Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Historię piszą filmowcy

magazine cover

pixabay.com

Już na początku XX wieku różne totalitaryzmy skutecznie wykorzystywały umiejętności Leni Riefenstahl czy Siergieja Eisensteina do tworzenia swojej machiny propagandowej. Dziś, choć większość systemów jawnie totalitarnych odeszła w niepamięć, moc filmu nie zmalała.

Gdy jako rekonstruktor prowadziłem w szkołach warsztaty z historii średniowiecza, zdarzało mi się słyszeć zdanie typu: widziałem coś takiego w filmie lub grze. Cóż, kultura audiowizualna już od dawna włada naszym procesem poznawczym.

Cogito ergo sum – myślę, więc jestem. To stara filozoficzna maksyma pochodząca od Kartezjusza, według której fakt myślenia jest niepowtarzalny. A co za tym idzie, niepowtarzalne jest istnienie osoby myślącej. Dziś bardziej trafna mogłaby być fraza video ergo sum – widzę, więc jestem. Giovanni Sartori stworzył nawet pojęcie homo videns, dość krytycznie oceniające współczesnego człowieka. I choć teza filozofa, że tracimy swoje zdolności myślenia abstrakcyjnego, jest zbyt pesymistyczna i nie uwzględnia niezwykle licznych walorów współczesnej sztuki audiowizualnej, to w jednym zdecydowanie się sprawdza – współcześnie widz zaczyna czerpać swoją wiedzą o świecie z filmów i programów telewizyjnych. Czy to źle? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: to zależy… Bo filmy, podobnie jak książki, mogą sobie z historią radzić dobrze lub wręcz przeciwnie.

Niezwykła lekcja historii?

Ridley Scott, nominowany do Oscarów i Złotych Globów. Zdobywca nagrody specjalnej w Cannes. Twórca takich dzieł jak: Obcy, 8 pasażer Nostromo, Helikopter w ogniu, Gladiator. Jeden z najpopularniejszych współczesnych reżyserów. Każdy jego film jest oglądany przez miliony widzów na całym świecie. W jego dorobku znajduje się także kilka produkcji poruszających temat średniowiecza. Królestwo Niebieskie opowiada historię ostatnich lat Królestwa Jerozolimskiego za panowania Baldwina Trędowatego i Gwidona de Lusignan. Robin Hood to kolejna wersja opowieści o legendarnym angielskim łuczniku, przenosząca nas do Anglii początku XIII wieku. Pytanie brzmi: czy twórcy w ramach swoich opowieści pokazali na ekranie realia tamtej epoki, czy też pod płaszczykiem historyczności próbowali przekazać bardziej uwspółcześnioną treść?

Scott to jeden z tych reżyserów, którzy doskonale wiedzą, jak operować obrazem w filmie. Niemal wszystkie jego produkcje zachwycają swoją oprawą wizualną. Malownicze pejzaże, wykonana z dbałością o szczegóły scenografia i kostiumy, niesamowite zdjęcia. Wszystko to sprawia, że widz chętnie zanurza się w wykreowany przez twórcę świat. Niezależnie od tego, czy reżyser rzuca nas do starożytnego Rzymu, średniowiecznej Europy czy współczesnego Bliskiego Wschodu, ma się wrażenie, że to, co widzimy, istnieje lub istniało naprawdę.

Jednak przy dokładniejszym przyjrzeniu się, oko wprawnego widza jest w stanie dostrzec, że ta „historyczność” strony wizualnej jest bardziej stylizacją na daną epokę niż faktycznym odtwórstwem. Zazwyczaj sprowadza się do detali: a to ubiór bohatera będący raczej wariacją na temat kostiumów ze światów fantasy, a to dziwny model średniowiecznych łodzi desantowych, łudząco podobny do tych z operacji Overlord z 1944 roku.

Czasem są to jednak większe, choć pozornie nieistotne przeinaczenia, np. scena śmierci cesarza Kommodusa. Trudno też uznać za potencjalnie historyczne perypetie głównych bohaterów Królestwa Niebieskiego i Robin Hooda. W pierwszym z tych filmów grany przez Orlando Blooma Balian, kowal, okazuje się synem rycerza, krzyżowca z Ziemi Świętej. W wyniku licznych zawirowań losu bohater zostaje panem na zamku Ibelin, zyskuje przyjaźń króla Baldwina Trędowatego, ma romans z królową Sybillą i wreszcie broni Jerozolimy przed atakiem Saladyna. Bohater drugiego filmu, łucznik Robin z armii Ryszarda Lwie Serce skutecznie podszywa się pod rycerza (co byłoby niemożliwe choćby ze względu na sposób mówienia), a następnie walczy o ograniczenie praw króla na rzecz wszystkich poddanych. Dlaczego? Bo wszyscy ludzie powinni być równi wobec prawa. Krótko mówiąc, Robin Hood staje się bojownikiem o pewną formę demokracji w średniowieczu.

Z jednej strony to tylko licentia poetica i nie ma twórcy, który nie próbowałby kreować filmowego świata według swojej wyobraźni. W końcu kino to jedna z form tworzenia opowieści. Z drugiej strony, czy lekceważenie lub przetwarzanie niektórych faktów historycznych nie jest próbą reinterpretowania przeszłości? I czy ignorowanie pozornie nieistotnych elementów nie może prowadzić do przerabiania nieco bardziej kluczowych kwestii? Wszak kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy…

Zły chrześcijanin, dobry…

Zofia Kossak-Szczucka pisząc w pierwszej połowie XX wieku swoją trylogię o­ wyprawach krzyżowych, nie uciekała od tematów trudnych i niejednoznacznych, takich jak brutalne i­ szlachetne działania krzyżowców, polityczne zagrywki Bizancjum, heroizm i agresja muzułmanów. Także stworzeni przez nią bohaterowie nie są ani kryształowi, ani zepsuci do szpiku kości.

Współczesne kino zazwyczaj też nie przepada za bohaterami jednowymiarowymi, choć oczywiście dobrze jest, gdy sympatia widzów skłania się ku protagoniście. Dlatego zazwyczaj (choć oczywiście nie jest to reguła) główny bohater jest postacią pozytywną. Inaczej może być z osobami drugo- czy trzecioplanowymi. Twórcy mają duże pole do popisu przy wypełnianiu swojego świata przedstawionego.

Przenosząc nas w czasy średniowiecznej Europy i Bliskiego Wchodu, Ridley Scott także próbował przedstawić nam postacie z różnych kultur, stanów i kręgów kulturowych. Oglądając Królestwo Niebieskie odnosi się jednak wrażenie, że obraz poszczególnych osób oraz grup społecznych jest wyrazem pewnych sympatii i antypatii, co w ostateczności rzutuje na ostateczną wymowę filmu.

W Królestwie Niebieskim wyraźnie brakuje próby zagłębienia się w ówczesne realia polityczne i kulturowe. I choć wyraźny spór między pullanami (zabiegającymi o pokojowe relacje z Bizancjum i muzułmanami) a przybyłymi z Europy krzyżowcami (którym nazbyt często przyświecała chęć szybkiego wzbogacenia się) istniał faktycznie, o tyle motywacje poszczególnych grup są przedstawione w sposób niezwykle powierzchowny. Przedstawienie polityki wewnętrznej i zagranicznej Królestwa Jerozolimskiego sprowadzono do prostej opozycji „dobry-zły”.

Z tego braku zniuansowania wyłania się kolejny stronniczy obraz ówczesnej rzeczywistości, gdzie szlachetność i zbrodnia przeplatały się ze sobą na każdym kroku. Negatywnymi bohaterami całej opowieści są religijni fanatycy, którzy za główny cel obrali sobie wojnę totalną z niewiernymi. Na ich czele stoją przede wszystkim księża oraz zakony rycerskie z templariuszami na czele (do których nie wiedzieć czemu zaliczono Gerarda de Ridefort i Gwidona de Lusignan). Stanowią oni kontrast zarówno dla pokojowo usposobionych muzułmanów (a zwłaszcza Saladyna), jak i wcześniej wspomnianych pullanów, których reprezentują m.in. król Baldwin oraz, co oczywiste, Balian z Ibelinu, czyli główny bohater.

O ile przedstawienie antypatycznego, niepokornego i agresywnego Gerarda de Ridefort oraz lekceważącego moralne zasady patriarchy Herakliusza jest bliskie prawdy, o tyle pozostali bohaterowie są prezentowani w dużo jaśniejszych lub ciemniejszych barwach, niż wskazuje na to historia.

Nie inaczej jest z księżmi. Choć Ridley Scott przedstawia ich wady w sposób bardziej subtelny niż Wojciech Smarzowski w Klerze, to jednak ostateczny wizerunek kapłana jest mocno negatywny. Ksiądz z wioski Baliana, patriarcha Herakliusz, wędrowni kaznodzieje – to postacie wybitnie antypatyczne. Nie licząc jednego biskupa z początku filmu praktycznie nie ma żadnych księży stanowiących przeciwwagę dla tych, których moralność można uznać za wypaczoną.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku filmu Robin Hood. Tam także zbudowana jest silna opozycja (tak typowa dla legendy o tym łuczniku). Dobrzy są biedni wieśniacy. Źli – ci, którzy się na nich wzbogacają poprzez zbieranie podatków, czyli szeryf, książę Jan oraz… księża. Pozytywnym wyjątkiem od tych ostatnich jest tradycyjnie braciszek Tuck.

Czy zatem w tych filmach nie pojawiają się pozytywni, religijni katolicy? Owszem, pojawiają się. Jednak ma się wrażenie, że bohaterowie są o tyle dobrzy, o ile różnią się od zasad „narzucanych” przez Kościół.

Kościół wg Scotta

Z tego wszystkiego wyłania się raczej nieprzyjemny obraz Kościoła, pełnego zakłamanych, nietolerancyjnych ludzi. Nie ma co ukrywać – zarówno tysiąc lat temu, jak i teraz byli i są źli i dobrzy księża, żołnierze, robotnicy itp. Jednak czasami ma się wrażenie, że pozytywni bohaterowie są o tyle dobrzy, o ile przeciwstawiają się swoim zachowaniem zasadom religijnym.

Kościół katolicki sprowadzony jest do roli instytucji, która kieruje się bardzo przyziemnymi, wręcz groźnymi dla społeczności zasadami. Papież organizuje krucjaty, by zabijać niewiernych i zajmować ich ziemie. Biskupi i księża wespół z możnymi gnębią ubogich mieszkańców Anglii.

Taki wizerunek Kościoła bezpośrednio przekłada się także na sposób postrzegania przez widza epoki średniowiecza. W popkulturze wciąż dominują mity na temat rzekomego zacofania ludzi żyjących w tamtych czasach. A to, że obowiązywała nauka o płaskiej Ziemi, a to zacofanie technologiczne, a to brud na ulicach miast (tak jakby dzisiejsze czasy nie borykały się z niemal identycznymi problemami). Krótko mówiąc – średniowiecze, również dzięki Kościołowi, to okres całkowitego regresu myśli ludzkiej. Zarówno Królestwo Niebieskie, jak i Robin Hood wpisują się w tę retorykę.

Scott nie ogranicza się do eksponowania negatywnych zachowań poszczególnych osób ani nawet większych grup społecznych. Reżyser bezpośrednio krytykuje filozofię i teologię Kościoła katolickiego, a nawet każdą zorganizowaną formę religijności. Ridley Scott w Królestwie Niebieskim i Robin Hoodzie podkreśla sympatię wobec moralności i wiary wynikającej z osobistych przemyśleń poszczególnych postaci. Pozytywni bohaterowie odrzucają moralność wynikającą z czyichś odgórnych ustaleń. Krótko mówiąc – dobre jest to, co ja uważam za dobre.

Z tego powodu średniowieczni protagoniści filmów Scotta prezentują zazwyczaj którąś z następujących postaw: albo jest to religijny sceptycyzm, ocierający się momentami o areligijność, albo chrześcijaństwo w wydaniu niektórych denominacji protestanckich, dla których źródłem moralności jest każdy człowiek z osobna, albo pewnego rodzaju egalitaryzm religijny. Tym samym Kościół katolicki ze swoją hierarchią (którą odrzucają sami chrześcijanie) oraz konkretnym i precyzyjnym systemem moralnym nie może być traktowany jako coś pozytywnego.

Niezwykle wymowna scena śmierci Baldwina Trędowatego jest jasna. Konający król wyraźnie rezygnuje z możliwości spowiedzi, mówiąc patriarsze, iż wyspowiada się bezpośrednio Bogu. Pomijając ewentualną niechęć monarchy do tego konkretnego kapłana, wydaje się, że nie jest to postawa, którą mógł reprezentować chrześcijański władca Królestwa Jerozolimskiego.

I w całym tym narzekaniu nie chodzi o to, że Scott ośmiela się krytykować Kościół lub przedstawiać złych księży. Bynajmniej. Każdy świadomy widz z odrobiną wiedzy jest świadom tego, że ludzie byli, są i będą różni. Niezależnie od epoki, wyznawanej religii, majątku czy kraju pochodzenia. Zofia Kossak-Szczucka nie bała się obrazów fałszywych księży, pełnych hipokryzji chrześcijan. Ale w jej powieściach zawsze można było dostrzec coś więcej: że wypaczenie idei nie jest jej sednem, lecz przeciwieństwem.

Odpowiedzi zamiast pytań

Tymczasem Scott w dość jednostronny sposób podchodzi zarówno do Kościoła, jak i całego średniowiecza, i jest to podejście mocno krytyczne. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Z pewnością duży wpływ mają poglądy reżysera, który jest postacią bardzo negatywnie nastawioną do każdej religii, o czym wspominał w wywiadzie dla Esquire. Z tego powodu temat wiary i religijności bywa przedstawiany w sposób wypaczony, bez próby porządnego zaznajomienia się z tematem. Można krytykować wypaczenia ruchu krucjatowego, ale oderwanie ich od kontekstu historycznego prowadzi do zwykłego fałszowania historii, którą później oglądający ją widzowie uznają za prawdę.

Nie można powiedzieć, że kino nie dorosło do pokazywania tematów filozoficzno-egzystencjalnych. Wielokrotnie na ekranach pojawiały się produkcje zadające wiele trudnych pytań. Ridley Scott także próbuje stanąć w rzędzie filozofów kina. Problem w tym, że zbyt często udziela błędnych odpowiedzi.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.