adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Dzieckiem być w Kościele

magazine cover

pexels.com

Pan Jezus błogosławił dzieci, a nauczał dorosłych. Jak wygląda to w dzisiejszych czasach? Zazwyczaj dokładnie odwrotnie. Katechizujemy dzieci, a dorośli czasem gdzieś może przyjdą.

Dzieci w kościele niektórym przeszkadzają. Jedni próbują je jakoś zaangażować, a dla innych ich obecność nie ma większego znaczenia. A co powinny robić dzieci w Kościele? Czy mogą się angażować w życie wspólnoty parafialnej? 

Formacja w dziecięcym świecie

Nie piszę o tym bez powodu. Obserwuję od lat „od środka” wspólnotę dla dzieci. Zawsze odgórnie kładziono nacisk na wiedzę uczestniczek i ich zaangażowanie w życie Kościoła. Tematy spotkań są określone i każdy konspekt ma jakiś wzniosły cel. Nie mówię, że to złe, ale wszystko powinno mieć swój umiar. Dzieci, których rodzice jakoś bardziej angażują się w Kościele, są obeznane w wielu tematach, znają modlitwy, chodzą na nabożeństwa i wszędzie jest ich pełno. Niektórzy po solidnie prowadzonej katechezie szkolnej mają sporą wiedzę, a inni przychodzą na spotkania miło spędzić czas – zaśpiewać kilka piosenek, porysować, pobawić się. Czy któraś z tych grup jest lepsza? Nie, nic bardziej mylnego, bo wszyscy czegoś się od siebie uczą. Jednak przy uwzględnieniu zróżnicowanych potrzeby najmłodszych co tak naprawdę animator jest w stanie zrobić przez godzinę czy półtorej w tygodniu? Jak nie zrazić jednych i równocześnie nie pominąć potrzeb drugich? Dzieci mają mnóstwo zajęć pozalekcyjnych, dlaczego zatem mają wybrać akurat parafialną wspólnotę? Pytań jest mnóstwo, a z biegiem czasu mam wrażenie, że odpowiedzi coraz mniej. 

Level up, czyli dzieci uczą dzieci. Gdzie podziali się dorośli?

Dzieci są coraz starsze i mają zostać odpowiedzialnymi za grupę. Często swoją animatorską drogę zaczynają w siódmej, ósmej klasie. Co serwuje im wspólnota na kursie animatorskim? Testy ze znajomości mariologii, historii z Pisma Świętego, dat uroczystości maryjnych, dogmatów czy sanktuariów maryjnych. Czy ktoś, kto jest odpowiedzialny za prowadzenie wspólnoty parafialnej, musi mieć taką wiedzę? Być może. Przypominam tylko, że siódmoklasiści… to dalej są dzieci. Wymagamy od nich wiedzy, której nie mają nawet dorośli. Próbujemy nauczyć ich pisania konspektów spotkań, tak jakby nie mogli zrobić tego odpowiedzialni katecheci, siostry zakonne czy księża. Po co? 

Od jakiegoś czasu zachodzę w głowę, do czego to zmierza – jakie są i będą konsekwencje tak wysoko stawianych wymagań. Co dzieje się z tymi osobami, które pojechały na kurs animatorski i czegoś im zabrakło… wiedzy, doświadczenia, umiejętności wykonania dyżurów gospodarczych czy sprzątających albo czegokolwiek innego, czego oczekiwano od nich na szkoleniu. Czy ktoś, kto kończy podstawówkę, może być dobrym przykładem dla dzieci? Będąc w okresie dojrzewania? Czy dzisiejsza młodzież jest w stanie wziąć na barki tak wielką odpowiedzialność jak kształtowanie postaw młodszego pokolenia? 

Zobacz też:   Katecheza… i co dalej?

Młodym dziewczynom może chce się jeszcze angażować, ale nie zawsze potrafią sprostać stawianym wymaganiom, później przychodzi okres szkoły średniej i część dochodzi do wniosku, że swój czas trzeba poświęcić na naukę, a potem już biegną studia i praca. Co robią dalej młodzi w Kościele? Część urodziła dzieci jeszcze przed ślubem, inni gdzieś się pogubili, zmienili poglądy, a kolejni wiodą piękne życie w Kościele. Wiele osób zahaczyło się o kolejne wspólnoty parafialne i tak się to życie jakoś toczy. 

Rano, wieczór, we dnie, w nocy

Kolejny temat to wakacyjne rekolekcje dla dzieci i różne kadry prowadzących – złożone w części z animatorów, którzy uzyskali odpowiedni stopień. Jedni od rana do wieczora wplatają w plan dnia przeróżne modlitwy: różaniec, Anioł Pański, koronka do Bożego Miłosierdzia… Niektórym dzieciom to się nawet nie śniło, że można się tak dużo w ciągu dnia modlić. Tak jakby ktoś próbował nadrobić zaległości z ostatnich kilku lat. No i druga część prowadzących, którzy wiedzą, że dla tych dzieci to mają być wakacje. Mogą się zatem względnie wyspać i dobrze bawić, aby mieć miłe wspomnienia, które zostają na lata. Dokładnie tak – dobre wspomnienia. Te, za które można potem dalej być wdzięcznym, o czym pisałam w innym artykule.

Co dalej? 

Po co właściwie ten tekst? Bez wątpienia Kościół potrzebuje zmian w wielu obszarach. Chciałabym, żeby był on miejscem, do którego dzieci, później ludzie młodzi i dorośli, będą wracać. Żeby to nie było coś, co kojarzy się z wykuwaniem na pamięć dat historycznych, formułek, dogmatów czy jakąś traumą testów i innych wyzwań. Zdobywaniem wiedzy religijnej zajmuje się katecheza. Wspólnota parafialna powinna być miejscem, w którym człowiek się kształtuje, realizuje, rozwija talenty, gdzie ma za wzór jakieś starsze animatorki czy koleżanki, które żyją zwyczajnie, ale w tym życiu widać Boga. Swoim życiem pokazują, że Bóg jest. Tylko kto ma być tym przykładem? 

Zadam to pytanie po raz kolejny – gdzie podziali się dorośli? Gdzie są księża, którzy stronią od dziecięcych wspólnot, twierdząc, że to nie jest ich charyzmat? Może zamiast stawiać wygórowane wymagania dzieciom, trzeba w końcu wziąć odpowiedzialność, zrobić coś dla tych najmniejszych i pokazać, jak można żyć z Bogiem. Pan Jezus błogosławił dzieci, a nauczał dorosłych – nie odwracajmy tego porządku. Mamy tak żyć, aby ludzie pytali nas o Boga. Czy potrafimy tak żyć i spróbować być przykładem dla innych?

O autorze

Skończyła studia na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Interesuje się mediami i nowinki nie umykają jej uwadze. Szuka działania Boga w codziennym życiu, ciesząc się z drobiazgów. Radość sprawia jej posługa wśród dzieci i młodzieży.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.