adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Dojrzeć do własnego powołania

magazine cover

unsplash.com

Dojrzałość to bardzo ważne słowo. I w naszym języku nacechowane niezwykle pozytywnie. Jest między młodością a starością. Kojarzy się z doświadczeniem, świadomością i statecznością. To cechy, które są niezwykle cenne w dziennikarstwie, ale także w życiu duchowym. Jeśli skończymy jak pięćdziesięcioletnie duchowe i mentalne dzieci, nasze życie stanie się groteską.

Trudno patrzy się na umieranie i na starzenie się. To truizm. Ubywa sił, energii i motywacji. Ale jeszcze gorzej patrzy się na groteskowy kryzys wieku średniego, brak pogodzenia się z upływem czasu. Mężczyzn, którzy powinni być mentorami, czerpać z wiedzy swojej i innych.

Jednak niektórzy za wszelką cenę chcą zatrzymać czas, myśląc, że oszukają wszystkich wokoło. To groteskowy obraz: pięćdziesięciolatek, który w ubraniach odpowiednich dla młodego chłopaka stara się być sztucznie luźny, dostosowany, na topie. Chciałoby się powiedzieć, cytując mema: „How do you do, fellow kids?”.

Jeszcze bardziej żałosna sytuacja ma miejsce, gdy dojrzały metrykalnie człowiek jest mentalnym i duchowym dzieckiem. A takich nie brak. Ludzie, którzy mają wiedzę o polityce, ekonomii czy sporcie, pokazują swoją ignorancję i duchowe niewyrobienie raz po raz. Nie usprawiedliwia ich brak czasu. Mieli go aż nadto, by poznać ojców Kościoła, Tradycję, podstawy teologii, które są dostępne nawet dla laika. Wielu ludzi umiera, parafrazując św. Pawła, będąc jak dzieci, które muszą pić duchowe mleko i nie są gotowe na stały pokarm.

Ten obraz można przyrównać do dziennikarstwa i pisania o Kościele. To szczególne wyzwanie, ponieważ dziennikarz-katolik oprócz wymaganej etyki zawodowej czuje osąd swojego sumienia i kratek konfesjonału. I u kresu życia zda sprawę z tego, czy jego teksty miały dobrą jakość, jak widział swoje zawodowe zadania. Czy dostrzegał słabszych i zawsze stawał po stronie skrzywdzonych? A może wolał w imię ideologii, linii tego czy innego szefa, sponsora czy grupy wpływu przymykać oko, pudrować prawdę, naciągać fakty, oby tylko słupki wyświetleń skoczyły?

W tym nie ma żadnej przesady. Sobór Watykański II swój pierwszy chronologicznie tekst poświęcił środkom społecznego przekazu. To w Inter Mirifica ojcowie soboru wyrażają zdanie, że opinia publiczna ma historyczny wpływ na przekonywanie ludzi o dobru i złu, na nadawanie sprawom właściwego ciężaru. W tej optyce widzimy, że Paweł VI mówi: dziennikarstwo katolickie to nie tyle pisanie tekstów o tematyce religijnej. Nie w tym rzecz. To przekazywanie dobra i nadziei. Ponieważ ostatni sobór wyraźnie widzi w rozwoju katolickich czasopism misję.

Dlatego tak ważne jest, by katolickie media były świadome swojego miejsca w świecie i nie udawały tego, czym nie są. Nie muszą się wiecznie dostosowywać, nasłuchiwać każdego dźwięku świata i wszystkiego opierać na słupkach wyświetleń. Bo inaczej będą przypominać pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który ma doświadczenie, ale stara się robić dobrą minę do złej gry w stroju uszytym dla kogoś innego. To ryzyko, którego musi być świadome każde medium piszące o Kościele. Także „Adeste”.

Jeśli ktoś dumnie przypisuje sobie miano dziennikarza katolickiego, nie może być bardziej zaangażowany w mówienie o złu bez końca niż w krzewienie miłości. Nie powinien szukać okazji, by rozgrzać opinię publiczną skandalem tylko po to, żeby zarobić. To trudna misja, którą sobór stawia przed każdym katolickim dziennikarzem, wydawcą, reporterem. To powołanie do dawania ludziom nadziei, że prawda jest i da się ją odkryć. I to wezwanie do rachunku sumienia – mojego, jako redaktora naczelnego (bo każdy powinien bić się we własne piersi). Czy zawsze kierowałem redakcją według tych zasad i czy ludzie tworzący „Adeste” tak właśnie postrzegali misję tworzenia tekstów.

Zobacz też:   W imię Innosa

To także zobowiązanie dla czytelników. By sięgać po dobrą prasę, nie zamykać się w ideologicznej bańce, bo Kościół to nie partia czy grupa wpływu, ale sakrament zbawienia. Na krzyżu, nad głową Chrystusa, nie zawisła partyjna czy społeczna flaga ani nie został podpisany żaden manifest wojny kulturowej. Musimy o tym pamiętać: my, dziennikarze, i my, czytelnicy.

To misja, którą powinno spełniać „Adeste”. Ale nie tylko. Bo nie chodzi o wyjątkowość czy wmawianie, że tylko jedno medium jest sensowne i tylko ono wystarczy. Tworzenie ekskluzywizmu, „naszych mediów” i „ich mediów’’ w katolickim wydaniu jest niebezpieczne. Ojcowie soboru przekazują coś odwrotnego: współpracować, poszukiwać wspólnego dobra i niezależnie od redakcyjnej przynależności szukać prawdy.

Dlatego warto, byś zapytał dziś siebie, czy inne media oprócz „Adeste”, które śledzisz, szukają bardziej prawdy, czy może służą tylko do utwierdzania światopoglądu danej grupy społecznej lub politycznej? Chodzi o ukazanie rzeczywistości czy o brak dyskomfortu, który pojawia się za każdym razem, jak nasze wyobrażenia o świecie zderzają się z faktami? I jaka w tym skomplikowanym świecie, podzielonym Kościele, powinna być rola „Adeste”? Warto zadać sobie takie pytania. Zadaję je sobie często, a dziś zachęcam, byś zadał je sobie Ty, czytając ten tekst.

Wydanie pięćdziesiątego numeru to także dobra okazja, by zapytać o dojrzałość. Moją i Twoją. Redakcji, czytelników, współpracowników. Gdzie jesteśmy wspólnie? I najważniejsze: gdzie Chrystus chce, byśmy byli po kolejnych pięćdziesięciu numerach miesięcznika? Bo to Jego zdanie powinno być najważniejsze, znacznie ważniejsze od zdania redaktora naczelnego i z pewnością ważniejsze od przelotnych trendów w świecie czy Kościele, niezależnie od tego, czy historycy za jakiś czas nazwą je konserwatywnymi, czy liberalnymi.

Mam nadzieję, że po tych pięćdziesięciu numerach jest nam choćby o krok bliżej do tak opisanej dojrzałości. By, gdy będziemy świętować okrągłe sto numerów, kolejne tysiące młodych zadawało sobie i innym pytania i krytycznie oceniało rzeczywistość. I by mogło znaleźć w „Adeste”, choćby częściowo, inspirację.

Zachęcam, byś przeszedł do następnych tekstów i odnalazł w nich refleksje naszych redaktorów o dojrzałości, duszpasterstwie i poszukiwaniu świętości. Bardzo liczę, że znajdziesz coś dla siebie.

Bez Twojego wsparcia bardzo trudno będzie nam pójść do przodu. Dlatego pomóż nam w tym poprzez wspieranie „Adeste”: organizacyjnie, finansowo, a przede wszystkim duchowo. Bo modlitwa to nie dodatek, ale kotwica, która pozwala oprzeć się na tak pewnych wartościach, że możemy mocno ufać, że po kolejnych pięćdziesięciu numerach dzięki nam media w Polsce będą choć trochę lepsze.

Z życzeniami dobrej lektury
Bartłomiej Wojnarowski
redaktor naczelny „Adeste”

O autorze

Redaktor Naczelny miesięcznika Adeste. Z wykształcenia politolog specjalizujący się w cyberbezpieczeństwie, z zawodu dziennikarz. Prywatnie melancholik lubiący dobrą muzykę, kubek ciepłej herbaty i spotkania z przyjaciółmi.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.