne jest tu jednak co innego. W byciu mniejszością chodzi o to, że dla człowieka staje się oczywiste, iż jego życie religijne jest czymś, co może stracić. Gdy przestaniesz jeździć długie kilometry do swojego kościoła, gdy przestaniesz posyłać dzieci do szkół katolickich, gdy przestaniesz się modlić, rozpłyniesz się w magmie, która cię otacza. Stracisz wiarę. Nie wiem, czy nazwałbym to poczuciem zagrożenia, ale tam świadomość, że życie katolickie to rzecz krucha, jest bardzo duża. To od razu stawia człowieka przed wyborem. Albo próbuje on cenić formę i żyć w niej, albo sobie ją „odpuszcza”, wiedząc, że coraz bardziej upodabnia się do osób niepodzielających jego wiary. Jeszcze raz okazuje się, że nie ma treści bez formy. To lekcja, którą należy odrobić również w Polsce, gdzie – przynajmniej nominalnie – katolicy stanowią większość. Nie należy zachowywać się jak spasiony duchowy kocur, ale trzeba uświadomić sobie, że utrata życia religijnego zaczyna się od uwiądu form życia liturgicznego. Formy te są kruche, a bez nich stracimy dostęp do rzeczy najcenniejszych.

PU: Czyli wracamy do tematu miłości i dbania o relację, która wciąż może się „posypać”…

PG: Jak najbardziej.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.